Beata wróciła z Zakopanego w niedzielę wieczorem i zanim zdjęła kurtkę, zanim postawiła walizkę, poszła prosto na balkon. Paprotka stała. Storczyk stał. A skrzynka z pelargoniami, ta, którą Robert obiecał podlewać co dwa dni, wyglądała jak z filmu katastroficznego — liście zwinięte w rulon, ziemia spękana, jedna łodyga złamana w połowie.
— No i? — zapytała, wchodząc do kuchni z tą łodygą w ręku, jakby to był dowód rzeczowy z sądu.
Robert siedział przy stole, jadł kanapkę z żółtym serem i nawet nie podniósł oczu znad telefonu.
— Co „no i"?
— Miałeś podlewać. Cztery dni nas nie było, Robert. Cztery dni i pięć minut roboty co drugi dzień.
— Podlewałem.
— Kiedy?
— We wtorek.
— Wyjechaliśmy w czwartek rano.
Zapadła chwila, w której słychać było tylko, jak sąsiad z góry przesuwa krzesło. Beata odłożyła złamaną łodygę na parapet, obok innych, które przetrwały — bratki, które matka jej dała w maju, i ta jedna surfinia, uparta jak sama Beata, która kwitła nawet w sierpniowe upały, kiedy termometr na balkonie pokazywał trzydzieści dwa stopnie.
To wtedy zaczęło się wszystko. Nie od pelargonii. Od tego, że Robert od trzech miesięcy „zapominał". Zapominał podlać, zapominał odebrać przesyłkę, zapominał, że umówili się na kolację z jej siostrą. A Beata, córka ogrodniczki z Kielc, która od dziecka wiedziała, że roślina to nie dekoracja, tylko żywy organizm z potrzebami — Beata zaczęła liczyć. Nie kwiatki. Dni.
Bo prawda była taka, że mieszkanie na Woli, w którym mieszkali od sześciu lat, było zapisane na oboje — pół na pół, tak ustalili przy notariuszu, kiedy brali kredyt. Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych wkładu własnego, z czego sto dziesięć tysięcy dała Beata, ze sprzedaży mieszkania po babci w Kielcach. Robert dołożył siedemdziesiąt, resztę kredyt. I teraz, trzy miesiące temu, kiedy Beata przypadkiem zobaczyła w jego telefonie wiadomość od Kasi Wrzosek — koleżanki z pracy, z którą rzekomo tylko „robili wspólny projekt" — zrozumiała, że nie tylko pelargonie u nich usychają.
Nie awanturowała się wtedy. Zapytała wprost, spokojnym głosem, trzymając w ręku konewkę, bo akurat wracała z balkonu.
— Robert, coś jest między tobą a Kasią?
— Ty chyba żartujesz. Przeglądasz mi telefon?
— Zobaczyłam powiadomienie. Nie szukałam niczego.
Zaprzeczył. Powiedział, że to „nic takiego", że ona ma "obsesję na punkcie kontroli", że powinna się zająć czymś innym niż śledzenie go. Beata, zamiast krzyczeć, poszła na balkon i przesadziła storczyka do większej doniczki. Bo storczyk, tak jak ona, potrzebował więcej przestrzeni, żeby korzenie się nie dusiły.
Od tamtej rozmowy Robert zaczął „zapominać". Podlać kwiaty, kiedy wyjeżdżała do matki. Odebrać ją z lotniska, kiedy wracała z delegacji do Wrocławia. Zapłacić swoją część czynszu na czas — dwa razy z rzędu spóźnił się o dziesięć dni, a kiedy pytała, mówił, że „miał wydatki". Jakie wydatki, nie precyzował. Beata, pracująca jako księgowa w firmie budowlanej na Ochocie, umiała liczyć. I policzyła, że w ciągu tych trzech miesięcy Robert wydał ponad cztery tysiące złotych na coś, czego nie potrafiła znaleźć na żadnym wspólnym wyciągu.
Teraz, w niedzielę wieczorem, ze złamaną łodygą pelargonii w ręku, Beata postanowiła przestać liczyć w głowie i zacząć liczyć na papierze.
— Robert — powiedziała, siadając naprzeciwko niego przy stole — musimy porozmawiać o mieszkaniu.
— Co znowu z mieszkaniem?
— Chcę wiedzieć, jak to rozwiążemy. Bo ja się wyprowadzam.
Telefon w jego ręku zamarł w połowie ruchu.
— Ty żartujesz.
— Nie. Od trzech miesięcy udajesz, że nic się nie dzieje, a ja od trzech miesięcy pakuję rzeczy do pudeł w myślach. Wiem o Kasi. Wiem, że to nie jest „tylko projekt". Widziałam wiadomości, które przypadkiem wyskoczyły na ekranie blokady, kiedy telefon leżał na stole podczas kolacji u twojej mamy w zeszłą sobotę.
Robert zbladł. Odłożył kanapkę.
— To nie jest to, co myślisz.
— Robert. Kwiatek uschł, bo go nie podlewałeś. Ale ja nie usycham. Zanim uschnę, wyprowadzam się.
W poniedziałek rano Beata zadzwoniła do znajomej z pracy, Ani Modrzewskiej, która trzy lata temu przechodziła rozwód i podała jej kontakt do notariusza na Mokotowie, pana Wieczorka. Umówiła się na czwartek na trzynastą. Wzięła urlop na te dwie godziny — nikomu w firmie nie powiedziała dlaczego, tylko szefowej, Grażynie, rzuciła krótko: „sprawy osobiste, wracam po piętnastej".
Robert przez te dni próbował różnych rzeczy. Kwiaty. W środę wieczorem, kiedy Beata wróciła z pracy, na balkonie stała nowa paprotka, taka sama jak ta, którą zaniedbał, i obok bukiet tulipanów kupionych w Biedronce, jeszcze w foliowym opakowaniu.
— Beata, przepraszam. Naprawdę. Odezwałem się do Kasi, powiedziałem, że mamy skończyć ten projekt razem, że to był błąd.
— Jaki projekt, Robert?
Zawahał się o sekundę za długo.
— Praca. Tylko praca.
— To dlaczego pisała ci o dziesiątej wieczorem, że tęskni?
Nie miał odpowiedzi. Beata wzięła tulipany, postawiła je w wazonie na stole w kuchni — bo mimo wszystko, kwiaty nie były niczemu winne — i poszła spać w pokoju gościnnym, tym, który planowali kiedyś przerobić na pokój dziecięcy. Plan, który od pół roku leżał odłożony, bo Robert „jeszcze nie czuł się gotowy".
W czwartek o trzynastej Beata siedziała w kancelarii notarialnej przy ulicy Puławskiej, naprzeciwko pana Wieczorka, mężczyzny po sześćdziesiątce z okularami na czubku nosa, który powoli przekładał kartki umowy kredytowej i aktu własności.
— Pani Beato, mieszkanie jest wspólną własnością, więc bez zgody męża nie może pani go sprzedać ani przepisać jednostronnie. Natomiast może pani wystąpić o zniesienie współwłasności, jeśli dojdzie do rozwodu, albo — jeśli obie strony się zgodzą — sprzedać udziały jednej ze stron.
— A jeśli on się nie zgodzi na nic?
— Wtedy droga sądowa. Dłuższa, droższa, ale skuteczna.
Beata podziękowała, zapłaciła sto pięćdziesiąt złotych za konsultację i wyszła na Puławską z teczką pełną wydrukowanych informacji o rozdzielności majątkowej i podziale majątku. Na przystanku autobusowym, czekając na 414, zadzwoniła do matki.
— Mamo, chyba się rozwodzę.
— Wiedziałam, że coś jest nie tak, jak w zeszłym miesiącu zapomniał o twoich urodzinach.
— Zapomniał specjalnie, mamo. Bo cały czas myślał o kimś innym.
W słuchawce zrobiło się cicho na chwilę.
— Przyjedź do Kielc na weekend. Ogród kwitnie, dobrze ci zrobi.
Ale Beata nie pojechała od razu do Kielc. Wróciła do domu, gdzie zastała Roberta stojącego na balkonie z konewką w ręku — pierwszy raz od tygodni faktycznie podlewał rośliny, tak jakby teraz, kiedy było już za późno, przypomniał sobie, że są żywe.
— Byłam u notariusza — powiedziała, stawiając torebkę na krześle w kuchni.
Robert odwrócił się, konewka zawisła w powietrzu, kropla wody spadła na deskę balkonu.
— I co ci powiedział?
— Że beze mnie nie sprzedasz mieszkania, a beze mnie nie zatrzymasz go w całości. Że mamy dwa wyjścia: albo się dogadamy po ludzku, albo sąd nam to rozstrzygnie po latach i kosztach.
— Beata, ja nie chcę się rozwodzić.
— A ja nie chcę mieszkać z mężczyzną, który pisze SMS-y do innej kobiety o dziesiątej wieczorem, kiedy ja śpię w drugim pokoju.
Robert postawił konewkę, wszedł z balkonu do kuchni, zamknął drzwi balkonowe, jakby chciał odciąć powietrze, które właśnie stało się nie do zniesienia.
— To był błąd. Skończyłem to. Powiedziałem jej wczoraj, że…
— Nie obchodzi mnie, co jej powiedziałeś. Obchodzi mnie, że przez trzy miesiące kłamałeś mi prosto w oczy, patrząc, jak podlewam kwiaty, które sam zaniedbałeś, bo byłeś zajęty czymś innym.
Piątek minął w napiętym milczeniu. Robert spał na kanapie w salonie, Beata w pokoju gościnnym. W sobotę rano, kiedy Beata robiła kawę, zobaczyła przez okno kuchenne, że na balkonie sąsiadów z naprzeciwka, państwa Kowalskich, wisi już świąteczna girlanda, mimo że do Wszystkich Świętych zostało jeszcze sporo czasu — pani Kowalska zawsze przesadzała z dekoracjami, to było jak zegar odmierzający czas w tym bloku, niezależnie od tego, co działo się piętro niżej.
Robert wszedł do kuchni, usiadł, długo mieszał kawę, choć cukru w niej nie było.
— Beata, ja się zastanawiałem całą noc. Chcę spróbować to naprawić. Terapię, cokolwiek. Nie chcę stracić ciebie i tego mieszkania przez głupi błąd.
— To nie był głupi błąd, Robert. To były trzy miesiące decyzji. Codziennie rano decydowałeś, czy jej odpisać, czy nie. Codziennie wieczorem decydowałeś, czy powiedzieć mi prawdę, czy dalej kłamać. To nie jeden błąd. To była seria wyborów.
Wstała, podeszła do parapetu, wzięła do ręki złamaną łodygę pelargonii, która wciąż tam leżała, teraz już zupełnie zwiędłą, i obracała ją w palcach.
— Wiesz, co mnie najbardziej boli? Że nawet kwiatki umiałeś zaniedbać tak, żeby to wyglądało na przypadek. „Zapomniałem". A tak naprawdę liczyłeś dni, kiedy będziesz miał czas dla niej, a nie dla nas.
W niedzielę, dokładnie tydzień po powrocie z Zakopanego, Beata zadzwoniła do Ani Modrzewskiej i poprosiła o umówienie z prawnikiem od spraw rodzinnych, nie tylko notariuszem. Ania podała kontakt do kancelarii przy ulicy Marszałkowskiej, pani mecenas Iwony Sobczyk.
Spotkanie odbyło się dziesięć dni później. Pani Sobczyk, kobieta w granatowym garniturze, mówiąca szybko i konkretnie, wyjaśniła Beacie, że przy separacji majątkowej i podziale mieszkania wartego, jak wynikało z wyceny, około ośmiuset tysięcy złotych, Beata ma prawo do połowy wartości, pomniejszonej o pozostały kredyt, czyli w przybliżeniu trzysta dwadzieścia tysięcy złotych w gotówce, jeśli Robert zdecyduje się wykupić jej udział, albo mieszkanie idzie na sprzedaż i dzielą się kwotą po spłaceniu banku.
— Chcę, żeby to wykupił — powiedziała Beata. — Nie chcę już tam mieszkać, nawet jeśli zostanę współwłaścicielką na papierze przez kolejne pół roku, dopóki się nie rozliczymy.
Wróciła do domu tego wieczoru z dokumentami od prawniczki, gotowa przedstawić Robertowi konkretną propozycję, nie emocjonalną scenę, tylko liczby i terminy. Zastała go w kuchni, siedzącego przy stole z telefonem odłożonym ekranem do dołu — co samo w sobie było nowością, bo od miesięcy telefon leżał zawsze ekranem do góry, gotowy na powiadomienie od Kasi.
— Rozmawiałam z prawniczką — powiedziała, kładąc teczkę na stole obok wazonu z dawno zwiędłymi tulipanami, których nikt nie wyrzucił, bo jakoś nikomu nie starczyło odwagi.
— Beata, zanim cokolwiek powiesz. Kasia się wyprowadziła z Warszawy. Dostała pracę w Krakowie, wyjechała w zeszłym tygodniu. To już się skończyło, naprawdę skończyło, nie dlatego że musiało, tylko dlatego że…
— Robert. To nie ma znaczenia, gdzie ona jest. Ma znaczenie to, że przez trzy miesiące traktowałeś mnie jak powietrze, a teraz, kiedy ona wyjechała, nagle chcesz mnie z powrotem, bo zostałeś sam.
Otworzyła teczkę, wyjęła dokumenty, rozłożyła je na stole obok wazonu.
— Mieszkanie jest warte osiemset tysięcy. Kredytu zostało sto sześćdziesiąt. Moja połowa, po odjęciu kredytu, to trzysta dwadzieścia tysięcy złotych. Chcę, żebyś wykupił mój udział w ciągu sześciu miesięcy, żebyś wziął kredyt na wykup, jeśli bank się zgodzi, albo sprzedał mieszkanie, jeśli nie masz zdolności.
Robert patrzył na papiery, jakby nie rozumiał liter.
— Sześć miesięcy? Beata, ja nie mam takich pieniędzy, nie mam zdolności kredytowej na drugi kredyt.
— To sprzedamy mieszkanie. Prawniczka powiedziała, że w obecnej sytuacji rynkowej sprzeda się w trzy, cztery miesiące, bez problemu, lokalizacja na Woli jest teraz bardzo poszukiwana.
— A gdzie ja mam mieszkać?
— Tam, gdzie mieszkała Kasia, zanim wyjechała do Krakowa, może zostało wolne. — Powiedziała to bez złośliwości w głosie, po prostu jako fakt, chociaż widziała, jak Robert się skrzywił.
Wyprowadziła się dwa tygodnie później, tymczasowo do matki, do Kielc, zabierając ze sobą tylko ubrania, dokumenty i doniczki z parapetu — surfinię, bratki i przesadzonego storczyka, którego korzenie w końcu miały dość miejsca, żeby oddychać. Złamaną łodygę pelargonii zostawiła na balkonie, bo ta już nic nie mogła uratować, tak jak nic nie mogło uratować sześciu lat, które postanowiła zamknąć w jednej teczce dokumentów.
Mieszkanie sprzedali w marcu, cztery miesiące później, za osiemset dziesięć tysięcy złotych, dziesięć tysięcy więcej niż wycena. Po spłaceniu kredytu i podziale, na konto Beaty wpłynęło trzysta dwadzieścia siedem tysięcy złotych. Kupiła sobie mniejsze mieszkanie na Bemowie, jednopokojowe z aneksem kuchennym i balkonem wychodzącym na wschód, idealnym na słońce poranne dla roślin.
Robert wyprowadził się do wynajętej kawalerki na Pradze. Zadzwonił do niej raz, w kwietniu, żeby zapytać, czy mogliby „może kiedyś usiąść i porozmawiać, bez papierów, bez prawniczek". Beata stała wtedy na swoim nowym balkonie z konewką w ręku.
— Nie ma o czym rozmawiać, Robert. Wszystko zostało powiedziane i rozliczone co do złotówki.
Rozłączyła się, odłożyła telefon na parapet i przykucnęła przy surfinii, która wypuszczała pierwsze pąki tego sezonu. Odgięła jeden zwiędły listek, oderwała go zdecydowanym ruchem i wrzuciła do doniczki obok, tej z ziemią pod nowe sadzonki. Potem wzięła konewkę i zaczęła podlewać, doniczka po doniczce, aż woda zaczęła spływać przez otwory w dnie na taras sąsiadów z dołu.




