Upatrzył sobie cudzą żonę: Historia życia nieudacznika-artysty z polskiej wsi, który przez brak miło…

Posłuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć historię jak z polskiego filmu, serio.

Kiedyś w jakiej wsi pod Piotrkowem Trybunalskim mieszkał sobie taki artysta, Wiktor Dudkowski. Powiem Ci szczerze, gość był miękki jak masło na słońcu kompletnie bez własnego zdania, wiecznie niezdecydowany. Jego dni zależały od tego, z jakim humorem wstał z łóżka. Czasem tryskał żartami i śmiał się na cały dom, ale częściej snuł się po chałupie ponury jak chmura burzowa, zalewał się kawą i zamyślony gapił się w okno jak to twórca. Malował, lepił w glinie, czasem nawet śpiewał dzieciom, bo uczył plastyki, techniki i od czasu do czasu muzyki w miejscowej podstawówce, jak Pani od muzyki była chora.

Sztuka to było jego życie, ale talent hmm, powiedzmy, że mocno średni. W domu urządził sobie pracownię, oczywiście w największym i najjaśniejszym pokoju, chociaż jego żona, Zosia, upatrzyła go sobie na przyszły pokój dziecięcy. Ale dom należał do Wiktora, więc ona nie protestowała.

Zagracił pokój sztalugami, farbami, gliną, a wszędzie walały się jego dzieła. Malował tam jakieś dziwne martwe natury albo lepił coś z gliny całymi dniami, a potem jego statuetki i obrazy lądowały na ścianach czy półkach. Zosi do gustu to nie przypadło i wcale jej się nie dziwię. Nawet jego koledzy artyści, od których kiedyś się uczył, tylko znacząco milczeli, przewracali oczami i zamawiali kolejki śliwowicy. Jeden tylko, stary Lew Pękalski był trochę starszy od reszty i mający odwagę po butelce jarzębiaku wykrzyknął kiedyś:
Jezu Chryste, ale masz tu badziewie! Ani jednej fajnej rzeczy! No chyba że liczyć piękną gospodynię

Stary Pękalski miał rację, ale Wiktor przyjął krytykę jak dziecko: wrzeszczał, tupał nogami i wyganiał gościa z domu.
Wynocha! Ty się na sztuce nie znasz! To ze złości! Bo nie umiesz już pędzla utrzymać przez to twoje picie! darł się.

Zosia oczywiście musiała łagodzić sytuację, biegła za Leosiem pod bramę i przepraszała:
Niech się pan nie gniewa, nie powinnam była nic mówić

A Lew tylko pokiwał głową:
Nie tłumacz się za niego, dziecko. Szkoda mi cię. Taki piękny dom, a te straszne obrazki i gliniane straszydła Gdyby tu była dusza, to jego prace byłyby inne. Ale jego płótna puste jak jego serce.

Wiktor potem jeszcze przez miesiąc chodził naburmuszony, darł swoje obrazy, tłukł figurki, a Zosia marzyła tylko, by życie się ułożyło i może, jak przyjdą dzieci, on opamięta się, rzuci swoje zachcianki i dziecinada się skończy.

Na początku udawał dobrego męża przynosił do domu wypłatę, świeże jabłka, starał się. Ale szybko zaczęło mu się nudzić. Do żony przestał się odzywać, przestał dawać kasę na życie, Zosi spadły na głowę dom, mąż, ogródek, kury i jeszcze teściowa.

Kiedy się okazało, że Zosia jest w ciąży, Wiktor skakał z radości. Ale radość była krótka, bo wkrótce Zosia poroniła. Trafiła do szpitala i kiedy wyszła do domu, czekała ją niespodzianka mąż zamknął się od środka i nie chciał jej wpuścić.
Otwórz, Witek!
Nie otworzę Ty powinnaś była urodzić moje dziecko, zawiodłaś! Mama przez ciebie wylądowała w szpitalu! Wynoś się! krzyczał zza drzwi.

Siadła więc biedna na schodku przed domem i płakała do zmierzchu.
Witek, ja też cierpię, otwórz.
On zero reakcji.

Dopiero wieczorem wyszedł, założył kłódkę i odszedł, nawet nie spojrzał na żonę. Gdy tylko zniknął za rogiem, Zosia weszła do domu i padła na łóżko.

Nazajutrz sąsiadka przyniosła wieść: starsza pani Dudkowska nie przeżyła zawału.

Dramat. Wiktor zrezygnował z pracy, legł do łóżka i wyznał Zosi:
Ja cię nigdy nie kochałem. Ożeniłem się, bo tak mama kazała, chciała wnuków. Całe moje życie przez ciebie się zawaliło.

Zosia chciała go przytulić, próbowała ratować co się da. Ale Wiktor leżał i coraz bardziej marniał twierdził, że mu się zaostrzyła wrzodowa. Bez apetytu, bez sił, bez ochoty na życie. I żeby tego było mało, podał pozew o rozwód. I tak Dudkowskich rozdzielono.

Zosi życie się posypało. Nie miała dokąd iść jej mama, która sprzedała dom i wyjechała do nowego męża nad Bałtyk, nie zostawiła jej nawet kąta.

Siedziała więc biedna z tym Wiktorem, choć już prawnie była wolna, ale nie miała się gdzie podziać.

Aż w końcu w lodówce zostało tylko jedno jajko i resztka kaszy. Ugotowała z tego papkę, łudziła się, że jeszcze jakoś przetrwa.
Pójdę na jarmark do sąsiedniej wsi, może sprzedam kurę albo wymienię na coś do jedzenia powiedziała do Wiktora.

Ten tylko mruknął:
Po co sprzedawać? Ugotuj rosół, mam dość tej kaszy.

Zosia patrzyła na swój cienki jedyny sukienkę tę samą, w której poszła na studniówkę, wyszła za mąż i teraz tylko ją miała na lato.
Przecież ja tej kury nie dam rady zabić Wolę wymienić albo sprzedać komuś, kto się nią zaopiekuje.

O, a każdej kurze dałaś imię czy tylko tej swojej Pstrocince? zadrwił Wiktor.

Zosia tylko wzruszyła ramionami i chwyciła parę figurek z gliny świnkę-skarbonkę i ptaszki, takie tam byle co z pracowni.
Weź jeszcze parę moich obrazków! dorzucił Wiktor.
Wstyd jej było te bohomazy komukolwiek pokazać, ale nie miała serca się sprzeciwić.

Wyszła na rozpaloną wiejską ulicę, na radosny, kolorowy jarmark. Guzik ją cieszyło, ale przynajmniej było na co popatrzeć miody, pierniki, chusty, a przy stoiskach dzieci. Zatrzymała się przy straganie z biżuterią, a obok stał młody chłopak. Kupi kurę? pomyślała.

Zaczęli rozmawiać. On pyta:
Sprzedajesz kurę? A co z tymi figurkami?
Odpowiedziała szczerze:
Figurki męża, sam robił, jakby pan chciał na prezent, tanio oddam, naprawdę potrzebuję pieniędzy
Chłopak, który przedstawił się jako Darek, kupił wszystko i kurę, i gliniane ptaszki. Biżuteryjna sprzedawczyni śmiała się z niego:
Co Ty, Darek, będziesz się bawił zabawkami? Lepiej pomóż bratu przy grillu!

Zosia jednak aż się przestraszyła:
Jeśli masz kurę zjeść na grilla, oddaj mi pieniądze, zabiorę Pstrocinkę!
Spokojnie, mamie ją dam, ona trzyma kury, ta twoja będzie miała dobrze zapewnił.

Gdy wracała pod dom, Darek podjechał samochodem i zawołał:
Słuchaj, a nie masz więcej takich figurek? Kupię idą na prezenty.

Ucieszyła się. Może w końcu szczęście się odwraca?

Wróciła, a Wiktor już stękał z łóżka:
Kto tam, Sofka? Wody mi przynieś!

Darek rozejrzał się po ścianach pełnych obrazów:
O rany, kto to malował? Pani?
Ja! chwalił się Wiktor, wstał, opowiadał, wszystko swoje: i obrazy, i gliny.
A Darek, co chwilę błądząc wzrokiem po Zosi, kręcił głową, coś wybierał, niby zachwycony.

I słuchaj Z dnia na dzień Darek kupował coraz to kolejną rzeźbę albo obraz, aż w końcu zabrakło fantów. Wiktor odzyskał energię cudowne ozdrowienie! Bo chyba, kiedy ktoś jego sztukę docenił (a tak myślał naiwniak), wróciły mu siły.

Ale już było po ptakach. Zauroczenie się domknęło Darek coraz dłużej rozmawiał z Zosią na ganku i w końcu ją zabrał. Tak zwyczajnie.

Pobrali się w parafii, zamieszkali razem. Zosia odzyskała radość, a Darek, wracając z podróży, te dzieła Wiktora wrzucał prosto do pieca, a gliniane potworki upychał w worku w piwnicy jeszcze nie bardzo wiedział, co z nimi zrobić.

Darek od razu ją sobie wypatrzył, gdy tylko zobaczył ją na jarmarku w tej sukience.

A Wiktor? Został sam. Nagle zrozumiał, co miał i stracił bo gdzie znajdzie się ktoś tak cierpliwy, kochający, troskliwy, kto nie tylko mu gotował i przynosił wodę, ale znosił przez lata dąsy, humory i ten cały artystyczny bajzel? Nikt.

Ale sam sobie na to zapracował. I to by było na tyle, przyjacielu. Czasem trzeba docenić to, co się ma, zanim będzie za późno.

Oceń artykuł
TwojaCena
Upatrzył sobie cudzą żonę: Historia życia nieudacznika-artysty z polskiej wsi, który przez brak miło…