W szkole ciągle wysyłali mnie na różne olimpiady. Pewnego razu skierowali mnie na olimpiadę chemiczną. Odebrałem to jako uznanie dla moich intelektualnych zdolności.

W szkole nieustannie ciągano mnie na różne olimpiady. Pewnego dnia wezwano mnie na olimpiadę z chemii. Odebrałem to jako wyraz uznania dla moich umysłowych zdolności. Kiedy dowiedziała się o tym moja mama, chemiczka, która przed ślubem z moim tatą nosiła starą szlachecką nazwę rodową, zachowała się zaskakująco. Na co dzień śmieje się delikatnie, z klasą, jak prawdziwa polska pani z dworku. A tym razem rozlała herbatę po stole i wybuchnęła głośnym, niepohamowanym śmiechem.

To był pierwszy i ostatni raz, kiedy zobaczyłem moją mamę w takiej euforii. Później wysłano mnie jeszcze na olimpiadę fizyczną, potem kolejną. Powoli zaczęło do mnie docierać, że dyrekcja szkoły po prostu regularnie odsyła mnie na konkursy, dając innym dzieciom szansę na spokojną naukę.

Na olimpiadę biologiczną nie jechałem sam za to z przypadkowym towarzystwem Tolkiem Kryszakiem. On biologii znał się tak, że dzika od żółwia umiał odróżnić na sto kroków. Gdy nauczycielka biologii dowiedziała się, kto ma reprezentować naszą szkołę, była bliska ogłoszenia strajku głodowego. „Ale przez cały dzień nie będzie ich w szkole” przekonała ją po cichu pani dyrektor.

Z Tolkiem posadzono nas w wielkiej auli, wśród sześćdziesięciu nieznajomych młodych pasjonatów nauk przyrodniczych. Każdy dostał jeden potężny arkusz testowy.

W tym czasie za mównicą stała kobieta z ogromną, połyskującą broszką w kształcie bursztynowej kuli. Przemawiała z pasją: Nie znaleźliście się tutaj przypadkiem! Przed wami wielkie życie. Ale jeśli dziś będziecie rozrabiać lub ściągać, to potem całe życie będziecie rozładowywać wagony na dworcu Warszawa Gdańska. Choć i w tym nie ma przecież nic złego! dodała z ironicznym uśmiechem.

Rozejrzałem się po sali i przypadkiem dotknąłem ramienia dziewczyny po prawej. Zaczerwieniła się gwałtownie i opuściła długie, malowane rzęsy. Na sali wszyscy już zaczęli coś pisać nerwowo. Tolek zerkał na mnie z przerażeniem.

O co chodzi? Co mam robić? szepnął. Cały czas sądził, że przywieźli nas tu dla lemoniady.

Szybko zorientowałem się, że w wolnych miejscach na arkuszu trzeba wpisywać odpowiedzi. Tolek miał tyle samo pomysłów, co i rozwiązań.

Pani z broszką zwróciła się do nas, interesując się, z której jesteśmy szkoły. Wyglądała na znudzoną naszymi pytaniami. Odpowiedziałem, że ze sto siedemdziesiątej drugiej. Skrzętnie zanotowała to w swoim notesie, potem zlustrowała Ardena, uskrzydlonym spojrzeniem, bo Tolek ze sto siedemdziesiątej piątej szkoły, zdaniem własnym.

Siedź cicho, głuptasie warknąłem.

Tolek kopnął mnie, tylko trafił w krzesło dziewczyny z przodu. Odwróciła się, spojrzała surowo i poprosiła o więcej ostrożności. Miała piegi to zapamiętałem najlepiej.

Czego chcesz? rzucił do niej Tolek. Siedź i nie przeszkadzaj.

Pani z broszką dała jej ostatnie upomnienie, po czym dziewczyna bezgłośnie się rozpłakała. Chcąc ją pocieszyć, pani przemówiła łagodnym głosem: Uwierz w siebie, dasz radę. Najważniejsze, żeby być sobą. I rzeczywiście przestała płakać, a odpowiedzi zaczęły jej wychodzić coraz lepiej.

Sytuacja była beznadziejna. Próbowałem równocześnie przypomnieć sobie życiorys Karola Linneusza i rzucać spojrzenia na dziewczynę z rzęsami. Jedno wykluczało drugie. Bo Linneusz z makijażem prezentował się fatalnie.

Ile gatunków ryb żyje w Wiśle? zapytał znienacka Tolek.

Dziewięćset dwanaście odparłem nonszalancko.

Pewny jesteś?

Z takimi rzeczami się nie żartuje.

Odpowiedź o Linneuszu napisałem tak uniwersalnie, że można by ją wcisnąć nawet w biografię Adama Mickiewicza. Byłaby dobra, pod warunkiem że oceniający nie przyczepi się do szczegółów.

Pójdziesz ze mną do kina? napisałem na karteczce, zwinąłem i podrzuciłem dziewczynie z malowanymi rzęsami. Za minutę dostałem śliczną odpowiedź: Już z kimś się przyjaźnię. Zachwyca mnie do dziś ten kobiecy dar, by nie mówić tak od razu. Kurczę. Przecież nie chciałem jej odbierać nikomu. Zaproponowałem po prostu jeszcze jedną przyjaźń dobrze mieć znajome w różnych środowiskach. Mój tata co miesiąc dawał mi na to wszystko 20 złotych. Plus minus.

On jest lepszy ode mnie? napisałem i posłałem. Tak brzmiała odpowiedź. To czemu go nie ma na olimpiadzie? Dziewczyna zastanowiła się głęboko. Rozumiałem, że jej się to nie zgadza.

Ty przypadkiem nie pomyliłeś Wisły z Bałtykiem? syknęła pani z broszką, zamierzając znaleźć u nas gotowe ściągi. Ale żeby mieć ściągi, trzeba wiedzieć, jaki jest temat. U nas nie trafiłaby nawet na błędne równania.

Tolek wyglądał jak dziecko, które woła o pomoc. Ale nikt z obecnych o tym nie wiedział.

O jaką Wisłę chodzi? Jaka Wisła? szturchał mnie, rozpraszając przy tym moją, i tak już wątłą, koncentrację.

Wiesz kto jest kim w filmach z Zamachowskim? napisałem do dziewczyny z rzęsami. Nie! wróciło. Dorysowała roześmianą buzię z zaplecionymi warkoczykami i odstającymi uszami. Właśnie wtedy uszy stały się dla mnie ważniejsze od rzęs.

Byłem już bliski stanu zakochania, gdy znów naskoczył na mnie Tolek, z poważną miną:

Słuchaj, mam takie pytanie Jak się nazywa poziom kon-forma cji białka włosa keratyny? Keratyna, to chyba odpowiedź? Pisał to chyba jakiś Ukrainiec. A wiewiórka ma rude włosy, nie?

Przytaknąłem. Po chwili dodałem poważnie:

Zimą szare.

Tolek tak też zapisał: Rude, a zimą szare. Potrafił dopasować się do każdej sytuacji.

Dziewczyna z piegami pochyliła się do mnie i szepnęła: Alfa-helisa.

Gdzie? rozejrzałem się zdezorientowany.

Poziom konformacji to alfa-helisa wytłumaczyła, po czym odwróciła się.

Jej uszy mnie rozczuliły. Szybko zapisałem odpowiedź, wydrapałem skrawek brudnopisu i znowu napisałem: Pójdziemy do kina? Może tym razem się uda…

Pójdziemy pojawiło się na mojej ławce.

Po chwili, z drugiej strony: No dobrze, pójdę.

Byłem w życiowym potrzasku. Dwie dziewczyny domagały się deklaracji. W tym stanie nie sposób odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywa się młode nosorożca? Nosorożczek? Nosonosek? Cielak? Nosotoś? Z jednej strony rzęsy, z przodu piegi. Wreszcie napisałem: Młode nosorożca.

Z piegowatą wytrzymaliśmy do zimy, aż wiewiórki posiwiały. Ta z rzęsami do kina nie przyszła. Doprawdy, kobiety mają magiczne talenty.

A ja na olimpiadzie z biologii zająłem drugie miejsce i dostalem dyplom. Otrzymałem go po dwóch miesiącach bieganiny. W sto siedemdziesiątej drugiej szkole wśród uczniów o moim nazwisku znaleziono tylko jedną osobę chłopca z pierwszej klasy. Gdy pani dyrektor zapytała go, jak się dostał na olimpiadę, rozpłakał się i obiecał, że już nigdy nie będzie.

W końcu mnie odnaleźli. Byłem jedynym uczestnikiem, który wiedział, jak się nazywa młode nosorożca. Naukowcy do tej pory tego nie wiedzą ot, paradoks. I tak wszedłem w świat nauki i stałem się tam jednym z nich. A potem cóż, trochę się zepsułem, no i wyszedłem jak widać.

Oceń artykuł
TwojaCena
W szkole ciągle wysyłali mnie na różne olimpiady. Pewnego razu skierowali mnie na olimpiadę chemiczną. Odebrałem to jako uznanie dla moich intelektualnych zdolności.