Wyobraź sobie, Zbyszek Dudnikowski człowiek, którego trudno uznać za silny charakter. Jego codzienność była prawdziwym rollercoasterem, wszystko zależało od tego, w jakim nastroju wstał. Czasem budził się pełen energii i chodził po domu, żartując i rozśmieszając wszystkich, ale częściej był markotny i pogrążony w czarnych myślach jak to ludzie z duszą artysty mają w zwyczaju.
Pracował w wiejskiej szkole pod Toruniem. Uczył plastyki, techniki i czasem muzyki, jeśli pani Ania wzięła L4. Kochał sztukę, tyle że nie bardzo potrafił ją rozwinąć w szkole, więc swoje wielkie pasje przeniósł do własnego domu a dokładniej, do największego i najbardziej słonecznego pokoju, który wybrała sobie wcześniej jego żona, Jadzia, na przyszły pokój dziecięcy. Ale dom był przecież Zbyszka, więc Jadzia nie chciała się kłócić.
Zbyszek zagracił całą przestrzeń sztalugami, farbami, gliną, rozstawiał się z narzędziami, gdzie popadło. Malował, rzeźbił, wylewał na płótna swoje myśli. Całymi dniami potrafił tworzyć coś moim zdaniem dziwacznego jakieś dziwne martwe natury czy nieforemne figurki.
Jego arcydzieła nigdy nie trafiały do ludzi wszystko zostawało w domu, więc ściany były zawieszone obrazami, które Jadzi nijak się nie podobały, a szafki i półki pękały od ceramicznych ozdóbek i rzeźb.
Nie żeby to były jakieś cuda. Koledzy-artysci, z którymi Zbyszek kiedyś studiował, przyjeżdżali czasem z wizytą, oglądali wszystko w milczeniu, dyskretnie przewracali oczami, a temat zmieniali najchętniej jak najszybciej. Nie przypominam sobie, żeby którykolwiek go pochwalił.
Tylko Paweł Pęcherz, najstarszy z całej paczki, wypił trochę nalewki z jarzębiny i nie wytrzymał:
O rany, co za bezsensowny bełkot na tych płótnach! Tu nie ma ani jednej rzeczy wartej uwagi. No, poza żoną ona jedna tu ma klasę!
Zbyszek źle to przyjął. Uniósł się, krzyczał, kazał Jadzi wyrzucić gościa za bramę.
Wynocha! wrzeszczał Passujesz do sztuki jak świni siodło! Jesteś zazdrosny, bo sam nie umiesz już pędzla utrzymać po tych swoich flaszkach! Wszystkim umniejszasz, sam nic nie osiągnąwszy!
Paweł wyszedł, a Jadzia wybiegła za nim z przeprosinami.
Nie przejmuj się powiedział. Dobrze wiem, jak ten Zbyszek potrafi dać popalić. Szkoda mi tylko ciebie, taki piękny dom, ale te jego dzieła Schowałbym je, a nie wieszał na widoku. Ale cóż, Zbyszek, jak wielu artystów, ma duszę pustą, jak te jego obrazy.
I pocałował Jadzię w rękę na pożegnanie.
Zbyszek jeszcze długo nie mógł się otrząsnąć. Długo tupał, darł swoje arcydzieła i marudził wszystkim wokół, zanim wreszcie wybuch oburzenia mu przeszedł.
***
Ale Jadzia nigdy mu się nie przeciwstawiała. Uważała, że przyjdzie czas urodzą się dzieci, oduczy się tego całego malowania i przerobi swoją pracownię na pokój dziecięcy.
Po ślubie Zbyszek próbował być przykładnym mężem, przynosił dom zarobione pieniądze i świeże owoce, dbał o Jadzię. Niestety, długo to nie trwało. Oziębił się, przestał dzielić wypłatę, a cała odpowiedzialność za dom, ogród, kury i teściową spadła na Jadzię.
Kiedy dowiedzieli się, że będą mieli dziecko, Zbyszek się szczerze ucieszył. Ale szczęście trwało krótko Jadzia niestety poroniła, a potem jej stan był tak zły, że z trudem wróciła do domu. Zbyszek zamknął się w środku, nie wpuszczał jej i oskarżył, że to ona zawiniła, a przez nią nawet jego mama dostała zawału.
Otwórz, Zbysiu! błagała pod drzwiami.
Nie otworzę! Powinnaś była donosić moje dziecko, nie poradziłaś sobie! I przez ciebie mama jest w szpitalu! Nie chcę cię tu więcej!
Jadzia nie miała już sił, siedziała na ganku do ciemnej nocy. W końcu Zbyszek wyszedł, przeszedł koło niej jak koło powietrza, nie patrząc nawet.
Na drugi dzień sąsiadka powiedziała jej o śmierci teściowej.
Zbyszek zupełnie się załamał, rzucił pracę, wpadł w depresję, a potem oświadczył żonie, że nigdy jej nie kochał i tylko dla matki się z nią ożenił, bo chciała mieć wnuki. I że nigdy jej nie wybaczy, że rozwaliła mu życie.
To bolało, ale Jadzia, ze swej strony, postanowiła zostać przy nim. Bo i dokąd miała iść? Jej matka sprzedała dom po zamążpójściu córki i wyjechała na południe, nad Bałtyk, za nowym szczęściem. Jadzi nie zostawiła nawet kąta, do którego mogłaby wrócić.
Mijały tygodnie. Zbyszek leżał w łóżku, coraz bardziej mizerniał, jadł tylko kaszę na wodzie i jajka na miękko. W domu kończyły się wszystkie zapasy. Jadzia czym mogła dokarmiała go, zamiast swojego dziecka karmiła zły los byłego męża.
Jadę na targ, może uda mi się sprzedać kurkę i za to coś kupić powiedziała w końcu.
Po co ją sprzedawać? Ugotuj rosół, mam dość kaszy! jęknął Zbyszek z łóżka, nawet nie zerkając na nią.
Odpowiedziała cicho, że nie może zabić Pstroki, nazwała ją tak, bo była jej ulubienicą kurka za nią wszędzie chodziła jak pies.
Każdej kurze nadajesz imię? wyśmiał ją Zbyszek. No, przynieś na targ jeszcze moje figurki i obrazy, może ktoś kupi!
Nie chciała się sprzeczać, więc wzięła dwie gliniane kogutki, niezdarnie pomalowane na niebiesko, i świnkę-skarbonkę, z której Zbyszek był dumny od lat.
***
Na targu w Obrowie gwar i święto. Ludzie kręcą się między straganami, pachnie kiełbaską z grilla, sprzedają miód i domowe łakocie, do wyboru szale z kaszmiru, a dzieci biegają, śmiejąc się, wokół karuzeli.
Jadzia podchodzi do stoiska z biżuterią, kurtka w ręku, kurka pod pachą.
Może bransoletkę, kochanieńka? pyta sprzedawczyni.
Dziękuję, ale chcę sprzedać kurę, nioskę, bardzo dobra i zdrowa jest tłumaczy Jadzia.
Obok stoi młody facet, przygląda się z ciekawością.
Pokaż tę kurkę. Ile za nią?
Ona trochę utyka, ale świetnie niesie wyjaśnia zakłopotana Jadzia.
Biorę uśmiecha się facet. A to co? wskazuje gliniane figurki.
Prace ręczne, mąż je robił. Na prezent nawet się nadadzą mówi nieśmiało Jadzia.
Biorę wszystko. Lubię takie oryginalne rzeczy śmieje się chłopak. Tak w ogóle to jestem Tomek.
Sprzedawczyni udaje zgorszona: Tomku, bawisz się kurami? Pomógłbyś lepiej bratu przy kiełbasach.
Jadzia zbladła: Jeśli pan sprzedaje kiełbaski, to nie tej kurki nie oddam! Nie nadaje się na rosół!
Spokojnie, mamie dam, ona hoduje kury, żadna zupa! Jadzia, przyjedź kiedyś zobaczyć swoją Pstrokę!
***
Już wracała, gdy dogoniła ją stara nysa Tomka.
Zaczekaj! wystawił głowę przez okno Masz może jeszcze takie figurki w domu? Wziąłbym na prezenty.
Jadzia odetchnęła: Cały dom nimi zawalony! Chcesz, to przyjedź pooglądać, coś się wybierze!
***
W domu Zbyszek jęknął z łóżka:
Kto tam z tobą gada? Przynieś wody!
Tomek rozglądając się po ścianach, pokiwał głową z niedowierzaniem:
Niesamowite Kto to malował?
Ja! odparł Zbyszek oburzony, unosząc się z łóżka. Nie malowałem, a pisałem! Dzieci malują kredą, ja jestem artysta.
Chętnie kupiłbym te obrazy i jeszcze te figurki mówi Tomek. Takie są oryginalne, spodobają się moim znajomym.
Zbyszek był zachwycony uwagą i zaczął opowiadać o swoich dziełach, a Tomek wymieniał z Jadzią spojrzenia zauważył jej rumieńce i nieśmiałość.
***
Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Zbyszek jednak całkiem zdrowy, tylko mu się nie chciało z łóżka wyjść. Jak tylko pojawił się ktoś zainteresowany jego sztuką, choroba jakoś przeszła jak ręką odjął.
Tomek codziennie wpadał do nich po kolejne dzieła a Zbyszek coraz bardziej się nakręcał, rysował, lepił i wystawiał wszystko do kupna. Tyle że Tomka wcale nie interesowała sztuka Zbyszka, tylko Jadzia.
W końcu, kiedy zabrakło arcydzieł, Tomek zabrał z domu Zbyszka nie tylko ostatnią figurkę, ale i Jadzię. Właśnie dla niej przyjeżdżał od początku.
Tomek, wracając do swojego domu, wrzucał te obrazy wprost do pieca, a figurki chował do worka, nie wiedząc, co z nimi zrobić, myśląc tylko o jednym o Jadzi, i jej jasnych oczach, i delikatnej nieśmiałości.
Od pierwszej chwili wiedział, że to właśnie ona jest tą jedyną. Potem dyskretnie dowiedział się od sąsiadów, że dziewczyna ma z Zbyszkiem ciężkie życie i nie ma dokąd wrócić.
Więc przyjeżdżał, kupował kolejne płótna i za każdym razem rozmawiał z Jadzią trochę dłużej. I tak zostali razem.
***
Zbyszek wcale się tego nie spodziewał. Gdy Tomka przestał przyjeżdżać, a Jadzia nagle zniknęła, dotarło do niego, co naprawdę stracił. Słyszał zresztą, że para wzięła ślub i byli ze sobą naprawdę szczęśliwi.
Dopiero po czasie dotarło do niego, jak rzadko zdarza się taka kobieta jak Jadzia: wyrozumiała, opiekuńcza, zawsze przy nim, gotowa go wesprzeć. Była jak druga mama, a on dureń to wszystko stracił.
Przez chwilę jeszcze zamyślił się nad tym, czy nie wpaść w depresję, ale szybko sobie uświadomił teraz nawet nie ma na kogo zrzucić garów, domu, ogródka czy nawet poprosić o szklankę wody. Tak już czasem w życiu bywa.




