Cztery dekady w jednym cieniu

Sierpień 1943 roku pachniał w Skierniewicach spalonym cukrem — Niemcy podpalili wtedy magazyn spożywczy przy stacji, a dym unosił się nad miastem trzy dni. W tamten dym wjechał transport rannych z frontu wschodniego, a wśród nich młody podoficer Werner Hollmann, dwadzieścia trzy lata, ranny w udo odłamkiem. Przed wojną malował talerze i wazony w fabryce porcelany w Miśni — chciał być artystą, a został żołnierzem, bo nikt go nie pytał o zdanie.

W szpitalu polowym pracowała osiemnastoletnia Zofia Prusak, córka miejscowego kołodzieja. Niemieckiego nauczyła się od sąsiadów, dawnych osadników z Wołynia, którzy uciekli tu przed frontem jeszcze w czterdziestym pierwszym. Zmieniała mu opatrunek na udzie co drugi dzień i pytała, jak wygląda niebo nad Łabą wiosną. On odpowiadał po polsku, łamanym, śmiesznym, byle tylko mówić dłużej. Zaczęło się od słów, a skończyło na czymś, czego żadne z nich nie potrafiło już odwołać.

Zofia pracowała też w biurze pracy przy rynku, gdzie okupacyjne władze układały listy ludzi do wywózki na roboty do Rzeszy. Trzem sąsiadkom z ulicy Sobieskiego wypisała zaświadczenia o gruźlicy, przepisując pieczątkę z akt zmarłego pacjenta — nikt tego nie sprawdził. Sama trafiła na listę w lutym czterdziestego czwartego. Werner poszedł do kancelarii jednostki i wykreślił jej nazwisko własnoręcznie, atramentem, którym pisało się rozkazy. Miał wtedy jeszcze na to wpływ.

Rok później role się odwróciły. Armia Czerwona szła przez Mazowsze, Niemcy wycofywali się w popłochu, a każdy oficer Wehrmachtu, który został, wiedział, co go czeka: obóz albo kula. Werner został. Zofia nie powiedziała nawet matce — pewnej nocy po prostu wyniosła mu na strych koc, miskę i świecę i zabiła drzwiczki od środka gwoździem, żeby nie skrzypiały.

Pierwsze lata prawie nie schodził na dół. Jedna deska w podłodze, tuż przy kominie, trzeszczała głośniej niż inne — nauczył się omijać ją w ciemności, stawiając bosą stopę o centymetry dalej, aż palce zapamiętały drogę same. Gdy do wsi przyjeżdżała milicja albo obcy ludzie pytali o kwatery, siedział z kolanami przyciśniętymi do piersi i liczył uderzenia zegara na wieży kościelnej — jedenaście, dwanaście, trzynaście — żeby ręce przestały mu drżeć.

Mijały lata. Werner mówił już po polsku bez śladu akcentu. Sąsiedzi zaczęli nosić mu do naprawy zegary i maszyny do szycia — najpierw jeden Singer z odpadniętym paskiem, potem drugi — nie wiedząc, kto właściwie siedzi za drzwiami z narzędziami. Rysował wzory na kilimy, a Zofia targowała się z kupcami na rynku w Skierniewicach, aż w końcu sprzedawała je po trzydzieści złotych sztuka, chowając banknoty w słoiku po ogórkach. Później sam zaprojektował dom, w którym mieli mieszkać do końca życia — z gankiem od wschodu, żeby słońce wpadało im prosto na łóżko o szóstej rano.

Dla urzędu stał się kimś innym. Nazwisko Wacław Dutkiewicz pojawiło się przez pomyłkę urzędniczki wypisującej dokumenty w ratuszu — pomyliła litery w formularzu, a on się nie sprostował, tylko skinął głową i podpisał się tak, jak było napisane. Z tym nazwiskiem przeżył resztę życia.

Urodził się syn, Tadeusz. Chłopak dorastał, nie wiedząc, że ojciec nie jest tym, za kogo się podaje. Sąsiedzi znali "pana Wacława" jako cichego zegarmistrza, który nie chodził do kościoła w niedzielę. Dopiero gdy Tadeusz miał prawie czterdzieści lat, rodzice powiedzieli mu prawdę — przy kuchennym stole, nad dwiema filiżankami herbaty, które do końca wieczoru zdążyły całkiem wystygnąć.

W 1987 roku Werner sam poszedł na milicję w Skierniewicach i opowiedział, kim naprawdę jest. Minęło ponad czterdzieści lat od wojny. Śledztwo sprawdziło dokumenty szpitalne, akta jednostki, zeznania świadków — nie znalazło dowodów jego udziału w zbrodniach. Pozwolono mu się zalegalizować pod prawdziwym nazwiskiem.

Mógł wreszcie pojechać do Niemiec. Tam dawno uznano go za zaginionego — na tablicy poległych w rodzinnym mieście wykuto jego imię obok innych, którzy nie wrócili z frontu. Zobaczył kuzynów, ulicę, na której się wychował, fabrykę porcelany, gdzie kiedyś malował talerze.

I wtedy stało się to, czego nikt się nie spodziewał. Wrócił. Nie do Niemiec — do Polski. Do Zofii. Do Skierniewic. Do domu przy Sobieskiego, gdzie przez dziesięciolecia liczył uderzenia zegara, żeby przetrwać kolejną godzinę.

Pochowano go na cmentarzu przy ulicy Cmentarnej, pod nazwiskiem Wacław Dutkiewicz. Tadeusz kazał kamieniarzowi dopisać na krzyżu drugie imię — małymi literami, w nawiasie, tuż pod datą śmierci.

Oceń artykuł
TwojaCena
Cztery dekady w jednym cieniu