Na urlopie z bezczelną rodziną wszystko postawić jasno
Ja już dwa tygodnie to znoszę, Szymek! Dwa tygodnie w tej ruderze, którą oni śmią nazywać pensjonatem.
Po co my w ogóle się zgodziliśmy?
Bo mama prosiła. Bożence potrzeba odpoczynku, Bożenka tyle przeszła w życiu, zakpił brat, naśladując mamę.
Rzeczywiście, los ciotki Bożeny był nie do pozazdroszczenia, tylko że Lidce jakoś nie udawało się jej żałować. Ani trochę.
Bożena, siostra matki od strony matki, od zawsze była biedną krewną, której wszyscy byli coś winni.
Walizka nie chciała się zamknąć. Lida z zacięciem przycisnęła kolanem pokrywę, próbując wcisnąć suwak na miejsce, ale ten uparcie się rozjeżdżał, plując na wierzch skrajem ręcznika.
Za cienką dykcianą ścianką, która w tym obskurnym domu gościnnym miała uchodzić za ścianę, rozlegał się pisk to darł się Krzysio, sześcioletni syn ciotki Bożeny.
Nie zjem kaszy! Nie będę! Chcę nuggetsy! wrzeszczał dzieciak tak, jakby go zarzynali.
Potem rozległ się głuchy klap, brzęk naczynia i leniwy, przepalony głos samej Bożeny:
No weź, kochany, zjedz chociaż łyżkę dla mamusi.
Weronika, wyskocz do sklepu, kup mu tych nuggetsów, słyszysz, jak dziecko się męczy.
Nogi mi odpadają, nie mam siły już.
Lida zamarła, kurczowo ściskając suwak walizki. Weronika! I przecież mama znowu pójdzie.
Szymek, jej brat, siedział na jedynym rozklekotanym krześle w ich mikroskopijnym pokoiku i ponuro patrzył w telefon.
Nawet nie próbował się pakować. Jego torba stała w kącie nieruszona.
Słyszysz to? wyszeptała Lida, wskazując na ścianę. Ona znowu wysyła mamę.
Weronika, przynieś, Weronika, podaj. A mama zaraz się zerwie i pobiegnie.
Daj spokój odburknął Szymek, nie podnosząc wzroku. Jutro do domu.
Ja już dwa tygodnie to znoszę, Szymek! Dwa tygodnie w tej ruderze, którą oni śmią nazywać pensjonatem.
Po co my w ogóle się zgodziliśmy?
Bo mama prosiła. Bożence potrzeba odpoczynku, Bożenka tyle przeszła w życiu, zakpił brat, powtarzając słowa matki.
Lida opadła na skraj łóżka, sprężyny jęknęły żałośnie.
Los ciotki Bożeny faktycznie nie był łatwy, ale Lida nie potrafiła jej żałować. W ogóle.
Bożena, od zawsze biedna krewniaczka, wymagała od wszystkich współczucia.
Pierwsze dziecko straciła jako niemowlę o tym w rodzinie mówiło się tylko szeptem.
Potem mąż, który zbyt chętnie zaglądał do kieliszka, przepił życie dwa lata temu.
Bożena samotnie wychowywała dwójkę dzieci różnych ojców, a cała ta wesoła gromadka gnieździła się w mieszkaniu babci.
Tam kręcił się także kolejny mężczyzna marzeń już ósmy z kolei.
Bożena pracy nie znosiła, uważała, że stworzona jest, żeby ubarwiać świat cierpieniem, a ten festiwal życia mają finansować bliscy.
Przede wszystkim mama Lidki, Weronika, o której Bożena mawiała, że ma pieniędzy jak lodu.
Lida podeszła do okna.
Widziany stamtąd widok na Bałtyk to śmietniki i ściana sąsiedniego kurnika.
Pomysł na taki rodzinny urlop wyszedł od mamy. Pojedziemy wszyscy razem po polsku, rodzinnie, Bożence pomóc trzeba, niech się rozerwie.
Pomoc oznaczała, że Weronika opłaciła większość wyjazdu, kupowała jedzenie i gotowała dla wszystkich, podczas gdy Bożena z nową koleżanką jakąś Grażyną, poznaną nad basenem przy drinku i plotkach o nicnierobieniu leżały do góry brzuchami.
Pakuj się powiedziała Lida do brata. Wieczorem idziemy do restauracji, pożegnalna kolacja.
***
Restaurację, rzecz jasna, wybrały nie one.
Bożena oznajmiła, że chciałaby zjeść coś z górnej półki.
Knajpa mieściła się na sopockim Monciaku. Stolik trzeba było zsunąć z dwóch, żeby pomieścić całą ferajnę, jak w myślach określała to towarzystwo Lida.
Bożena, wystrojona w cekinową sukienkę pękającą na szwach, zasiadła honorowo przy Grażynie korpulentnej, głośnej kobiecie z bielonymi włosami.
Kelner! zawołała Bożena, nawet nie patrząc w kartę. Poprosimy wszystko, co najlepsze! Kebab, sałatki, i ten czerwony dzbanek!
Mama Lidki, Weronika, siedziała z boku, zmęczona i przygaszona. Przez te dwa tygodnie nie odpoczęła ani chwili: a to Krzysio histeryzował, a to Bożenie było źle, a to Alince się nudziło.
Mamo, zamów sobie rybę, przecież miałaś ochotę Lida nachyliła się do niej.
Daj spokój, drogo tu machnęła ręką Weronika. Sałatka mi wystarczy. Niech Bożenka je, biedaczka, tyle się nacierpiała.
Lida aż się zagotowała. O, jasne, nacierpiała! Krzysio, mały sześciolatek-tyran, walił łyżką w talerz.
Daj! wrzasnął, nie odrywając się od tableta.
Bożena rzuciła rozmowę z Grażyną i posłusznie załadowała mu ziemniaki do ust.
Mój kochany, jedz, nabierzesz sił.
Ma sześć lat nie wytrzymała Lida. Nie potrafi sam zjeść?
Przy stole zapadła cisza. Bożena powoli odwróciła głowę.
Kto cię pytał, moja droga? syknęła. Najpierw urodź, potem wychowuj.
On ma delikatną duszę! Potrzebuje troski!
Potrzebuje granic, a nie tabletu! On krzyczy jak opętany, jeśli czegoś nie dostanie! Wychowujecie roszczeniowca.
O ja cię! wtrąciła się Grażyna, klaszcząc teatralnie. Ona się mądrzy. Psycholożka się znalazła.
Kura uczy jajko! Dziecko, życia nie kosztowałaś, a ludzi pouczasz.
Lida, cicho szepnęła mama, szarpiąc ją za rękaw. Nie psuj wieczoru. Proszę.
Wieczór ciągnął się jak spaghetti. Bożena z Grażyną głośno obgadywały facetów, sąsiadki z pensjonatu, żaliły się na ciężki los kobiet.
Alina siedziała z nosem w telefonie, rzucając rodzicom pogardliwe spojrzenia. Krzysio co chwilę wył, domagając się deseru, i natychmiast przynoszono mu największe lody.
Gdy przyniesiono rachunek, Bożena teatralnie jęknęła:
Ojej, portfel został w pokoju! Weronika, zapłacisz? Oddam od razu po powrocie.
Nigdy nie oddasz, myślała Lida, patrząc jak mama pokornie wyjmuje kartę. Powtarzało się to zawsze.
***
Do domu wrócili po północy. Lida od razu poszła się wykąpać musiała zmyć z siebie tę lepką niechęć tego wieczoru.
Z prysznica leciała lodowata albo wrząca woda. Po kąpieli skierowała się do siebie, ale zatrzymała się przy uchylonych drzwiach kuchni. Słyszała stamtąd szumiący szept.
…Widzisz tę miss uniwersytetu? marudziła Grażyna. Kręci twarzami.
Nie umie jeść samodzielnie.
A co cię to obchodzi, sikso? Życia nie znasz!
Jakby nie ty, Werka, to teraz cielętom ogony by kręciła, a nie po knajpach nos zadzierała. Wyniosła, pusta, facetów nie ma, rozumu też nie, tylko pycha.
Lida wstrzymała oddech. Serce jej waliło, tętniąc w uszach. Czekała. Teraz, myślała, mama uderzy pięścią w stół.
Powinna powiedzieć: Cicho, Grażyna, nie pozwalam obrażać mojej córki. Przynajmniej wyjść z pokoju.
Ale za drzwiami rozległ się tylko ciężki westchnienie Bożeny i rozżalony głos:
Oj, prawda, Grażynka. Ciężka ona dziewczyna, cała w ojca. Tam też wszyscy w rodzinie tacy, z pretensjami.
Nie to, co moje. Alina, z charakterem, ale serce otwarte, dobre.
A ta… Patrzy na nas jak na błoto. Nie przełknę nic, jak ona przy stole siedzi.
Weronika, sama ją rozpuściłaś! podchwyciła Grażyna. Dawać po tyłku trzeba było!
A teraz co? Królewna, matki nie szanuje.
Ja to bym taką córkę już dawno z domu wyrzuciła, dała jej popalić.
Lida oparła czoło o framugę. Mama milczała.
Siedziała tam, z tymi kobietami, popijała herbatę (albo coś mocniejszego, sądząc po zapachu) i słuchała, jak jej jedyną córkę mieszają z błotem.
Lida nagle się wyprostowała. Drzwi otwarły się z hukiem, uderzając o ścianę.
W kuchni zapadła cisza.
Trójka siedziała przy plastikowym stole, zawalonym resztkami i pustymi opakowaniami.
Bożena w błyszczącej sukience, już rozprutej pod pachą, Grażyna czerwona i spocona, a mama…
Mama, która od razu zgarbiła się w ramionach.
Czyli jestem pustą dziewuchą? głos Lidy nie drżał. Był twardy jak skała.
A ty, ciociu Bożeno, to u nas dusza człowiek?
Bożena zachłysnęła się. Grażyna powoli wstała, wisząc nad stołem jak góra.
Podsłuchujesz, mała? warknęła. Uszy grzejesz?
A nie podsłuchuję. Tak drzecie się, że cały dom słyszy Lida weszła do środka, patrząc prosto w oczy ciotki. Co, ciociu Bożeno, gardło ci się ściska?
A jak mama za ten twój obiad płaciła w restauracji, to ci nie ściskało?
Jesteś niewdzięczna! wrzasnęła ciotka, czerwona na twarzy. Z sercem do ciebie, a ty nam wypominasz chleb!
Nadaję się na twoją matkę, a ty mi wypominasz kawałek chleba?
Sam się swoim złotem udław!
Nie złotem cię wypominam, tylko twoją bezczelnością! puściły Lidzie nerwy. Całe życie wisisz mamie na karku!
To facet, to dzieci, to wymyślone choroby!
Mama haruje jak koń, żeby tobie kupić wczasy, a ty ją jeszcze za plecami obgadujesz!
Twoja córka rozpuszczona smarkula, która przeklina przy tobie i buty na tobie wyciera, a ty mi lekcję moralności dajesz?
Syn mały manipulator, któremu nie umiesz powiedzieć nie!
Ciotka zaniemówiła.
Lida! pisnęła Weronika, podrywając się. Przestań natychmiast! Do pokoju!
Nie pójdę, mamo Lida spojrzała na matkę i w tych oczach było coś, co ją uciszyło. Siedzisz tutaj i słuchasz, jak twoja siostra, poznana dwa dni temu jej koleżanka, mieszają mnie z błotem.
I milczysz? Pozwalasz im na to?
Grażyna odsunęła krzesło, podeszła do Lidy z zaciśniętymi pięściami.
No zaraz cię nauczę szacunku…
Zamachnęła się. Ciężka ręka leciała prosto w twarz.
Lida nie zdążyła się przestraszyć, tylko instynktownie się cofnęła, ale cios nie doszedł Szymek przechwycił rękę w powietrzu.
Ty ją tylko tknij powiedział cicho. Macie już dość? Ciociu Bożeno, pakujcie się. Wyjeżdżamy.
Kto my?! wrzasnęła Bożena, czując, że traci grunt. Ja nie jadę! Mamy jeszcze dwa dni opłacone!
Weronika! Twoje dzieci oszalały! Na ludzi rzucają się!
I wtedy głos zabrała Weronika. Podbiegła do Lidy, złapała ją za ramiona i zaczęła trząść.
Po co zaczynałaś?! krzyknęła mama, łzy napływały jej do oczu. Po co wyszłaś? Mogłaś siedzieć cicho!
Wszystko zrujnowałaś! Przecież jesteśmy rodziną! Wstyd ci nie jest wywlekać takie rzeczy?!
Lida delikatnie, ale stanowczo, odsunęła jej ręce. Coś w niej pękło, na zawsze.
Nie, mamo, mi nie jest wstyd powiedziała bardzo cicho. Wstyd powinno być tobie. Za to, że pozwalasz im tak nas traktować…
Odwróciła się i wyszła z kuchni. Szymek poszedł za nią.
Pakowali się w milczeniu. Za ścianą Bożena żaliła się głośno nad swoim losem, a Grażyna przyklaskiwała, wyzywając Lidę i Szymka od wyrodnych.
Alina, zbudzona hałasem, głośno narzekała, że nie dają jej spać.
Nie pojedziemy teraz powiedział Szymek, zapinając torbę. Autobus dopiero rano. Musimy poczekać do świtu na dworcu.
Obojętnie Lida wrzucała kosmetyki do torby. Wolę noc na dworcu niż tu. Tutaj już nie zostanę ani sekundy.
A mama?
Lida znieruchomiała z t-shirtem w ręku.
Mama podjęła decyzję. Została tam, w kuchni. Pocieszać siostrę.
***
Lida z mamą nie utrzymuje kontaktu, Szymek też matki nie wybaczyli.
Weronika kilka razy dzwoniła, twierdziła, że wybaczy dzieciom, jeśli przeproszą Bożenkę, ale ani Lida, ani Szymek nie potrzebują takiego przebaczenia.
Wystarczy, mieli dosyć.
Jeśli mama woli zaglądać Bożenie w usta droga wolna. Im bez bezczelnej rodziny żyje się po prostu lepiej.




