Moje miejsce
Mamo, co Ty robisz?! Przestań! Hania aż miała łzy w oczach, patrząc jak mama wywala jej rzeczy z szafy na środek pokoju. Moja ukochana czerwona sukienka w grochy leży teraz na podłodze, a mały brat Michaś od razu zainteresował się paskiem i próbował go włożyć do buzi. Michaś, zostaw, proszę! Oddaj!
Żałujesz szmatki? burknęła mama i rzuciła moje spodnie do reszty ubrań. Z trzaskiem zamknęła szafę. Wynoś się stąd!
Ale gdzie mam pójść, mamo? W nocy? Co ty robisz? głos mi drżał, bo nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Co chcę, to robię! To mój dom! A dla ciebie miejsca tutaj nie ma!
A ja? Czy to nie jest też mój dom?
Nie, kochanie. Nic tu nie jest twoje! Mama podniosła brata, wycierała mu nos skrajem mojej sukienki. Nic a nic! I nie denerwuj mnie już! Dopiero co zaczęłam sobie wszystko układać, a ty mi to wszystko chcesz popsuć? Nic z tego!
Mamo, czego ci psuję? Co?
To nie ty kręcisz się przy Wojtku? rzuciła z ironią.
Mamo! krzyknęłam tak, że Michaś aż podskoczył i się popłakał ze strachu. Czy ty siebie słyszysz?
Doskonale! Dosyć tego! Dałam ci pięć minut i ciebie tu nie ma!
Mama wyszła, kopiąc drzwi, a ja zostałam w ścianę. Nie docierało jeszcze do mnie, że naprawdę właśnie zostałam wyrzucona z domu… Moja głowa była pusta. Próbowałam namierzyć jakąś myśl, która by pozwoliła pójść dalej, ale wszystko rozpraszało się na kawałki. Michaś płakał za drzwiami, a ja automatycznie zrobiłam krok w jego stronę. Zawsze do mnie należało uspokajanie go wtedy mama szybko oddawała go w moje ręce i szła do swojego nowego męża. Jego denerwowały łzy dziecka, dziecięcy płacz, wszystko, co z dziećmi związane.
Zajmij się! Już jesteś dorosła, mogłabyś pomagać! powtarzała.
Jeszcze do niedawna byłam jej ukochaną córcią, rozpieszczaną przez rodziców. Teraz jestem odrzuconym kawałkiem, jak mawiała ostatnio. Wszystko zaczęło się walić dwa lata temu.
Najpierw tata umarł po zawale. Zwykły człowiek, niecałe pięćdziesiąt lat, mógłby żyć dalej nikt się jednak nie zatrzymał, nie zadzwonił po pogotowie, nikt nie zapytał chociaż czy pomóc… Leżał blisko godzinę pod przystankiem, ludzie przechodzili… Może spieszyli się, może uznali, że pijany. Za późno już było, kiedy jedna kobieta podeszła.
Pamiętam, jak zareagowała mama była jakby nieobecna, zamknęła się w sobie, jakby coś ją zablokowało. Ja płakałam, próbowałam do niej dotrzeć, ale ona nie słuchała. Bez jednej łzy w oczach pożegnała męża i zamknęła się w pokoju, jakby o mnie, własnej córce, zapomniała.
Nie mieliśmy rodziny znajomi rodziców bywali tylko od święta, a potem na długo znikali. Mama i tata zawsze powtarzali, że najważniejsze jest, że mają siebie, że rodzina im wystarczy. Też w to wierzyłam i nie lubiłam gości. Po co nam oni?
Dopóki nie poszłam do szkoły. Zasiadłam w ławce z drobną dziewczyną Manieką. Miała grube, czarne warkocze, ciężkie tak, że chodziła z zadartą głową. Zazdrościłam jej, bo sama miałam jasne, niesforne loki, z których mama nie potrafiła zapleść nic sensownego. Już pierwszego dnia wszyscy mówili na mnie „Mniszek” przez tę fryzurę.
Warkoczyków Mańki dotknęłam dopiero po dwóch dniach, gdy rzuciła złością:
Obetnę je kiedyś, mam dość. Mama się wścieknie, ale trudno.
Musiałam jej pogładzić włosy były tak ładne, czarne jak kruk. Od tego dnia się zaprzyjaźniłyśmy. Mańka była czwartą z siedmiorga dzieci państwa Nowickich. Pierwszy raz w ich domu ogłuchłam i oślepłam od hałasu, ludzi, starszych i dzieci, w każdym kącie ktoś się krzątał. Nie byłam w stanie połapać się, kto jest kim w rodzinie. Kochałam tam jeździć od progu mama Mańki sadzała gości do stołu, karmiła do syta, a potem oprowadzała, dzieliła się wszystkim, jakby świata poza domem nie było. Wszyscy sobie pomagali stary brat tłumaczył mi z algebry, starsza siostra uczyła piec. Małe dziewczynki potrafiły lepić pierogi i piec ciasta, a ja do kuchni nie miałam wstępu. Jeszcze za wcześnie powtarzała mama.
W tym domu zrozumiałam, ile znaczy rodzina i przyjaciele. Dość długo wydawało mi się, że wszyscy są zawsze razem; później dowiedziałam się, jak łatwo mogą być sobie obcy. Zdziwiło mnie, ile prezentów dostaje Mańka z byle okazji nie tylko na swoje urodziny, ale i na imieniny babci, każdą rodzinną uroczystość. W tej rodzinie otaczano dzieci czułością, bez okazji.
Czemu tyle dostajesz? To nie twój dzień przecież? pytałam, gdy sznureczki obracała przed lustrem.
A co, trzeba czekać okazji, by sprawić komuś przyjemność? Poczekaj, aż przyjdzie Nowy Rok mówiła radośnie, a ja śmiałam się razem z nią.
Mama nie pochwalała tej przyjaźni. Gdyby zobaczyła dom Mańki, pewnie zakazałaby mi kontaktów, bo jej blask i hałas nie pasowały do naszej samotności. Ja po szkole szybko wracałam do domu, wchłaniałam zupę i biegłam tam, gdzie nazywano mnie pieszczotliwie, karmiono ciastem i uczyli przy tym, jak je zrobić. Tam czekała na mnie spokojna miłość.
Właśnie dzięki rodzinie Mańki, gdy zmarł mój tata, pojawiło się dwóch jej braci z pomocą, pieniędzmi, pomocą przy organizacji pogrzebu. Mama nawet nie wyszła z pokoju, wszystko robiła, co kazali, pogrążona we własnej złości. Mańka próbowała mnie pocieszyć, ale po chwili sama zaczęła płakać, a ja z nią. Upiekłyśmy razem tyle pierogów, że zabrakło miejsca w lodówce.
Potem przez kilka dni bracia Mańki towarzyszyli nam w codzienności, pomagali i po prostu byli mama nie zwracała na to większej uwagi. Ja pamiętam dokładnie na moje pytanie Mańka spokojnie odpowiedziała:
Ty nie jesteś nam obca. U was już nie ma mężczyzny w domu, ktoś musiał pomóc.
Jeszcze tego samego roku Mańkę wydali za mąż. Osłupiałam, a potem wypaliłam:
Ty zwariowałaś? Za mąż? Przecież miałaś być lekarzem!
I będę! Wszystko uzgodnione z rodzicami i narzeczonym odpowiadała rozkładając welon na stole.
Ale po co tak wcześnie Ty tak go kochasz?
Widziałam go może dwa razy. Kochanie przyjdzie, na razie jest ciekawie. Tak u nas jest rodzice wybierają, a ja im ufam, oni źle mi nie życzą.
Nie umiałam tego pojąć. Na ślubie ledwo wytrzymałam, rozpłakałam się, gdy się okazało, że wyjeżdża do Poznania tam już czekało mieszkanie.
Jak ja dam radę bez ciebie?
Dasz radę. W razie czego przyjedziesz, coś wymyślimy!
To wtedy w życiu mojej mamy pojawił się Wojtek, a Mańka ze smutkiem patrzyła, jak coraz później wracam po praktykach, nie spiesząc się do domu.
Co się dzieje? Czemu nie chcesz wracać do domu?
Nie powiedziałam jej prawdy że nowy mąż mamy czeka na mnie w kuchni lub łazience, że mama po porodzie stała się niemożliwa do zniesienia, że muszę zamykać drzwi do swojego pokoju. Bardzo kochałam brata i chciałam zająć się Michaśkiem, ale te nieprzespane noce, kiedy chodziłam wkoło z płaczącym maleństwem, sprawiły, że dwa razy zemdlałam na korytarzu, czym narobiłam sobie wstydu w szkole.
Jeszcze przed końcem szkoły zaczęłam pracować jako pomoc na oddziale w szpitalu, więc mogłam przynajmniej nocować poza domem na dyżurach.
Po powrocie z wesela Mańki wpadłam z matką w największą awanturę naszego życia. Odkładało się to od miesięcy, mama była nie do rozmowy, a ja byłam coraz częściej obwiniana o wszystko, jakby przeszkadzałam jej w układaniu nowego życia.
Pewnego dnia sąsiadka powiedziała do mamy:
Ale Pani dzieci ładne, Henka. I Michaś, i Hania jak malowane. Szkoda, że tata nie dożył, by się nacieszyć… Panna na wydaniu! Ma już kogoś?
Nie wiem, co w tych słowach tak mamę dotknęło, ale dwa dni później wyrzuciła mnie z domu. I dziś pakowałam do torby swoje rzeczy, gorączkowo myśląc, gdzie pojadę. Jeśli to miejsce nie jest już moje, to gdzie ono jest? Może powinnam zadzwonić do Mańki, ale była w ciąży i też studiowała, miała na głowie własne sprawy…
Zebrałam się na odwagę i ostatni raz rozejrzałam po pokoju, wzięłam z biurka zdjęcie taty i wcisnęłam głęboko do torby. Ot, może to nawet lepiej. Już od dawna czułam się tutaj obca. Niech mama układa sobie świat na nowo.
W kuchni grał telewizor, mama rzucała garami, gotując coś najpewniej dla Wojtka. Chciałam wyjść, zajrzeć do niej, ale co bym powiedziała? Już wszystko padło, nie da się tego cofnąć. Był wieczór na dworze chłodno, zawinęłam się mocniej w szalik. Jesień tego roku przyszła późno, ale jak już nawiała do miasta, to aż ludziom odbierało dech. Sama wczoraj wyciągnęłam z szafy ukochany szal prezent od Mańki, i ciepłą kurtkę. Zawsze łatwo marzłam, więc nie chciałam już wracać po rzeczy, nawet by widzieć matkę. Tylko uraza, niewielka na razie, drapała mnie od środka, ale próbowałam ją odsunąć.
Przystanek był prawie pusty. Kilku spóźnionych przechodniów i pies taki łaciaty, duży kundel. Postawiłam torbę na ławce i schowałam ręce do kieszeni.
Nagle zatrzymało się przy mnie auto. Przestraszyłam się, zrobiłam krok w tył.
Hania?
Adam? prawie się rozpłakałam z ulgi.
To był najstarszy brat Mańki, ten sam, co kiedyś tłumaczył mi algebrę.
Co ty tu robisz tak późno? Do szpitala jedziesz?
Hmmm W sumie tak. Chyba tylko tam mogę się schować…
Coś kręcisz. Powiedz prawdę! Oczy Adama były pełne troski.
Nie wiem, czemu wywlekłam całą historię o mamie, Wojtku, o tym, że ląduję na ulicy, bo nie mam dokąd iść.
Jedziemy. Adam włożył torbę do bagażnika. Myślałam, że podrzuci mnie pod szpital, ale jechaliśmy w innym kierunku.
Adam, ale dokąd jedziemy? Mnie trzeba do szpitala!
Chcesz tam spać? I co dalej? Dzisiaj prześpisz, a jutro?
Nie wiem
Ja wiem. Jedziemy w inne miejsce.
Zaparkował samochód pod blokiem na Zaspie, ochrona otworzyła bramę. Weszliśmy na trzecie piętro. Adam zadzwonił do drzwi.
Otworzyła je kobieta, rosła i szeroka, o ciepłym uśmiechu.
Babciu! Adam od razu ją uściskał.
Czemu nie dzwoniłeś? a potem zobaczyła mnie. Ty to Hania, przyjaciółka Mańki, tak? Widziałam cię na weselu. Chodź, dziecko, nie stój w progu. Przecież nie jesteś obca.
Próg tego domu pachniał czystą podłogą wymytą woskiem i kawą. Adam coś szepnął babci do ucha i szybko wyszedł, a ja zostałam sama.
Zdejmij kurtkę, oczyść łzy i chodź na kawę. Opowiesz mi, czemu taka ładna dziewczyna została na ulicy w środku nocy. Nie masz domu? Mamy?
Już nie… siadłam na pufie, a potem rozpłakałam się. Kobieta wzięła mnie w ramiona, głaskała po włosach.
Oj, dziecino, nie wolno tak! Co cię tak spotkało Nie płacz, będzie dobrze. Zaufaj mi. Wiem, co mówię. Z niejednego pieca chleb jadłam. Damy radę.
Później usiadłyśmy w kuchni. Dostałam małą filiżankę gorzkiej kawy, babcia Jadwiga sypała mi opowieści z młodości.
Wołaj na mnie Jadzia. Tak mnie kiedyś nazywano. Daleko mnie los rzucił od rodzinnego domu, to moja największa tęsknota. Straciłam rodziców i siostrę w wojnie, nie mogłam ich nawet pochować…
Jak to się stało? zapytałam cicho.
Bo ktoś obcy przyszedł i powiedział: tu już nie twoje miejsce, nie masz prawa tu być, nie wolno ci mówić po swojemu. Ale ojciec nas uratował, miał kryjówkę w spiżarni z wyjściem na ogród. Zostawił nas tam i własne życie oddał za nas…
Wie pani, czasami tak sobie myślę, że matka po prostu nie dała rady. Po śmierci taty sama się pogubiła…
Babcia kiwnęła głową.
Bólu nie zna się z opowieści. Trzeba go wytrzymać. Ale potem przychodzi moment, że trzeba tę krzywdę puścić wolno. Bo inaczej sama cię zniszczy.
Dwa lata później robiłam pierogi szybciej niż Mańka, która odwiedzała rodzinę już z małym synkiem.
Jak ty to robisz? chwaliła mnie z uśmiechem.
Wszystko dzięki babci Jadzi. Gdyby nie ona…
Nie słodź mi tyle! śmiała się Jadzia, pilnując kawy.
Ale wtedy przyszła nowa fala niepokoju. Mama zachorowała, trafiła do szpitala, a ja nie mogłam się zdobyć, by ją odwiedzić. Zapieczona uraza bolała każde wspomnienie. Kiedyś byłam dla niej całym światem, potem nie chciała mnie widzieć w domu.
Haniu, powinnaś z nią porozmawiać przekonywała Mańka.
Nie potrafię… odpowiedziałam szeptem.
Ale po dwóch miesiącach do niej poszłam. Była wyniszczona, zmieniona, przestraszona. Prosiła mnie o wybaczenie. Opiekowałam się nią, łatałam dokumenty, by móc odebrać Michaśka z domu dziecka.
Patrzyłam wtedy na jej przestraszone oczy i przypomniałam sobie, jak kiedyś, kiedy byłam mała, karmiła mnie czereśniami nad rzeką, w czerwonej sukience w grochy. Słońce wtedy świeciło, mama mnie całowała… I wtedy sama siebie zaskoczyłam:
Wybaczam ci, mamo…
Później przypomniały mi się słowa babci Jadzi:
Uraza to pies, który gryzie ciebie, nie tego kogo nienawidzisz. Trzeba go wygonić, by móc oddychać.
Tydzień później odebrałam Michaśka. Mały ściskał mnie za rękę, patrzył poważnie w oczy:
Teraz już zostanę tu na zawsze?
Tak, kochanie. To teraz nasz dom. Nasze miejsce.
Mały kiwnął głową z taką powagą, że serce mi podskoczyło do gardła. Właśnie teraz wiedziałam, że wszystko jest na swoim miejscu.



