Upatrzył sobie cudzą żonę – Opowieść o nauczycielu z prowincji, nieszczęsnej miłości i niezwykłym fi…

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć pewną historię, która mną wstrząsnęła, bo jest autentycznie taka bardzo swojska, polska, a jednocześnie życiowa. Wyobraź sobie małżeństwo: ona Magdalena Kowalczyk, on Witold Kowalczyk, typowy nauczyciel z wiejskiej szkoły pod Krakowem. Uczył plastyki, techniki, a czasem zastępował nawet muzyka, jak pani Matylda brała L4. Artysta-amatorem był od zawsze, ale, wiesz, taki z wiecznie kwaśną miną, uzależniony od kawy i humoru z rana. Jak mu się dobrze spało, to wesoły, a przez resztę dni chodził ponury jak listopadowa pogoda.

Nie potrafił tego swojego artystycznego niepokoju uruchomić w szkole, więc urządził sobie w domu ogromną pracownię w największym i najjaśniejszym pokoju, który Magdalena planowała przeznaczyć na przyszły pokój dziecięcy. No, ale dom był jego, więc ona nie miała serca się kłócić.

Witia, zamiast malować arcydzieła, rozstawiał po całym pomieszczeniu sztalugi, tubki z farbami, garnuszki z gliną i eksperymentował z czym tylko się dało malował martwe natury, lepił dziwne figurki, nawet w weekendy zamieniał się w rzeźbiarza-artystę pełną gębą. Ale, uwierz mi wszystkie jego dzieła zostawały w domu, bo nikt ich nie kupował. Obwiesił ściany obrazami (które Magdalenie, szczerze mówiąc, się nie podobały), a półki uginały się od glinianych cudaków.

Gdy już ktoś z dawnych kolegów po fachu go odwiedzał, tylko bezradnie patrzył na ten cały kram nikt nie skomentował, nikt nie pochwalił, cisza wymowna, aż raz przyszedł stary znajomy, pan Leonard Piętek, już trochę w latach, wypił pół litra domowej nalewki i wypalił głośno: Panie Witoldzie, co to za koszmarne mazidła? Przecież tu nie ma ani jednej rzeczy wartej uwagi! No, poza piękną gospodynią, oczywiście.

Witold nie wytrzymał, wpadł w złość, nakrzyczał, tupał, kazał żonie wyrzucić bezczelnego gościa za furtkę. Won, patałachu! wrzeszczał. Tylko ty się nie znasz na sztuce, zazdrościsz mi, bo ręce ci się trzęsą! Jesteś zwykłym zazdrośnikiem, dlatego wszystko hejtujesz!

Leonard Piętek ledwo zdążył zbiec z ganku, a Magda wybiegła za nim i przeprosiła za Witka. Leonard skinął głową i powiedział jej: Nie tłumacz się za niego, dziecko. Żal mi cię, taki piękny dom, a tu na ścianach te potworki Witka! Wiesz, my artyści nasza dusza jest w tym, co tworzymy. A u twojego Witka pusto, oj pusto.

Po tym incydencie Witek miał focha przez miesiąc, tłukł swoje gliniane figurki, rwał obrazy, a Magda tylko cicho się prześlizgiwała po domu.

Ona mu nigdy nie sprzeciwiała się, myślała sobie, że jak się dzieci pojawią, to mu przejdzie, przerobi swoją pracownię na pokoik dla malucha Na początku po ślubie nawet próbował być dobry: przynosił do domu wypłatę, czasem owoce, dbał o nią. Szybko mu to jednak przeszło wypłatą już się nie dzielił, Magda została ze wszystkim sama: dom, ogródek, kury nawet na teściową musiała znaleźć czas.

Jak się okazało, spodziewała się dziecka, Witek był wniebowzięty Ale szczęście nie trwało długo. Magdalena ciężko zachorowała i trafiła do szpitala, niestety poroniła na wczesnym etapie ciąży. Witek się załamał, zaczął wylewać żale, obsztorcował żonę za niewykonanie misji, a potem się w domu zamknął.

Magda wyszła ze szpitala sama, nikt jej nie przywitał i zastała zamknięte na klucz drzwi. Wpuść mnie, Witek! Nie wpuszczę, po co przyszłaś, powinnaś była urodzić moje dziecko, a zawiodłaś! Przez ciebie moja matka trafiła do szpitala! Przynosisz pecha, nie chcę cię tu widzieć, wynoś się!

Usiadła na ganku, łzy jej leciały, błagała, ale Witek był nieugięty. Wieczorem wyszedł z domu, zamknął, nawet nie spojrzał na żonę. Magda weszła więc sama, padła na łóżko. Rano sąsiadka przyniosła wiadomość: teściowa Magdaleny nie przeżyła zawału.

Witek całkowicie się wtedy posypał rzucił pracę, zaległ w łóżku i wyznał Magdzie: Nigdy cię nie kochałem. Żonę wziąłem, bo mama chciała wnuków. Ale to ty rozwaliłaś nam życie, prędko ci tego nie przebaczę.

Co miała wtedy Magda zrobić? Sama siebie przekonywała, że nie zostawi męża w tym stanie. Ale z czasem było tylko gorzej: Witold niemal nie jadł, tylko wodę popijał, narzekał na ból żołądka, no i złożył papiery rozwodowe. Magda płakała, tuliła się do niego, a on nawet nie pozwolił się dotknąć, powtarzając, że ją wyrzuci, gdy tylko wyzdrowieje.

Najgorsze było to, że Magda nie miała gdzie pójść. Mama, która szybko wyswatała córkę jeszcze ze szkolnej ławy, tuż po jej wyprowadzce poznała jakiegoś wdowca znad Bałtyku i wyjechała do niego na Pomorze. Dom rodzinny sprzedała na szybko, a córkę zostawiła samą, bez kąta.

I tak Magda była w matni ani wrócić do mamy, ani w domu nie doczekać się czułości.

Tuż przed prawdziwą biedą w domu, zjadła resztki kaszy z ostatniego jajka, karmiła Witka mizerną papką i kombinowała co zrobić. Gdzieś w głowie kłębiły się wyrzuty sumienia: pewnie już by karmiła zupkami własne dziecko, gdyby nie te wiadra z wodą i w ogóle cała robota na gospodarstwie

Zostawię cię na chwilę, jadę na jarmark do sąsiedniej wsi, spróbuję sprzedać kurę, bo nic już w domu nie ma! mówi mu przed wyjściem. Witek patrzy w sufit i mruczy: To już nie lepiej ugotować rosół? Mam już dosyć tej papki.

Magda poprawia jedyną sukienkę, taką w której zaliczyła studniówkę, ślub, i teraz chodzi w upały, bo nie ma innej. Nie mogę jej zabić, za bardzo się przywiązałam. Może wymienię gdzieś, albo oddam sąsiadom. Ale tej Pstrokatki nie dam na ubój, zbyt przywiązana

Witold wywraca oczami: Pstrokatka? Nadajesz kurom imiona, naprawdę? Kobiety to mają fantazję, nie ma co.

Magda spuściła wzrok. To jak już idziesz, weź ze sobą jeszcze kilka moich dzieł, może kto kupi?

Żona próbowała się wymigać, ale Witek nalegał. Więc Magda zabrała dwie nieduże gliniane ptaszki i wielką świnkę-skarbonkę, którą Witek się chwalił od lat. Wybiegła tak szybko, jak mogła, byleby nie musieć brać obrzydliwych obrazów, których nikt nawet by za darmo nie chciał.

Wyobraź sobie, upał jak w piecu, jarmark, ludzie ubrani kolorowo, stoły uginają się od miodów, chust i słodyczy, z grilla pachnie kiełbasą, ktoś gra na akordeonie, dzieciaki biegają, naród się bawi! Magda zgłasza się do starszej handlarki może by tak zamienić kurę na coś do jedzenia? Ale babka kręci nosem: Kura? Po co mi, dziecko, kura?

I tu nagle słyszy: Mogę zobaczyć tę kurę? Podchodzi do niej facet, Magda go nie kojarzy młody, przystojny, taki swój chłop. Bierze Pstrokatkę do rąk, ogląda i pyta ile chce za kurę. Magda się tłumaczy, że kura troszkę kulała kiedyś, ale poza tym niesie duże jajka. On się śmieje: Nic nie szkodzi, biorę ją. To co jeszcze sprzedaje pani w tym worku?

Gliniaki, ręczna robota mówi nieśmiało. Sprzedam za grosze, bardzo potrzebuję pieniędzy.

Facet kiwa głową i uśmiecha się: Biorę wszystko, gliniane zwierzaki, świnkę, ptaszki. Lubię rzeczy z duszą.

Obok handlarka cmoka z dezaprobatą i rzuca do niego: Denisek, idź bratu pomóż z kiełbasą, a nie baw się jak dzieciak!

Ale Magda, kiedy zorientowała się, że facet prowadzi stoisko z kiełbasą i grillowanym kurczakiem, nagle zbladła: To ja nie mogę sprzedać Pstrokatki! Nie na szaszłyka! Chwyta kurę, on się jednak odsuwa, oddaje jej pieniądze i mówi: Nie bój się, dam ją mamie. Mama hoduje kury, będzie miała towarzystwo. Możesz ją odwiedzać kiedy chcesz!

Magda poczuła, że komuś jeszcze w tym świecie zależy. Zbierając się do domu, słyszy, jak ten sam Denisek dogania ją samochodem i pyta: Ma pani może jeszcze jakieś gliniane figurki? Chętnie odkupię, bo super na prezent! Magda rozpromienia się i odpowiada: Oj, jeszcze całe półki u nas stoją, mogę ponosić!

Wróciła do domu cała rozgrzana, a Witek ledwo się ruszył z łóżka, marudził: Kto przyszedł? Wody, bo mi się chce pić

Denis, który przyjechał po nią pod sam ganek, zagląda do środka, kątem oka patrzy na obrazy na ścianie i pyta Magdalenę: Pani to malowała?

Witek się bulwersuje: Ja nie malowałem, ja tworzę sztukę! To dzieci kredą po chodniku malują, a ja tworzę!

Denis z ciekawością ogląda jego prace, a Magda stoi cicha z boku. Z każdym kolejnym dniem Denis pojawiał się u Kowalczyków coraz częściej. Kupował obraz za obrazem, figurkę za figurką, a Witek był szczęśliwy i walił nowe dzieła.

A przeszedł czas i Denis zyskał to, po co przyjeżdżał nie sztukę, tylko Magdę. Zakochali się w sobie, ona zobaczyła, że z nim jest inny świat, nie tak smutny i zimny jak z Witkiem.

Powiem Ci, że Witek był absolutnie w szoku nagle przestał być potrzebny, Denis zniknął z jego życia, zabrał Magdę i wyjechali do miasta. Tam wzięli ślub, a Witek został sam w tym swoim artystycznym bałaganie obrazy dalej niszczały na ścianach, gliniane dziwolągi pokrywał kurz.

Zrozumiał dopiero po czasie, co stracił. Bo gdzie dziś znaleźć taką kobietę jak Magda? Kochała, troszczyła się, była delikatna i silna ktoś taki to prawdziwy skarb. Ale głupi Witek tego nie zrozumiał, dopóki nie zostało mu już tylko: samodzielnie zetrzeć jajko i nalać sobie szklankę wodyA gdzie jest teraz Witek? Podobno wciąż w tamtym domu pod Krakowem, nieco posiwiały, rozmawia z kurami, których Magda kiedyś żałowała, i maluje już tylko dla siebie. Czasami wypije herbatę, spojrzy na zakurzoną figurkę świnki i myśli o tym, jak kiedyś świat był pełen dźwięków: śmiechu Magdy, stuku kubków, piania koguta o poranku. Teraz nic się nie odzywa, nawet jego obrazy zamilkły na ścianach.

A Magda? Jej zdjęcie z Denisem i nowo narodzoną córką można zobaczyć w cukierni na rynku śmieją się szeroko, a w oczach mają jakiś taki błysk, co daje ludziom nadzieję. Tamten smutny, polski dom pod Krakowem już jej nie dotyczy. Teraz codziennie piecze ciasta na jarmark, w ogródku ma kwiaty, nie kury, i maluje czasem dla siebie, a czasem dla córki.

Bo, jak szeptała koleżankom ze śmiechem: Trzeba czasem pozwolić odejść temu, co nie chce być naprawione. Dopiero wtedy wszechświat stawia na drodze ludzi, którzy malują codzienność zupełnie nowymi barwami I chyba tak właśnie, niepozornie i po cichu, zaczyna się szczęście.

Oceń artykuł
TwojaCena
Upatrzył sobie cudzą żonę – Opowieść o nauczycielu z prowincji, nieszczęsnej miłości i niezwykłym fi…