Upał. Katarzyna
Piotr i Magdalena pobrali się dopiero dwa lata po tym, jak się poznali.
Na szczęście do swojego związku podchodzili bardzo ostrożnie, niemal na palcach, ważąc każdy krok i słowo. Nic dziwnego oboje przekonali się, że uczucia bywają złudne, a miłość nie zawsze jest dana raz na zawsze. Po burzliwych przeżyciach i trudnościach zastanawiali się, czy ten nowy, odzyskany po rozczarowaniach i stracie spokój, to prawdziwe szczęście i czy warto mu zaufać.
Janina, matka Piotra, też niewiele mówiła. Bała się zapeszyć szczęście syna, który zmienił się nie do poznania poczuł się pewniej, w oczach znów zapłonęły iskierki, a na randki szykował się, jakby miał zaraz iść do urzędu stanu cywilnego.
Piotr poznał mamę z Magdaleną niemal od razu. Janina spodziewała się z niepokojem, czy Magdalena okaże się podobna do jego byłej, Angeliki, ale nie znalazła w niej nic, co mogłoby mu o tamtej przypomnieć. Nawet gdy Piotr zaproponował Magdzie wspólne mieszkanie przed ślubem, ona stanowczo odmówiła.
– Nie, Piotrze. To nie ma sensu. Pani Halina tego nie zrozumie. Bardzo sobie cenię jej opinię dużo mi pomogła i jest świetną kobietą. Poza tym choruje, potrzebuje pomocy. Zostawmy wszystko, jak jest. Po co się spieszyć?
Piotr musiał się z tym pogodzić. To jednak nie zaszkodziło ich relacji przeciwnie. Ten przedłużający się czas narzeczeństwa był świetną okazją do głębszego poznania się.
Magda przeprowadziła się do domu Janiny dopiero tuż przed ślubem i to z żalem powodem była śmierć Haliny.
Halina od dawna skarżyła się na serce. Magda woziła ją do lekarzy, przejęła domowe obowiązki, starała się pomagać we wszystkim, ale choroba przyszła nieubłagana. Pewnego dnia Magda wróciła z pracy, zastała Halinę w ulubionej altance z listem od wnuka w dłoni Kilka razy ją zawołała, lecz gdy podeszła bliżej, zrozumiała, że już nie żyje.
Lekarze nie zdołali jej uratować.
Po telefonach do Piotra i synów Haliny Magda długo płakała w altance, wspominając wieczorne spacery nad Wisłą, gotowanie konfitur na malutkiej letniej kuchni, wspólne śpiewy, i przyjęcie, z jakim Halina ją kiedyś obdarzyła bez pytań i ciekawości, po prostu wtedy, gdy tak bardzo potrzebowała pomocy.
– Dziękuję szeptała Magda na pamiątkę tej, która pierwsza wyciągnęła do niej rękę.
Synowie Haliny przyjechali z rodzinami następnego dnia. Najstarszy, gdy załatwiono już wszystkie sprawy pogrzebowe, poprosił Magdę na rozmowę.
– Mama chciała, żeby część tego domu przypadła tobie. Zależało jej, żebyś tu mieszkała i dbała o miejsce, bo żaden z nas nie zamierza się tu przeprowadzać. Spisała testament i my z bratem nie mamy nic przeciwko temu, żebyś przyjęła jej część. Bo gdyby nie ty, mama byłaby tu całkiem sama. Jesteśmy ci wdzięczni.
– Nie mogę pokręciła głową Magda. To wasz rodzinny dom. Jeśli trzeba, dopilnuję, by wszystko było w porządku, ale spadek jest wasz. Wasza mama bardzo was kochała.
Na tym stanęło. Magda po pewnym czasie znalazła lokatorów wynajmujących dom i dalej utrzymywała kontakt z rodziną Haliny, gdy latem przyjeżdżali na Mazury.
To właśnie jedna z synowych Haliny wsparła Magdę, gdy ta pół roku po ślubie trafiła do szpitala.
– Ciąża pozamaciczna. Proszę zadbać o siebie! Dobrze, że mama była wtedy z panią! lekarz, który operował Magdę, groził jej żartobliwie palcem. Mogło być dużo gorzej!
– To moja teściowa. Ale tak, miała pan rację odpowiedziała Magda.
– Były już jakieś problemy wcześniej?
– Tak.
– Jeśli chcecie mieć dzieci, trzeba poważnie się zbadać i naprawić, co się da. Inaczej może się okazać, że zostaje wam tylko in vitro.
– Rozumiem
Magda nie płakała. Wszystkie łzy zostawiła na później. Najważniejsze było zrozumieć, jak naprawić sytuację bardzo chciała mieć dzieci z Piotrem. To pragnienie niemal urosło do obsesji.
Przerwała to Janina.
– Magda, możemy porozmawiać? przyszła któregoś wieczoru, wiedząc, że Piotr wyjechał służbowo do Krakowa.
Wtedy Magda i Piotr mieszkali już oddzielnie. Zaraz po ślubie kupili małe mieszkanie. Piotr mógł już sobie na to pozwolić. Interesy szły tak dobrze, że Janina zaczęła nawet rozważać kupno domu pod pensjonat.
Rodzice Magdy chcieli im pomóc, ale Piotr stanowczo odmówił.
– Magduniu, poradzimy sobie sami. Rodziców chętnie widzę, ale mieszkanie dla żony chcę kupić sam.
Magda nie dyskutowała. Ojciec uścisnął Piotrowi rękę z szacunkiem.
– Brawo, synu, masz czym mamę cieszyć!
Janina całkowicie popierała decyzję syna. Tak samo, jak to, że nie chcieli zwlekać z pojawieniem się potomka.
Ale widząc znów smutek w oczach Piotra i zmartwienie Magdy, biegającej od kliniki do kliniki, Janina postanowiła zareagować.
– Magdusiu, nie gniewaj się Wiem, że jesteś mądra i rozumiesz, że się o was martwię. Powiedz szczerze, co cię gryzie? Widzę, że jest ci ciężko.
– Nie wychodzi, mamo A jeśli nie będę mogła mieć dzieci? Wtedy co? Będę musiała odejść od Piotra. Nie mogę pozwolić, żeby spędził życie obok kogoś, kto nie daje mu radości i sensu
– Niepotrzebnie tak myślisz, Magda. Nie wiesz, ile już dałaś Piotrowi! Odzyskał przy tobie sens życia! Dzieci to cud, ale małżeństwo to dużo więcej. Uwierz mi! My z mężem też na Piotra długo czekaliśmy. Też prawie się przez to rozstaliśmy. Myślałam, że mąż jest przy mnie tylko dla dziecka. Zawahałam się i on nie mógł mi tego wybaczyć. Rok mieszkaliśmy osobno i dopiero potem zrozumieliśmy, że to głupota! Mąż i żona znaczy dużo więcej, niż tylko rodzice! A Piotr bardzo przypomina ojca
– Chyba rozumiem
– Więc dbajcie o to, co macie. Daliście sobie sens życia, więc go chrońcie! Miłość wytrzyma wszystko, jeśli jej na to pozwolicie.
– A jak Pani udało się zostać mamą? spytała Magda nieśmiało.
– Gdybym to wiedziała! roześmiała się Janina przez łzy. Do momentu, aż poczułam pierwsze ruchy Piotrka, nie wiedziałam nawet, że jestem w ciąży! Pogodziliśmy się z losem, a los zrobił nam niespodziankę!
– Oby i mi się taka przydarzyła westchnęła Magda.
– A może zadzwonisz do synowej Haliny? Jest świetną lekarką, może coś wymyśli?
Magda uderzyła się w czoło.
– Jak mogłam o tym zapomnieć! Oczywiście!
Już tydzień później poleciała do Gdańska na badania. Czekali na nią.
A rok później na świat przyszły bliźniaki.
Szczęście zajęło w domu Magdy i Piotra stałe miejsce.
Po bliźniakach Magda została jeszcze mamą adoptowanej dziewczynki. Oboje z Piotrem wiedzieli już wtedy, że nie mogą mieć więcej dzieci. Decyzja dojrzewała długo, ale druga szansa na bycie rodzicami pojawiła się niespodziewanie. Dawna koleżanka Piotra z liceum właśnie urodziła córkę, a potem zachorowała bardzo poważnie. Wiadomość przyniósł Arsen, znajomy Piotra.
– Biedna Marysia Zbieramy dla niej pieniądze, chcemy wysłać ją do Warszawy. Może tam pomogą? Każdy z nas się dołożył.
– Jasne, już przelewam
Kwota, którą Piotr wpłacił, była niemała i już po kilku dniach młoda matka wyjechała do stolicy. Janina zaoferowała się jej towarzyszyć, bo Marysia miała tylko starą babcię, a z niemowlęciem potrzebowała pomocy.
Niestety lekarze mogli jedynie ulżyć w cierpieniu i dać czas na zapewnienie córce przyszłości.
O adopcji poprosiła najpierw Janinę, a potem ona skontaktowała się z Piotrem i Magdą. Oboje zgodzili się bez wahania.
Tak w ich rodzinie pojawiła się córka.
W mieszkaniu robiło się coraz ciaśniej; dzieci rosły. Trzeba było pomyśleć o większym lokum.
I znowu pomogła Janina.
– Piotr, mamy pieniądze odłożone na pensjonat! Kupcie z Magdą coś większego!
– Mamo, a twoje marzenie?!
– Toto moje marzenie! Janina przytuliła śmiejącą się wnuczkę i spojrzała na bliźniaków. Po co mi biznes? Chcę być z wami, patrzeć jak dzieci rosną i pomagać. Szukajcie mieszkania, ale takiego, żeby każdy miał swój pokój!
Udało się znaleźć idealne jasne mieszkanie. Dzieci biegały po pokojach, grając w echo, a Magda śmiała się, słysząc jak synowie uczą siostrzyczkę wołać hallo.
– Bierzemy! powiedział stanowczo Piotr, patrząc na żonę i dzieci.
Na nowym miejscu jeden kamyczek uwierał im w bucie Katarzyna, starsza w bloku, postanowiła, że wielodzietne rodziny nie mogą być szczęśliwe i trzeba na nich patrzeć z podejrzliwością.
– Ciągle ktoś się u nich kręci! Dzieci ganiają boso po podwórku! Widziałam! Młodsza córka jakby tylko spała na spacerach z Magdą. To dziwne!
– Przesadzasz, Kajuś! Jest gorąco, dzieci biegają boso, to zdrowe! Przecież nikt tam nie burzy spokoju! próbowały tłumaczyć sąsiadki, spoglądając jak rumiane maluchy opowiadają mamie, jak świetnie się grało w piłkę na nowym boisku. Łatwo wymyślić absurd, trudniej zrozumieć prawdę.
– Zanim wy wszystko wyjaśnicie, dzieci wpadną w tarapaty! Z pozoru wszystko pięknie, a za zamkniętymi drzwiami nie wiadomo co się dzieje! I w dodatku taka idealna rodzinka nie wierzę! Dogrzebię się prawdy! Bo nie wierzę, że może być dobrze! To niemożliwe! Taka jest natura tego świata!
Sąsiadki kręciły nosem, słuchając jej, ale Katarzyna nie dawała za wygraną. Dzieciństwo miała koszmarne, wychowywana w rodzinie urzędników partyjnych, w której panowały żelazne zasady i przemoc. Dłonie chłopców maskowane były przez długie rękawy, Katarzyna miała zawsze ściśle zaplecione warkocze, bo matce łatwiej było za nie ciągnąć przy najdrobniejszym przewinieniu.
Nigdy nie powiedziała nikomu, co działo się w domu. Bracia i ona zerwali kontakt z rodzicami, kiedy tylko mogli.
Katarzyna własnej rodziny nigdy nie założyła. Mężczyzna, z którym próbowała związku, zraził ją definitywnie już wtedy, gdy uderzył kapciem własnego chorego pieska, który nie zdążył wyjść na dwór.
– Nie wolno jej bić! wrzasnęła i wybiegała z psem z mieszkania.
Tego samego dnia spakowała się i wróciła do siebie, odziedziczonego po babci.
Babcia była równie okrutna i uparta jak matka. Kaja wiele przeszła, opiekując się seniorką. Dopiero gdy odeszła, Kaja poczuła ulgę.
Sympatii i przywiązań nie miała, ludzi też nie lubiła zbytnio, pamiętając ciche cierpienia dzieciaków, na które nikt nie reagował. Dziś próbowała choć trochę naprawić świat, ingerując u sąsiadów. Rodzina Magdy i Piotra stała się dla niej szansą na coś dobrego bo takich rodzin w bloku nie było.
Któregoś dnia, Magda, patrząc jak jej synowie grają, zorientowała się, że czas wracać do domu. Zaraz miała obudzić się córka, a chłopców trzeba było szykować do zajęć. We wrześniu starszych zapisała już do przedszkola, ale póki co chodziła z nimi do centrum zabaw i na piłkę.
Pod klatką czekała już Katarzyna.
– Znowu twoje dzieci biegały boso?! Nie stać was na buty?
Magda oczywiście się uśmiechnęła. Chłopcy grali w oryginalnych butach piłkarskich, które kosztowały więcej niż najlepsze adidasy Piotra, ale na sprzęcie sportowym dla dzieci nie zamierzali oszczędzać.
– Śmiejesz się?! Co cię tu śmieszy?! Przecież masz dzieci! Trzeba o nie dbać! Karmić, ubierać, doglądać! A ty?!
Katarzyna złościła się coraz mocniej na spokojną Magdę, która nie przejęła się jej tyradą.
– Mamo, daj pani Kasi wody!
Bliźniacy podali jej butelkę i wtedy Katarzynie zrobiło się słabo. Zatoczyła się, świat zawirował i byłaby upadła ze schodów, ale Magda ją podtrzymała.
Pogotowie zjawiło się szybko. Katarzynę zabrano do szpitala. Gdy odzyskała przytomność, przy łóżku siedziała Magda. Dzieci zostawiła pod opieką Janiny i przyjechała do kliniki.
– Co się ze mną stało? zapytała Katarzyna, z trudem ruszając językiem.
– Cicho, spokojnie Magda poprawiła jej poduszkę. Miała pani udar. Ale dzięki lekarzom atak minął lekko. To przez ten upał Ale proszę się nie bać, nigdzie nie pójdę! Jestem z panią, odpocznie pani i będzie dobrze!
Magda dotrzymała słowa i opiekowała się Katarzyną. Wiedziała od sąsiadów, że jest bardzo samotna i nie ma nikogo bliskiego.
– Dlaczego? spytała cicho Katarzyna.
– Bo tak trzeba, tak jest dobrze. Znam samotność to zła towarzyszka. Ale pani już nie grozi. Ma pani już inną rodzinę.
– Jak to?
– Myśli pani, że panią zostawię? Teraz moja kolej czuwać!
Magda udawała, że nie widzi łez. Liczyło się coś innego. Odkąd Katarzyna trafiła do szpitala, nigdy nie zobaczyła już w jej oczach wcześniejszej złości tylko zmęczenie i smutek.
Teraz była przed nią starsza kobieta, samotna jak jej własna matka lub teściowa. Było jej jej autentycznie żal. Bo Katarzyna mogła mieć rodzinę, dzieci, wnuki a została jej tylko władza nad klatką schodową i rabatą róż pod oknem, najpiękniejszych jakie Magda kiedykolwiek widziała. A jeśli ktoś potrafi wyhodować takie kwiaty musi mieć dobrą duszę. Magda po prostu to wiedziała.
Dwa lata później.
– Magdo! Nie wiem, jak sobie z nimi radzisz! To ogień i woda! Córeczka taka spokojna, a chłopcy dwa urwisy nie do opanowania! śmiała się Katarzyna na ławce na placu zabaw, patrząc na ulubioną podopieczną.
– To jeszcze nic! Ich tylko dwoje. A u Arsena czwórka! Jak się wszyscy zbiorą, mam ochotę uciec z domu! Jego żona tylko modli się, by piąte nie było chłopcem.
– Wiedzą już?
– Jeszcze nie. Maleństwo się chowa, Arsen mówi, że czeka na niespodzianki.
– Matko, jaki upał! Katarzyna westchnęła, zasłaniając oczy dłonią. Powiedz mi, jesteś szczęśliwa?
Magda zamyśliła się.
Czego potrzeba do szczęścia? Bliscy obok? Ma. Zdrowie w porządku? Jest. Szczęśliwe dzieci? Chyba tak. Więc jest szczęśliwa. Całkowicie.
– Tak odpowiedziała i uśmiechnęła się. Katarzyna, jak co dzień, zadziwiała się, ile ten uśmiech zmienia wokół.
Nawet letni upał, dokuczający całe lato, jakby nagle zelżał, a w powietrzu poczuła się świeżość.




