Działo Przeciwlotnicze, Czyli Jak Owczarek Został Talizmanem Załogi

Droga na pozycje była rozbita. Podskakiwaliśmy na każdej wyrwie, a deszcz ze śniegiem zacinał w przednią szybę transportera. Porucznik Marek Osiński, dowódca naszej sekcji operatorów dronów „Jastrzębie znad Narwi”, prowadził w milczeniu. Ja siedziałem z tyłu, przytrzymując kolanem skrzynię z antenami. Trzecia nad ranem. Zimno takie, że palce sztywnieją na samą myśl o pracy ze śrubkami.

Wtedy zobaczyłem ten kształt przy rowie.

Z początku myślałem, że to kupa szmat. Potem kształt drgnął i rozległ się krótki, zdławiony skowyt. Zatrzymaliśmy się, chociaż do punktu startu dronów zostało może cztery kilometry. Kapral Bartosz Zięba pierwszy wysiadł, klął pod nosem, że znowu stracimy czas. Ale kiedy podeszliśmy bliżej, przestał kląć.

To był owczarek niemiecki. Młody, może dwu-, trzyletni. Wplątany w resztki siatki maskującej — tak mocno, że przednie łapy miał przyciśnięte do pyska. Każda próba szarpnięcia tylko zaciskała oczka nylonu głębiej w skórę. Pies już prawie nie walczył. Leżał i dyszał, a oczy mu uciekały na boki, jakby czekał, że któryś z nas go dobije.

— Spokojnie — powiedział Marek, chociaż nie wiem, do kogo bardziej: do nas czy do psa. — Nożyce montażowe z torby.

Pracowaliśmy we trzech. Ja przytrzymywałem łeb, Zięba przecinał siatkę, kawałek po kawałku. Porucznik mówił cały czas, cicho, równym głosem. Nie wiem nawet co — chyba opowiadał, jak jego córka karmi koty na podwórku w Radomiu. Pies przestał się wyrywać dopiero przy trzecim przecięciu. Kiedy puściliśmy, nie uciekł. Zwinął się w kłębek obok transportera i patrzył, jak wyciągamy z kanistra wodę.

Daliśmy mu połowę naszych sucharów i kawałek konserwy turystycznej. Jadł tak, jakby nie jadł od tygodnia. Żebra mu sterczały, sierść na brzuchu wyleniała, a na prawym boku miał starą bliznę — może od drutu, może od czegoś gorszego.

— Zostawiamy — rzucił Zięba. — Mamy zadanie na piątą.

Marek popatrzył na psa. Pies popatrzył na Marka.

— Zostawiamy — powtórzył Zięba i wsiadł.

Ale porucznik otworzył tylne drzwi transportera i gwizdnął cicho przez zęby. Owczarek wstał. Chwiał się, ale wstał. I podszedł. Sam. Położył łeb na burcie, a Marek wziął go pod brzuch i wciągnął do środka.

— Nazwiemy go Armata — powiedział ktoś z tyłu. Chyba ja.

Nie śmialiśmy się. Za czterdzieści minut mieliśmy wystawić drony nad linię drzew, za którą siedziała rosyjska artyleria. Pies leżał pod składanym stolikiem i patrzył, jak rozkładamy sprzęt. Kiedy odpalałem pierwszego FPV, wetknął nos w moją kostkę. Ciepły. Zaskakująco spokojny, jakby wiedział, że hałas ma zostać po drugiej stronie.

Tego poranka poszliśmy na wykrycie. Pracowały dwa drony rozpoznawcze, potem korekta dla moździerzy. Armatohaubica wroga dostała w punkt, zanim zdążyła oddać drugą salwę. Wracaliśmy o ósmej, zmęczeni, z trzema sprawnymi akumulatorami i jednym uszkodzonym statecznikiem. Pies czekał przy transporcie. Siedział dokładnie w tym samym miejscu, gdzie go zostawiliśmy, i uderzał ogonem o ziemię, kiedy podchodziliśmy.

— Nasi wrócili — powiedział Marek i rzucił mu kawałek suchej kiełbasy.

Zięba tylko pokręcił głową. Ale wieczorem to on wyciągnął z plecaka starą bluzę i zrobił z niej legowisko.

Tak Armata została z nami.

Nie potrafię powiedzieć, kiedy dokładnie przestaliśmy go traktować jak maskotkę. Może wtedy, gdy pierwszy raz uciekł z ziemianki i przez dwie godziny siedział przy wjeździe na drogę, półtora kilometra od pozycji — jakby wiedział, którędy wrócimy. Może wtedy, gdy Ziębę trzęsło po nocnym ostrzale, a pies wpełzł mu na kolana i nie dał się zrzucić, dopóki kapral nie zasnął. A może wtedy, gdy młody operator dołączył do oddziału i bał się pierwszego lotu, i Armata nie odstępował go na krok przez całą odprawę.

Kiedyś Marek powiedział coś, co wszyscy zapamiętaliśmy:

— On nie jest tu od wojny. On jest tu od tego, żebyśmy nie zwariowali.

I to chyba było najcelniejsze.

Dziś Armata ma własną kamizelkę taktyczną — znoszoną, z naszytą blachą ewidencyjną oddziału. Ma miskę, obrożę i legowisko przy agregacie, bo tam najcieplej. Żre z nami z kotła, chociaż porucznik każe dawać mu o połowę mniej soli. Nauczyliśmy go kłaść się na komendę „maskowanie”, żeby nie łaził między rozłożonymi antenami. Śmiejemy się, że jest puszystym nawigatorem, ale podczas porannego planowania nikt nie zaczyna, dopóki pies nie obleci stanowisk i nie wróci do transportera.

Ostatniej zimy, podczas przerzutu, trafiliśmy na kontrolkę żandarmerii. Sprawdzali dokumenty, patrzyli na sprzęt, nagle jeden z nich pokazuje na psa:

— A ten co, też na stanie?

Marek nawet nie mrugnął:

— Starszy operator do spraw poprawy nastroju. Przydział czasowy.

Żandarm popatrzył, popatrzył, machnął ręką i poszli dalej.

Wczoraj wieczorem siedzieliśmy przy kuchence gazowej. Zięba parzył herbatę z sokiem malinowym, Armata leżał przy jego nogach i gryzł stary rzemień. Ktoś pokazał na telefonie nasze wspólne zdjęcie z lata — stoimy przy maszcie antenowym, pies na pierwszym planie, łeb przekrzywiony. Pod spodem komentarze jak zwykle: „pieski też walczą”, „bohater na cztery łapy”. Czytałem i próbowałem znaleźć słowa, które by to wyjaśniły. Nie bohater. Nie talizman. Po prostu coś, co oddycha obok, kiedy wszystko inne hałasuje. Co przychodzi, kiedy wracasz. Co nie ocenia.

Rano, przed wylotem, Armata podszedł do mnie i położył pysk na mojej kurtce. Mokry ślad został na rękawie, na wysokości łokcia. Nie wytarłem go. Wchodziłem na stanowisko startowe, a ślad powoli wysychał. Potem dron wszedł w chmurę i sekcja wróciła do pracy.

Mam córkę w Wieluniu. Woła na niego „Burek” na wszystkich filmikach, które jej wysyłamy. Kiedy pytam, dlaczego Burek, a nie Armata, odpowiada, że Armata to nie imię dla psa, tylko dla wojny. Chyba coś w tym jest.

Nie wiem, co będzie po zakończeniu. Może zadzwonię do fundacji, może ktoś z chłopaków weźmie go do domu. Ale dopóki tu jesteśmy, Armata śpi przy agregacie i nikt nie rusza na patrol bez tego, żeby raz na niego spojrzeć. Kiedy słyszysz, jak pies wstaje i macha ogonem, zanim jeszcze otworzysz drzwi — to wtedy człowiek pamięta, do czego wraca.

Oceń artykuł
TwojaCena
Działo Przeciwlotnicze, Czyli Jak Owczarek Został Talizmanem Załogi