Trzy nici. Trzy przeznaczenia

Trzy nici. Trzy losy

Co ona powiedziała? Werka, nie dosłyszałam, powiedz jeszcze raz! Teresa Wiktorowna przychyliła się bliżej do idącej obok niej przyjaciółki, Wery Pawłownej.
Weronika zaczęła tłumaczyć całą sytuację, o której rozmawiały właśnie przechodzące obok nich mama i siedmioletnia dziewczynka.

No bo w szkole mają jakiegoś łobuza, a ona mu powiedziała

Weronika mówiła głośno, na całą ulicę. Teresa słuchała uważnie, nic nie wtrącała, potem odwróciła się, rzuciła jeszcze okiem na wspomnianą dziewczynkę i kiwnęła jej głową na pożegnanie.

Fajna, porządnie ubrana dziewczynka. Tylko taka jakaś zakręcona! podsumowała.

Czemu? zdziwiła się Teresa Wiktorowna, łapiąc koleżankę pod ramię i prowadząc ją dalej, bo światło na przejściu już dawno się zmieniło na zielone, a auta, ustawione jeden za drugim, czekały, aż te dwie starsze panie przejdą przez jezdnię.

Co, co? Nie dosłyszałam, Tereska, co? dopytywała się Weronika, rozglądając się niepewnie dookoła, ściskając torebkę i drobnymi kroczkami sunęła do chodnika.

Mówię: czemu zakręcona? Teresa powtórzyła głośniej.

Aaa Tak po prostu.

Teresa Wiktorowna czasem nie lubiła uzasadniać swoich przemyśleń, bo albo nie miała do tego głowy, albo wydawało jej się to oczywiste.

Dziewczynka wzięła na siebie obowiązek wychowania łobuza strofuje, ustawia go do pionu? Nie, kochane dzieciaki! Tego się tak nie załatwia! No nie przejdzie!

Teresa pokręciła głową zgodnie z własnymi myślami, a Weronika westchnęła. Czasami jej przyjaciółka jest nie do wytrzymania, taka tajemnicza i niedopowiedziana. Ale bez Tereski w tym świecie, który zrobił się nagle zbyt głośny i barwny, trudno byłoby jej przetrwać.

Mieszkania Teresy Wiktorownej i Wery Pawłownej były nietypowe każda z nich miała osobne wyjście bezpośrednio na ulicę, bez żadnych klatek i wind. Obie mieszkały w jednym z budynków należących kiedyś do zabytkowego dworku, który potem przekształcono w szkołę podstawową, a dawne oficyny oddano na pracownie dla artystów. Losy tego miejsca przez lata się plątały, a życie toczyło, jak to w starych murach. W końcu ten parterowy, wygięty w półkole budynek, dawna stajnia, przerobiono na mieszkania. Większość lokatorów wyprowadziła się do nowszych, większych bloków, ale Weronika, Teresa i jeszcze jedna przyjaciółka Tola, zostały na swoim. Targane propozycjami wykupu, wymiany, dopłat, ofertami przeprowadzki uparcie rozdzierały każdą nową kartkę z ofertą.

Firmy, kancelarie, agencje ochrony, drobni przedsiębiorcy wszystkim ten kawałek Warszawy wydawał się bardzo apetyczny, tak dobrze położony, historyczny na Powiślu! Tu nieopodal kościół św. Anny, kawałek dalej Bulwary, Pałac Kultury widoczny w oddali. I chociaż główny gmach jest już szkołą, to oficynki, te mniejsze domki, ciągle czekają na pewne ręce.

Ale kobiety, choć kruche i coraz bardziej bezbronne w swojej starości, bronią swoich kątów do samego końca. Tu przeżyły życie, tu chcą je zakończyć.

Do Toli zajrzymy! oznajmiła stanowczo Weronika, pewnie krocząc na czele. W rękach miała pudełko z tortem. Złożymy życzenia.

Co? Co mówisz, nie mogę zrozumieć? Werka, spójrz na mnie, może z ruchu warg rozczytam! szarpnęła przyjaciółkę za rękaw Teresa. Było jej niezręcznie, wstydziła się, bała, że Werka w końcu wybuchnie i sobie pójdzie.

Ale nie, Weronika spokojnie się zatrzymała, przychyliła do twarzy Teresy i wyraźnie, bardzo powoli wypowiedziała słowa:

Tak, pamiętam. Tola zapraszała. Teresa przytaknęła. Sprawa wyjaśniona, idziemy dalej.

U Toli, czyli Teodory Fiodorowny, drobnej, niemal unieruchomionej starszej pani, dziś była szczególna okazja urodziny córki. Lidia też już nie najmłodsza, pracuje gdzieś w firmie, przyjeżdża rzadko. Niby miały świętować w weekend, ale plany się zmieniły. Tola nie ma jednak żalu.

Ja sama zawiniłam powiedziała, gdy gościnie usiadły przy skromnym, odświętnie nakrytym stole. I nie mówcie mi o mojej dziewczynie nic złego! podniosła palec do góry, choć i tak nikt nie miał na to ochoty. Lidia to nasza zawsze tylko dobrze!

Weronika delikatnie pogłaskała dłoń wzruszonej sąsiadki. Tola drżała jej chudziutka, sucha ręka, którą kiedyś wyrywała z ogródka chwasty, wspinając się nad grządką pod oknami po wojnie. Tą malutką rączką wciskała ziarenka w gliniastą ziemię, potem podlewała wodą z konewki. Ciężko było, bardzo. Głodno. Mamy trzech dziewczynek pracowały w szpitalach, w klinikach na Banacha, a one zostawały same. To, co znalazły, jadły, to, co przygotowały, zjadały wszystkie. Mamy, wracając, znosiły chleb, czasem nawet masło, choć to bywało dziwne, jakby zmieszane z trocinami. Tola, Werka i Tereska nie narzekały. I tak wszędzie było podobnie. Ale one miały swój ogródek i wyrosły im nawet dwie główki kapusty, ogórki, szczypiorek. Pietruszka niestety padła.

Sąsiad, stary Marian, były agronom, pomógł im zdobyć nasiona. Macie, dziewczynki, będzie wam smakowało. Ja podpowiem, jak. A potem rzeczywiście podpowiadał. I udało się: kapusta, ogórki, tylko pietruszka nie dała rady. Marian klął jak szewc: Popsułyście cały urodzaj! Całkiem zgubiłyście!

A potem się uspokoił i przyniósł wszystkim po sucharze.

Zobaczycie, będzie lepiej, wojna się skończy i sad taki postawimy, że wszyscy pozazdroszczą!

Niestety, Marian wojny nie przetrwał. Werka, Teresa i Tola z przerażeniem patrzyły, jak wynoszą z domu jego ciało. Zbyt wiele śmierci wtedy było, ale strata bliskich zawsze boli najbardziej… Ich ojcowie też nie wrócili, ogród zakładały już same…

Teraz Tola siedzi w swoim wózku, Weronika ją głaszcze, a Teresa kroi ogórki, nakłada pieczeń i dba o szczegóły na stole. Tola lubi nalewkę z żurawiny, ceni ją szczególnie. Dziś wypiją za zdrowie Lidki, za nogi Teodory, za nadchodzącą zimę, która oby była lekka.

Sparaliżowało Tolę przez przypadek poślizgnęła się zimą, lekko się uderzyła, ale rano nogi już nie reagowały. Przestraszona nie była w stanie sięgnąć po telefon, żeby zadzwonić po pomoc. Za daleko. Sama nie podołała. Z wiekiem schudła, żeby nie powiedzieć: poszerzyła się, jak żartowała. Lekarze winili hormony, ona uważała po prostu starość.

Słyszała, jak Weronika wyszła rano nakarmić gołębie, potem była cisza, później Weronika wróciła ze sklepu. Ich mieszkania były niskie, praktycznie na poziomie ziemi, przez okno było widać niemal wszystko. Werka już wróciła, Tereska pewnie jeszcze śpi pomyślała gorzko.
Długo nie wołała o pomoc, leżała, marzła październik wyciągnął całe ciepło przez uchylone okno kuchni. Bardzo chciało jej się jeść i do toalety

Werka i Teresa zaczęły się niepokoić. Nie do pomyślenia, by Tola rano nie włączyła radia czy ulubionej płyty! Zaczęły pukać, a potem z sąsiadem-woźnym przyszli wyważyć drzwi.

Wpadli do środka, znaleźli Tolę leżącą bezradnie.

Ale wstyd! Dziewczyny, nie patrzcie na mnie! Idźcie jęczała Tola, a Werka już ją ogarniała zmieniała pościel, przewijała, myła. Weronika miała już podobne doświadczenia, opiekowała się sparaliżowanym mężem wiele lat. Pochowała go ze smutkiem, ale i z ulgą, bo się męczył.

Teraz już mu dobrze mawiała przy grobie. Jest znów taki jak dawniej.

Dlaczego taki złośliwy i trudny człowiek jak jej mąż miałby trafić do nieba, nie rozumiały dziewczyny, ale nie przekonywały Weroniki. Niech jej będzie…

Tolę zabrano do szpitala, diagnoza była druzgocąca. Całą noc płakała, obwiniając się, mówiąc towarzyszkom z sali, że Bóg ją ukarał.

Ale za co aż tak?! dziwiły się.

Może i było. Miała 19 lat, urodziła córkę Lidkę, ognistowłosą, cudną. Z wielkiej miłości do kolegi z klasy. Kończyli szkołę, zaszła w ciążę. Matka ją wyklepała, kazała coś wymyślić. W szpitalu powiedzieli krótko: już za późno, rodź. Matka próbowała jeszcze coś załatwiać, ale nie zdążyła. Tola uciekła do ciotki na wieś, tam urodziła Lidkę, dwa lata tam z nią mieszkała, pracowała w PGR-ze. Matka powoli przywykła do wnuczki.

A ojciec? Odciął się, był już na studiach, chciał być kimś, nie miał zamiaru niszczyć sobie życia przez ciążę. Tola i Lidka nie pasowały do jego planów. Nie mieszaj inteligentnej rodziny w swoje kłopoty!

Po dwóch latach matka zabrała je z powrotem do Warszawy. Werka i Teresa okazały się świetnymi nianiami Lidka przechodziła z mieszkania do mieszkania, trzy pary oczu ją pilnowały.

To było dziwne Tola jeszcze niedawno była dziewczynką, a już była matką, niby dorosła przed nimi. Ale szybko odkryły nie, to ta sama Tola, tylko ciągle zmęczona.

Teodora skończyła studia zaocznie, potem pracowała, wychowywała Lidię. Matka zmarła, gdy Lidka miała dziewięć lat.

I nagle na ich zakładzie drukarskim zjawiła się delegacja z Francji. A wśród gości przystojniak, Pierre. Nic go nie powstrzymało ani komitet, ani pogadanki, ani groźby. Miłość. Werka i Teresa przecierały oczy, kiedy Pierre przywoził Toli prezenty, ubrania, zabawki dla Lidki, naczynia Prędko zaprosił ją do siebie.

Wyobraźcie sobie, ma rezydencję pod Paryżem! Pokój dla mnie, wszystko… opowiadała Tola niemal szaleńczo.

A Lidia? zapytała Werka.

Na razie zostaje w Polsce. Gdy się tam urządzi, przyjedzie po nią tłumaczyła się Tola. W głowie jej grały orkiestry, marsz weselny zagłuszał głosy rozsądku.

Nie wybaczy ci powiedziała Werka i wyszła. Teresa trochę jeszcze pogadała i też wyszła. A Tola kiwała głową: one jej zazdroszczą! Lidka zrozumie Przyjedzie potem nic się nie stanie!

Mamo, gdzie mój bilet? zapytała poważnie Lidka, wracając ze szkoły. I w szkole też trzeba zgłosić, jeśli

Ty zostajesz, Lidko. Taka wyprawa za ciężka dla ciebie. Wrócę i cię zabiorę. Na razie zostajesz z…

Tola zamarła, gdy wazon od Pierrea roztrzaskał się o podłogę. Lidka cisnęła nim, potem jeszcze talerze i filiżanki poleciały w ścianę

Lidka później zwierzała się Weronice, że wtedy umarła w środku jakby nagle zabrakło tlenu, zacisnęło gardło i nie mogła złapać oddechu

Twoja mama wróci. Zobaczysz, nie da rady bez ciebie. Ale ty zdecydujesz, czy wybaczysz. Ja nie będę oceniać. Po prostu… zbyt długo żyłyśmy szaro, łatwo się nabrać na obietnicę pięknego życia. Słabość kobiet mówiła Werka.

Ona sama kiedyś popadła przez to w tarapaty na ulicy ktoś obiecał jej futrzaną czapkę. Zapłaciła, wróciła do domu w torbie stare gałgany, a czapki brak…

Tola wyjechała. Lidka nie odprowadzała jej na dworzec, nie pisała. O jej życiu Tola dowiadywała się od przyjaciółek.

Wróciła po pół roku dla nastolatki wieczność. Lidka znienawidziła matkę, nie chciała jej znać i wszystkie prezenty wyrzuciła.

No i wyszłaś za niego za mąż? dopytała Teresa.

Nie pokręciła głową Tola. Rodzina Pierrea uznała, że nie pasuję z dzieckiem, kazali mi z niej zrezygnować, błahostka, jak to oni określili. Wiesz jak to usłyszałam i zrozumiałam, że Pierre ich popiera, splunęłam na ich wypolerowaną podłogę i wyjechałam. Myślisz, że Lidka mi wybaczy?

Teresa wzruszyła ramionami:

Później. Musi dorosnąć, sama się potknąć, zakochać. Może wtedy coś zrozumie. Choć nie pochwalam tego, co zrobiłaś. To było głupie i okrutne, wybacz, że mówię prosto z mostu…

Wtedy Werka i Teresa były już po ślubie, każda miała syna. Nie wyobrażały sobie wyjazdu nawet na dzień…

Za to wszystko Tola czuła, że została ukarana połowa jej ciała nie działa, bo sama skrzywdziła córkę.

Lidka zatrudniła matce opiekunkę, ale ona była szorstka i nieuważna. Pewnego razu zalała Tolę wrzątkiem zamiast letniej wody. Tola krzyczała, płakała z bólu, a opiekunka przestraszona uciekła. Zbiegła się Werka. Miały już z Teresą swoje zapasowe klucze. Wyleczyły ją, od tej pory Werka była opiekunką Teodory.

Nie wygłupiaj się! Jak możesz? Przecież to wstyd! buntowała się Tola. Zapłacę ci chociaż!

Wiesz co? Werka syknęła Wydaj te pieniądze na coś mądrego! Dziwna jesteś, Tolu!

Czego się miały wstydzić? Razem chodziły do łaźni, razem do przychodni, znały każdą pieprzyk na sobie. Z dzieciństwa wyciągały się z tarapatów i zasłaniały wzajemnie przed bombardowaniem I teraz miałyby brać od siebie pieniądze? Nie ma mowy.

Temat pieniędzy zamknięty. Werka pomagała Toli, potem wychodziła z Teresą na spacer. Tereska ledwo się orientowała na ulicy, z utratą słuchu zrobiła się nieswoja. Werka prowadziła ją przez Powiśle, potem na bulwary, czasem na Mariensztat, odwiedzały swoje ulubione skwery i podwórka. Obserwowały dzieci, wspominały dzieciństwo, czasy, gdy ich synowie wspinali się na lipy. Tu w środku miasta tych lip było pełno, a gdy kwitły zapach odurzał. Teresa szczególnie lubiła zbierać kwiat lipy na herbatę. Miały nawet własny wieczór herbaty lipowej. Spotykały się u Teresy, siedziały przy okrągłym stole w maleńkiej kuchni, rozstawiały filiżanki z cieniutkiej porcelany. W taki wieczór należało przynieść coś wyjątkowego: ciasto, własnoręcznie upieczone bułeczki, cokolwiek. Korzystały z wszystkich możliwych książek kucharskich, eksperymentowały, a gdy chłopcy ich synowie się wtrącali, z włoskiego dania wychodziło coś zupełnie polskiego, ale równie smacznego.

Jadły, piły herbatę, patrzyły za okno na ogród pod domem, na tańczące kwiaty lipy. Rozmawiały Tola o Paryżu, Werka o artystach z muzeum, w którym pracowała, Tereska, zatrudniona w Fabryce Chemicznej Stomil, wolała słuchać, bo słuch jej już wtedy mocno szwankował.

Podczas wojny podpadła pod bombardowanie, pocisk eksplodował obok niej, niemal ogłuchła, potem długo bolały ją uszy, a z wiekiem słuch coraz bardziej zanikał.

W fabryce poznała swojego męża, starego o dwanaście lat. Po co ci taki facet? pytał, chowając blizny po poparzeniu. Znajdziesz sobie młodego, a mnie to zaboli, nie zniosę

Pobrali się, a podczas pierwszej wspólnej nocy (Tereska była bardzo cnotliwa) Zbyszek przez całą noc sprawdzał, czy to nie sen, słuchał, jak oddycha, jak stukają zegary, nawet jak pod podłogą biega mysz W końcu nad ranem usnął. Tereska patrzyła na niego, jej nie przeszkadzały blizny ani białe włosy na skroniach, wciąż miał oczy roześmianego chłopca.

Zbyszek był jej jedyną miłością. Odszedł wcześnie miał ledwie 55 lat. Zasnęli wieczorem, a rano nie wstał Odszedł cicho, spokojnie. Tereska klęczała nad nim, łzy kapały na jego policzki, a ona je ocierała, bała się, że będą go piekły

Syn Jurek przyprowadził sąsiadki, zabrały Tereskę, dzieciaka też przygarnęły. Płakali razem. Lidka, patrząc na to wszystko, po raz pierwszy poczuła, jak bardzo kocha matkę. Zaczynała, krok po kroku, znowu do niej wracać

Mąż Werki nigdy nie przypadł przyjaciółkom do gustu. Jak Tola żartowała niby miękko gada, a później twardo się śpi. Obiecywał, kombinował, ale do działania nie miał zapału. Trzeba było kupić nowe zasłony zawsze później. Potem mieli dostać lodówkę, ale transport za drogi. Andrzej odrzucił nawet możliwość kupna szafy.

Czemu za niego wyszłaś? zapytała kiedyś Teresa.

Bałam się, że nikt na mnie nie spojrzy. Jesteście ładne, a ja taka szara myszka Werka płakała z bezsilności.

Rozwiedź się! krzyczały przyjaciółki. Ile można wytrzymywać?!

Nie mogę. Mamy syna Michała. Dla niego tata jest ważny, nie zrozumie Nie, nie mogę

Teresa i Tola kręciły głowami, psioczyły na Andrzeja, ale nagle Werka zupełnie się zmieniła. Rozkwitła, była uśmiechnięta, lekka.

Co się dzieje? spytała surowo Teresa. Z tobą wszystko w porządku?

Werka zarumieniona najpierw machnęła ręką, a potem szeptem wyznała:

Zakochałam się… O mnie stara się bardzo porządny mężczyzna. Teraz wiem, co to znaczy męskie ramię…

Popłakała się, a Teresa tylko pokiwała głową. Z Werki nie była rozwódka, została dla syna i wina.

Ten romans trwał długo, bardzo długo. Skończył się, gdy Michał już był duży, szedł na studia, a Andrzej dostał udaru w pracy, spadł z rusztowania… Werka została pielęgniarką, całe dnie opiekowała się mężem, prosiła o wybaczenie, a on tylko mruczał.

Zmarł szybko. Kochanek Werki zaproponował ślub, ale ona odmówiła.

Michał nie zrozumie. To byłoby jak zdrada. I tak mam wyrzuty sumienia…

Tamten mężczyzna wyjechał z Warszawy na zawsze. Nie napisał, nie zadzwonił. Wywalczył dla Werki i lodówkę, i meblościankę, i rzeczy dla Michała. Tylko gospodarzem w domu nigdy się nie stał. Szkoda…

Lata płynęły, sąsiadki się starzały, dom się starzał, a ich zakręcony ogródek z wysokimi lipami kwitł dalej. W szkole rozwijały się talenty. Na koncerty przychodziły trzy staruszki.

Tola na wózku, otulona kocem, w welurowej sukni z białym kołnierzykiem, Werka prosta, w czekoladowej sukni z koralikami, Teresa najskromniejsza w szarym garsonce, na nogach ciepłe botki, starą, znoszoną torebką. Ale na jej twarzy taki spokój, że często ją brano za ważną osobę.

I wszystkie w koronkowych rękawiczkach wspomnienie paryskich czasów Toli…

Daj spokój, Tola, nie obwiniaj się! powiedziała Werka, krojąc tort. Lidka już jest dorosła, sama jest matką i żoną. Poznała sens miłości, pewnie Pierrea nienawidzi, ale ciebie kocha.

Tak! przytaknęła Teresa. Młodość jest ostra, bezkompromisowa. Ale potem się wszystko zmienia, pojawia się głębia, cienie. Lidka wtedy nie rozumiała, dziś już widzi inaczej. Twój Pierre był żukiem…

Na stole znów postawiono czajnik. Elektryczny, bez szyszek i zapachu lasu, ale wciąż piękny, tłuściutki, błyszczący na obrusie. Odbijał mamy tych, których już nie ma. Dziedzictwo rodzinne.

Za oknem padał deszcz na zwiędłe liście. Zaraz pierwszy przymrozek, dalie poczernieją na grządkach, a aksamitki zwiną się w liście. Jesień już w powietrzu, ale jeszcze trochę ciepła daje

Na podwórko wjechał samochód, światła zamigotały, zgasły. Słychać było szybkie obcasy, ktoś podbiegł do drzwi. Tola zamarła wsłuchana.

Dzwonek. Werka otworzyła, wpuściła Lidię, ucałowała ją, zerknęła w stronę kuchni.

Już czeka. Martwi się. Idź, kochana, idź! Wszystkiego najlepszego, kochana!

Lidka przyniosła mamie piękne dalie, fioletowe z żółtym środkiem. Za wielkim bukietem nie było widać solenizantki, a ona płakała. Siedziała i płakała, bo nie mogła uwierzyć, że już dawno jej wybaczono. A może sama sobie nie wybaczyła A może się cieszyła, bo dziś urodziła jej się ruda córeczka, maleńki kociak w różowym kokonie. Szczęście!

Jeśli dzisiaj zajrzysz przez okno tej starej, parterowej kamienicy przy bocznym skrzydle dawnego dworku na Powiślu, zobaczysz trzy cudowne staruszki. Śmieją się, rozmawiają, piją herbatę, wspominają i czekają, czekają… na dzieci, wnuki, prawnuki tych, którzy nadają ich życiu sens i kolor. Nie zostało im dużo czasu, zaraz odejdą w niebyt, ale zanim to nastąpi, trzeba nacieszyć się bliskimi, przytulić ich. To jest naprawdę bezcenne.

Oceń artykuł
TwojaCena
Trzy nici. Trzy przeznaczenia