W końcu nadszedł dzień mojego ślubu. Planowałam go od dwóch lat, codziennie wyczekując, aż w końcu kartka w kalendarzu pokaże ten dzień. Ogromnie kochałam swojego narzeczonego i nie miałam wątpliwości, że to z nim chcę spędzić resztę życia. W poranek naszego ślubu zaczęłam czuć niepokój. Pojawił się stres, którego nie było na żadnym etapie planowania. Nawet poprzedniego dnia usnęłam spokojnie, nie przejmując się tym, co ma się dziś wydarzyć. Jednak w momencie, gdy stałam już pomalowana, uczesana i ubrana w suknię gotowa do wyjścia, nagle zaczęłam myśleć, że wyjście za mąż to jednak zły pomysł. Miałam dopiero 20 lat, nie wiedziałam, czy to dobry wiek na podjęcie decyzji, wiążącej na całe życie. Stres zacisnął mi żołądek, a łzy zaczęły cisnąć się do oczu. Całe moje ciało wręcz krzyczało, żeby stamtąd uciekać. Usiadłam zrezygnowana na kanapie i już miałam sięgać po telefon, by wszystko odwołać, gdy weszła do pokoju moja 80-letnia babcia. Ze spokojem usiadła obok mnie i złapała moją rękę, wyczuwając, że coś jest nie tak.
– Pięknie wyglądasz, kochanie. – skomplementowała mnie babcia.
– Dziękuję babciu, ty też świetnie wyglądasz – odpowiedziałam smutnym głosem.
Babcia od razu wyłapała mój ton i ze zdziwieniem zapytała, czy coś się stało i dlaczego nie jestem szczęśliwa w taki dzień.
– Nie wiem co mam robić. Chyba to wszystko za szybko się dzieje. Mam dopiero 20 lat, nawet ty czy mama wychodząc za mąż, byłyście starsze. Może lepiej to przełożyć? – zapytałam babcię szukając zrozumienia.
– Nonsens, skarbie. Kamil to wspaniały mężczyzna i na pewno będziesz miała z nim cudowne życie – odpowiedziała na pytanie, po czym dodała: – To prawda, że byłam starsza, bo miałam 27 lat i bardzo kochałam twojego dziadka, ale widzisz… dziadek nie był moim pierwszym mężem. Gdy miałam tylko 18 lat wyszłam za mąż za Franciszka. Oj, co to był za ślub, pół wsi na nim było. Tydzień później zaczęła się wojna, a Franek poszedł na front. Już nigdy więcej go nie zobaczyłam, pewnie zginął w walce. Nie wiem na pewno, ale za zmarłego oficjalnie go uznano.
– Babciu, nie miałam pojęcia…- wyszeptałam zszokowana. Nie wiedziałam, że miałaś męża przed dziadkiem, bo nikt nigdy o tym nie wspominał.
Widziałam, ile energii kosztowało babcie opowiedzenie mi wtedy o tym, więc to pewnie dlatego nie lubiła o tym mówić.
– Ostatniej nocy jaką spędziliśmy razem, Franek dał mi to – powiedziała i wyciągnęła z torebki połowę starej monety.
– Kiedyś znalazł przeciętą na pół monetę i upierał się, że przynosi mu szczęście. Dał mi jedną połówkę monety przy pożegnaniu, mówiąc, że i mi przyniesie szczęście i dzięki niej kiedyś się odnajdziemy. Miałam naprawdę wspaniałe życie Izuniu i teraz chciałabym, żebyś ty też miała. Proszę weź ją.
Wzruszona tym gestem i opowieścią babci, bez wahania przyjęłam prezent. Gdy tylko moneta trafiła do moich rąk, stres zniknął, a ja na nowo czułam się pewna swojego wyboru. Po kilkunastu minutach, już razem z Kamilem stałam pod kościołem, wciąż z monetą w ręku, którą nerwowo obracałam między palcami.
– Czym tam się bawisz? – zapytał mój narzeczony.
Pokazałam mu prezent od babci, na widok którego Kamil ogromnie się zdziwił, a następnie sięgnął do kamizelki i wyciągnął z niej drugą połowę tej samej monety. Wytłumaczył, że znalazł ją kiedyś spacerując po lesie, dokładnie tego samego dnia, gdy mnie poznał. Wierzył, że przynosi mu szczęście. Wcześniej nie wierzyłam w przeznaczenie, ale teraz, dzięki monecie, jestem pewna, że jesteśmy dwiema połówkami jednej całości.
W dniu ślubu, gdy naszły mnie wątpliwości, babcia opowiedziała mi swoją historię, której nie znałam i podarowała mi swój talizman na szczęście. Okazało się, że mój narzeczony miał do niego pasujący element. Teraz wiem, że jesteśmy sobie przeznaczeni.




