Trzy lata remontu bez gości
Agnieszka odstawiła filiżankę na parapet i usłyszała, jak Piotr znieruchomiał w korytarzu. Poczuła to na plecach, choć stała do niego twarzą do okna. Cisza, która zawisła, była jak woda, w której można się zanurzyć i nie wypłynąć.
Postawiłaś filiżankę na parapecie powiedział w końcu. Nie zapytał. Stwierdził.
Tak, Piotrze. Odstawiłam filiżankę na parapet.
Tam jest lakierowana powierzchnia. Gorące zostawia ślad.
Wiem.
To po co?
Agnieszka odwróciła się. Miał czterdzieści osiem lat i dokładnie tak wyglądał ani starszy, ani młodszy. Stał w drzwiach kuchni, w popielatej domowej koszulce, z poziomicą w ręku. Zawsze trzymał poziomicę, kiedy chodził po mieszkaniu w weekendy. Jak inni trzymają komórki.
Bo nie mam jej gdzie indziej postawić odpowiedziała. Stół przykryty folią. Drugi stołek stoi do góry nogami. Podłoga w korytarzu jeszcze nie wyschła po gruntowaniu. Piję herbatę stojąc przy oknie, Piotrze. Piję tak już trzeci rok.
Popatrzył na filiżankę, potem na nią, znów na filiżankę.
Położę podkładkę.
Nie trzeba żadnej podkładki.
No ale ślad zostanie.
Niech zostanie.
Zmrużył lekko oczy. Tak patrzył zawsze, gdy nie wiedział, czy żartuje. Sama już nie była tego pewna.
Agnieszko, no co ty…
Wystarczy powiedziała cicho. Słowo to spadło w ciszę jak kamień w staw. Wystarczy, Piotrze.
Nie od razu dotarło. Zapytał raz jeszcze:
Co wystarczy?
Zbieram rzeczy.
Cisza rozciągnęła się niemiłosiernie. Za oknem zatrąbił samochód, zaraz potem ucichł. Piotr powoli opuścił rękę z poziomicą.
Przez parapet?
Nie. Nie przez parapet.
Agnieszka dopiła herbatę i odstawiła filiżankę z powrotem, z premedytacją, pewna i bez żadnego żalu.
Miała czterdzieści pięć lat. Pracowała jako księgowa w niewielkiej firmie, lubiła czytać przed snem, w biurze miała małego kaktusa, któremu dała na imię Feliks, i od bardzo dawna nie zapraszała przyjaciółek do siebie. Bardzo dawna. Dokładnie od trzech lat.
Ruszyła do sypialni.
Trzy lata temu, gdy kupowali to dwupokojowe mieszkanie na piątym piętrze w ceglanym bloku, w spokojnej uliczce na Mokotowie, Agnieszka była szczęśliwa. Naprawdę, fizycznie szczęśliwa. Pamieta jak z Piotrem stali na środku pustych pomieszczeń z łuszczącą się tapetą i malowanymi podłogami, patrzyła przez okno na jesienne topole i myślała: to jest to. To nasz dom.
Piotr był wtedy inny. Albo patrzyła przez różowe okulary. Chodził po pokojach, mierzył ściany, szkicował coś w zeszycie w kratkę, a w jego oczach palił się ogień, przez który kiedyś go pokochała. To był ogień człowieka, który wie, czego chce i potrafi to zrobić własnymi rękami.
Aga, zobacz pokazywał jej szkic. Tu będzie aneks, kuchnia z salonem, otwarta przestrzeń. W tej wnęce zrobię półki od podłogi po sufit, widzisz? Tu światło punktowe ze ściemniaczem.
Pięknie mówiła z przekonaniem.
Zrobimy wszystko sami, bez pośpiechu. Porządnie. Raz, a dobrze, na całe życie.
I to raz, a dobrze powinna była usłyszeć wtedy wyraźniej. Zrozumieć, co się za tym kryje nie tylko chęć oszczędzenia na ekipie.
Pierwsze pół roku było przygodą. Żyli w tym remoncie. Agnieszka gotowała na kuchence elektrycznej, bo gaz był niepodpięty. Spali na materacu na ziemi, bo łóżka nie było gdzie rozstawić. Jedli z jednorazowych naczyń, bo nie było gdzie zmywać. To było niewygodne, lekko romantyczne i całkiem do przeżycia. Wtedy.
Potem zaczęło się zmieniać. Powoli, jakby ziemia pod fundamentem zaczęła się przesuwać.
Piotr remontował każde wolne popołudnie i weekend, czasem brał urlop. Pracował jako kierownik na budowach, o materiałach i technologiach wiedział więcej niż niejedna ekipa. I to było dobre. Naprawdę dobre. Problemem nie była wiedza.
Problem tkwił w tym, że nie potrafił przestać.
Na początku Agnieszka tego nie dostrzegała. Zaniepokoiła się po jakichś ośmiu miesiącach, kiedy piła kawę z przyjaciółką, Magdą, a tamta spytała:
Kiedy skończycie? Chcę w końcu wpaść na pierogi, obiecałaś!
Jeszcze chwilę powiedziała Agnieszka. Piotr mówi, że najdalej do Świąt Bożego Narodzenia.
Święta minęły pośród kurzu i odgłosów wiercenia. Nikogo nie zaprosili, bo w salonie leżały płyty gipsowo-kartonowe. Sałatkę jarzynową jedli we dwoje, w niemal gotowej już kuchni. Niemal.
Piotrku, w przyszłym roku zróbmy porządną kolację, co?
Jasne przytaknął. Skończę sufit i parkiet w salonie, to zaprosimy gości.
Sufit skończył w marcu. Wtedy okazało się, że w łazience trzeba przerabiać instalację hydrauliczną, bo majster kiedyś zrobił źle, a Piotrowi nie wpadła w oko. Potem przyszła kolej na balkon: piana usiadła, między ościeżnicą a ścianą szczelina. Trzy milimetry. Piotr namierzył to szczelinomierzem.
Agnieszka żartowała z tego: Mój mąż walczy z trzema milimetrami.
Przyjaciółki się śmiały. Ona z nimi też. Nic nie bolało.
Parkiet kładli w maju, gdy można już było wietrzyć. Pomagała nosić deski, podawać narzędzia, odkurzać pył budowlanym odkurzaczem. Piotr pracował w milczeniu, skupiony na pracy niczym chirurg. Sprawdzał wszystkie rzędy poziomicą i laserem. Kilka razy rozbierał już ułożone, bo szczelina nie była idealna.
Piotrze, przecież tego nie widać! spytała.
Ja widzę odpowiadał, nie odrywając wzroku od podłogi.
To był pierwszy raz, kiedy coś w tych słowach ją zatrzymało. Nie zabolało. Po prostu zatrzymało. Stała z mokrą ścierką w dłoni, patrząc na jego kark; poczuła, że coś ważnego się w niej przesuwa.
Skończyli w czerwcu. Parkiet był rzeczywiście piękny jasny dąb, drobna jodełka, idealnie ułożony. Przesunęła po nim dłonią:
Piękny.
Jeszcze lakier, mocny, niemiecki, odporny na rysy.
Kiedy?
Za tydzień.
Za tydzień okazało się, że listwa w rogu odstaje o pół milimetra. Lakier przeszedł na później.
To wtedy, w tym czerwcu, Agnieszka zadzwoniła do Magdy i umówiła się w cukierni na Powiślu. Piły zimną herbatę, Magda zapytała:
No jak wy tam? Kiedy już zaprosisz?
Niedługo odpowiedziała Agnieszka i zamilkła.
Coś się stało?
Nie… Tylko zaczynam mieć wrażenie, że Piotr nigdy nie skończy. On nawet nie przeciąga, Magda. Jakby nie chciał skończyć. Jakby dopóki remont trwa, wszystko ma usprawiedliwienie: brak gości, brak mebli, brak życia po prostu.
Magda patrzyła poważnie.
Mówiłaś mu o tym?
Próbuję. Ale on zawsze tłumaczy, że już, już za chwilę i wszystko będzie idealne.
A ty chcesz idealnie?
Agnieszka chwilę milczała.
Ja chcę mieć dom. Po prostu.
Wieczorem Piotr rozkładał próbki farby do ścian. Było ich dwadzieścia, wszystkie białe, ale w różnych odcieniach.
Zobacz: to ciepła biel z domieszką kremu. To zimna, ta ma nutkę niebieską. Różnica jest kluczowa. Myślę, że trzeba tę.
Wskazał jedną. Dla Agnieszki wszystko było po prostu białe.
Piotrze, jest mi wszystko jedno.
Spojrzał zdziwiony.
Jak to? Przecież tu będziemy żyć.
Właśnie. Będziemy tu żyć. Ludzie nie rozróżniają odcieni bieli na ścianach.
Rozróżniają, nieświadomie.
Wybierz sam.
Zawsze wybierał sam. To też przyszło niezauważenie. Najpierw cieszyła się, że Piotr podejmuje decyzje, bo zna się na tym lepiej; z czasem pytał coraz rzadziej, potem przestał wcale. Nie brutalnie zwyczajnie, jej zdanie już nie miało znaczenia. Gdy mówiła podoba mi się ta glazura, tłumaczył, że technicznie ta druga lepsza. Gdy chciała postawić tu kanapę, pokazywał w aplikacji, że to psuje układ. Gdy mówiła lubię to, odpowiadał: ale poprawniej jest tak.
Przestała mówić lubię. Po co.
Jesienią drugiego roku odwiedzić miał ich stary kolega Piotra, Wojtek z Poznania. Zadzwonił z wyprzedzeniem, chciał tylko przenocować. Agnieszka się ucieszyła; kupiła jedzenie, wyjęła normalną zastawę, odkurzyła stół.
Piotr powiedział, że Wojtek nie może nocować, bo w sypialni są prace.
W rzeczywistości nie było żadnych prac normalne łóżko, szafa. Agnieszka wiedziała.
Piotrze spytała cicho, gdy skończył rozmowę. Jakie prace w sypialni?
Chwila ciszy.
Trzeba podłogę poprawić w jednym miejscu. Wojtek by źle spał przez zapach.
Ale tam nie ma żadnego zapachu.
Aga, po co komuś pokazywać napięte mieszkanie?
W jakim takim?
Niedokończone.
Spojrzała na niego i fizycznie poczuła, jak grunt usuwa się spod nóg. Zrozumiała: on się wstydzi. Swojego mieszkania, które sam urządza. Bo jeszcze nie osiągnął ideału. I potrafił okłamać starego przyjaciela dla tego niewidzialnego ideału.
Dobrze odpowiedziała. Nic więcej.
Wojtek przyjechał, wypił trzy herbaty przy kuchennym stole, zjadł kolację w restauracji z Piotrem i wrócił na noc do hotelu. Agnieszka jadła sama w domu.
Tej nocy długo leżała w łóżku, patrzyła w idealny, śnieżnobiały sufit i zastanawiała się, co się z nimi stało. W sypialni nie było gości od dwóch lat.
Zimą mama Agnieszki zachorowała zwykła grypa, ale musiała jeździć przez całe miasto dwa-trzy razy w tygodniu, czasem zostawała na noc. Piotr nie miał nic przeciwko malował wtedy od środka drzwi balkonowe specjalnym środkiem, do dwóch warstw, z odpowiednim odstępem.
Pewnego wieczoru wróciła od mamy wcześniej. Piotr siedział na podłodze w korytarzu, z lupą, badał styk listwy ze ścianą.
Co się stało? zapytała, zdejmując płaszcz.
Jest przerwa odrzekł, nie podnosząc głowy.
Nie dopytywała; sama wiedziała, jaki jest wymiar. Rozmawianie o minimetrach nic nie dawało.
Piotrze, jadłeś dzisiaj?
Pauza.
Nie pamiętam.
Od rana?
Coś tam było rano.
Ugotowała makaron, usmażyła jajko. Przyszedł, gdy kończyła.
Dziękuję.
Nie ma za co.
Jedli w milczeniu. Za oknem padał śnieg. Na stole katalog z uchwytami do szafy. Rozmawiali o nim już rok temu.
Piotrek zaczęła.
Mmm?
Opowiedz mi coś. Tylko nie o remoncie.
Spojrzał na nią, jakby poprosiła, by mówił po węgiersku.
Ale co?
Cokolwiek. Jak minął dzień. Co ciekawego. Smutnego. Śmiesznego. Byle nie o przerwach i materiałach.
Myślał. Naprawdę myślał.
Dzisiaj na budowie Majster zalał posadzkę bez zbrojenia. Wyrzuciłem go.
To o pracy.
No tak.
I nic więcej?
Próbował się zastanowić. Właśnie o to jej chodziło.
Nie wiem powiedział w końcu. Chyba nic.
Po tej rozmowie długo myślała w ciemności: kiedy żywy człowiek zamienił się w zestaw funkcji? Albo zawsze taki był? Nie pamiętała innego Piotra. Kiedyś jechali jego starym peugeotem nad Mazury, wskazywał konstelacje przez szybę: To jest Kasjopeja, Wielka Niedźwiedzica, Plejady, widzisz? Wtedy widziała.
Dokąd znikły Plejady?
Na trzeci rok przestała powtarzać znajomym, że wkrótce skończą. Bo to były nieprawdy. Remont kończył się i zaczynał od nowa. Piotr znajdował nowe niedoskonałości albo zmieniał decyzje: płytki okazywały się zbyt miękkie, farba dawała nie ten kolor, klamka drzwi dobra, ale zawias trzeszczał. Każda usterka była początkiem kolejnego etapu.
Agnieszka kupiła sobie małą lampkę nocną, z materiałowym abażurem. Dała ją na swoją szafkę. Wieczorem Piotr zobaczył:
Skąd to?
Kupiłam.
Po co? Przecież miały być spoty.
Chcę czytać przed snem.
Spoty będą lepsze.
Kiedy?
Nie odpowiedział.
No właśnie. A ja czytać chcę teraz.
Lampka stała tydzień. Potem Piotr przyniósł z piwniczki mały reflektorek. Postawił obok ma mocniejszy strumień światła.
Lampa Agnieszki powędrowała w kąt. Potem na półkę. Potem znalazła ją w piwniczce pomiędzy wiadrami i zapasami szpachli.
Nic nie mówiła. Wzięła ją z powrotem na szafkę.
Piotr znów postawił ją na półce.
Ona znów na szafce.
On milczał. Ona też.
I lampka stała na szafce. To była mała wygrana, ale też mała porażka. Bo w normalnym domu, w normalnych relacjach, to nie byłaby ani wygrana, ani porażka. Ot, zwykła lampka.
Wiosną trzeciego roku, w kwietniu, napisała do Magdy w pracy:
Magda, nie chciałabyś gdzieś pojechać? Do sanatorium, na weekend? Bez mężów?
Magda odpisała natychmiast: Chcę! Kiedy?
Pojechały w maju, na cztery dni, do ośrodka w lesie pod Warszawą. Agnieszka wzięła urlop. Piotr był zdumiony, ale zgodził się właśnie przerabiał łazienkę, całkowicie pochłonięty.
W pokoju Agnieszki była zwykła drewniana szafa, pstrokaty koc na łóżku i uchylenie okna, przez które pachniał las. Wszędzie małe ryski, krzywo zawieszona półka. I nagle zrozumiała: jest jej tu dobrze. Tak dobrze, że wieczorem położyła się na tym pstrokaciznie i rozpłakała się.
Magda leżała na sąsiednim łóżku. Nic nie pytała.
Mieszkam w muzeum powiedziała w końcu Agnieszka, wpatrzona w sufit z pajęczynką przy żyrandolu. W pięknym, martwym muzeum.
Magda chwilę milczała.
Mówiłaś mu?
Tak.
I?
Zawsze mówi, że jeszcze chwilka i będzie lepiej. Zawsze tak mówi.
Może byście poszli do terapeuty? Razem.
Nie pójdzie. Twierdzi, że terapeuci są dla ludzi z prawdziwymi problemami, a on ma po prostu remont.
Leżały długo w ciszy, pachniało lasem, Agnieszka myślała: właśnie tego brakowało okna na oścież, lekkiej niedbałości, ryski na ścianie, koca kupionego tylko dlatego, że się spodobał. Życia.
Wróciła po czterech dniach. W mieszkaniu pachniało gładzią. Piotr przywitał ją w przedpokoju, od razu zapraszał do łazienki, by pokazać nową wnękę.
Dobrze powiedziała.
Widzisz? Teraz idealnie symetrycznie. Wcześniej prawa strona była szersza o półtora centymetra.
Widzę.
Tydzień myślałem jak zrobić, żeby nie naruszyć kafelków. Wymyśliłem.
No to gratuluję.
Poszła do sypialni, przebrała się, położyła. Wgapiona w sufit. Sufit idealny.
W czerwcu był wieczór, około ósmej w niedzielę, Piotr malował coś w piwniczce, Agnieszka robiła kolację.
Piotr! zawołała.
Co? odpowiedział zza ściany.
Obiadu za dwadzieścia minut.
Dobrze…
Nakryła do stołu. Nie przyszedł za dwadzieścia minut. Ani za czterdzieści. Zajrzała do piwniczki.
Obiad stygnie.
Pięć minut.
Po pięciu minutach nie przyszedł.
Zjadła sama. Posprzątała, pozmywała. Przyszedł dopiero ok. 22:30. Zobaczył pusty stół.
Przepraszam, straciłem rachubę.
Tak, wiem.
Odgrzać?
Sam sobie odgrzej.
Poszła do sypialni. Położyła się z książką, czytała. Gdy wszedł, zapytała bez odrywania wzroku:
Piotr, jesteś szczęśliwy?
Długa pauza.
No tak. Chyba tak?
Jesteś pewien?
Aga, co za pytanie?
Zwykłe pytanie.
Położył się. Milczał. W końcu:
Skończę piwniczkę, ogarnę balkon, tam trzeba jeszcze docieplić. Wtedy mieszkanie będzie w końcu gotowe.
Zamknęła książkę.
Rozumiesz, że właśnie odpowiedziałeś na moje pytanie?
Jak?
Zapytałam, czy jesteś szczęśliwy, a ty opowiedziałeś o balkonie.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Leżeli w ciszy.
Dobranoc, Piotrze.
Dobranoc.
Nie gasiła światła jeszcze długo. Myślała o tym, że w jakimś innym wariancie ich życia rozmawialiby teraz o byle czym: serialu, żartach mamy Agnieszki, zmianach w ich ulubionej kawiarni… Po prostu rozmawialiby.
A tu była idealna cisza. Jak sufit.
To ta rozmowa wróciła rano, gdy stawiała filiżankę na parapet. Wtedy zrozumiała, że słowo wystarczy dojrzało już dawno. Potrzebowało tylko pretekstu, żeby wyjść.
Pakowała rzeczy powoli, spokojnie, bez łez. Brała tylko własne: kilka książek, kosmetyki, ubrania, lampkę z materiałowym abażurem, dowód, dokumenty, ładowarkę do telefonu. I Feliksa, zamkniętego w doniczce po pracy bo w domu nie było żadnej żywej rośliny. Piotr nie miał nic przeciwko kaktusowi. Kaktus nie zostawiał śladów.
Piotr stał w drzwiach sypialni i patrzył, jak pakuje rzeczy do torby.
Agnieszko.
Co?
Porozmawiajmy.
O czym?
Jak to o czym? Pakujesz się.
Tak.
Przez filiżankę?
Piotrze, proszę Ty dobrze wiesz, o co chodzi.
Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Zatrzymała się. Spojrzała na niego. Stał, wysoki, bez poziomicy, z pustką w oczach. Naprawdę zaskoczony. Bardzo rzadko widziała takiego Piotra.
Piotrze, mieszkamy tu trzy lata.
Tak.
Ani razu nie mieliśmy normalnej kolacji z gośćmi. Ani razu. Trzy lata.
Bo mieszkanie jeszcze nie
Bo jeszcze nie skończone, wiem. Ono nigdy nie będzie gotowe. Rozumiesz?
Milczał.
Zawsze znajdziesz coś do poprawienia. Tak masz. I to nie jest złe w sobie, ale ja nie mogę tak żyć. Mam dość życia na budowie.
Jeszcze tylko…
Nie. Powiedziała to miękko, stanowczo. Nie jeszcze tylko. To nie kwestia czasu. Ja trzy lata mieszkałam u ciebie gościem we własnym domu. Chodziłam na paluszkach, żeby nie porysować. Stawiałam filiżanki na podkładkach. Usuwałam lampkę. Nie zapraszałam przyjaciółek, bo wstydziłeś się niedokończonego remontu. Ja
Głos zadrżał, odpoczęła sekundę.
Chcę żyć. Po prostu żyć z rysami na podłodze, plamami na parapecie. Z gośćmi w niedziele. Z twoją starą kurtką na krześle. Ze wszystkim, co jest w żywym domu. Nam się nie udało.
Długo milczał. W końcu tylko:
Dokąd idziesz?
Na razie do mamy.
Na długo?
Nie wiem.
Zamknęła torbę. Wzięła Feliksa. Przeszła obok niego do korytarza, założyła kurtkę, buty, ostrożnie, by nie porysować idealnej podłogi.
Aga rzucił cicho za nią.
Co?
Ja Nie wiedziałem, że aż tak.
Wiedziałeś odpowiedziała. Tylko nie chciałeś o tym myśleć.
Drzwi zamknęły się z cichym stukiem. Bardzo delikatnie, jak wszystko w tym mieszkaniu.
On został.
Stał jeszcze chwilę w korytarzu, potem przeszedł do salonu i usiadł na kanapie. Nad wyborem tapicerki do tej kanapy spędził trzy miesiące. Tkanina miała być trwała, nie łapać brudu. Siedział na tej znakomitej kanapie i patrzył wokół.
Mieszkanie było piękne. Naprawdę piękne. Jasne ściany w ciepłym odcieniu. Parkiet bez szczeliny. Gładki sufit. Wbudowane półki od podłogi po sufit, idealnie proste. Światło ustawione dokładnie. Balkon bez szczelin. Płytki w łazience styk w styk.
Patrzył na to i czuł coś dziwnego. Nie dumę. To było coś bliżej mdłości, tylko nie w brzuchu, a wyżej.
Na półkach zostało kilka jej książek. Oglądał grzbiety i usiłował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widział, jak czyta. Na kanapie, nie tylko na dobranoc, z książką przed snem, a tak po prostu. Dawno. Bardzo dawno.
Wstał. Poszedł do kuchni. Filiżanka stała na parapecie, na tym miejscu, gdzie ją zostawiła. Nie było żadnego śladu. Herbata dawno wystygła.
Umył filiżankę. Odstawił. Stał chwilę. Poszedł do sypialni. Położył się ubrany, pierwszy raz w życiu. Patrzył w sufit.
Sufit był idealny.
Leżał godzinę, dwie nie było różnicy. Potem wszedł do piwniczki. Tam stały wiadra, opakowania farb, narzędzia, wszystko posegregowane. Znalazł próbkę płytki, którą kiedyś porównywał w pracy. Obracał ją w palcach. Odłożył.
W piwniczce nie było nic ponad to. Tylko on.
Wieczorem zjadł z lodówki, umył talerz. W mieszkaniu była całkowita cisza. Zawsze coś się działo: szmer, skrzypienie, zapach. Teraz tylko idealna cisza w idealnych pokojach.
Włączył telewizor. Wyłączył po dwudziestu minutach nic nie rozumiał.
Telefon długo trzymał w ręku, patrząc na jej numer. Nie dzwonił.
Myślał. Nie o tym, jak ją odzyskać, ale o tym, co mówiła o gościach, lampce, o byciu gościem. To słowo gość uwierało szczególnie. Gość we własnym domu.
Przypomniał sobie Wojtka. Jak okłamał go przez prace w sypialni. Dlaczego? Wtedy też nie był szczery sam ze sobą. Kłamał, że to przez niedokończony remont, ale przecież mieszkanie od dawna nadawało się do życia. Nie było jednak takie, jaką sobie wymarzył. Nie taka, jaką sobie przyrzekł zrobić.
Przyrzekł sobie zbudować ideał. I nigdy nie mógł go osiągnąć. Bo ideał jest jak horyzont cokolwiek zrobisz, zawsze jest dalej.
Agnieszka to rozumiała. On nie.
Albo nie chciał rozumieć.
Przeszedł jeszcze raz przez wszystkie pokoje. Oświetlił całość. Zatrzymał się przy półkach.
Na półkach wszystko wyliczone: książki według wysokości, dekoracje w równych odstępach. Jego zasada: każda rzecz na miejscu, nic zbędnego, wszystko dopracowane.
Na środku trzeciej półki leżało małe szklane serduszko. Pomarańczowawe, trochę nierówne, ręczna robota. Agnieszka kupiła je dwa lata temu na bazarze. Spytał wtedy: Po co to? Odpowiedziała: Bo mi się podoba. Nie odezwał się serduszko zostało. Pogodził się z nim jako niegroźnym wyjątkiem.
Podniósł je. Pokręcił w dłoni.
Szkło było ciepłe. Albo mu się wydawało.
Myślał o tym przez trzy dni. Chodził po mieszkaniu, nie robiąc nic. W pracy się pomylił, musiał poprawiać projekt. Kolega spytał: Piotrek, wszystko dobrze? Tak, w porządku.
Czwartego dnia napisał do niej SMS.
Aga, możemy pogadać?
Odpisała po godzinie: Możemy.
Zadzwonił. Odpowiedziała po drugim sygnale.
Cześć rzucił.
Cześć.
Jak się masz?
Dobrze. U mamy ok.
Cisza. Słychać było jej oddech. Nigdy nie był dobry w te rozmowy. Ona zawsze potrafiła zaczynać.
Aga, myślałem ostatnie dni.
Domyślam się.
Wiesz, chyba zrozumiałem, co co się stało. A raczej źle wybierałem.
Milczała.
Pamiętam, co mówiłaś o gościach. O lampce. Wtedy nie rozumiałem, albo udawałem.
Po co mi to mówisz?
Bo chcę, żebyś wróciła.
Długa cisza.
Piotrze…
Nie proszę od razu. Po prostu mówię. Chciałbym, żebyś wróciła. I spróbować od nowa. Nie wiem, czy mi się uda. Ale chcę próbować.
Milczała bardzo długo. Usłyszał, jak przestawiła coś w tle. Może filiżankę.
Rozumiesz, że spróbuję to za mało? spytała.
Rozumiem.
Wiesz, że nie wrócę i nie będę żyć tak jak żyłam?
Rozumiem.
Nie sądzę, żebyś rozumiał. Nie obrażaj się. Jesteś teraz przestraszony i mówisz to, co trzeba. Ale nie można po prostu zdecydować, że się będzie kimś innym.
Wiem. To nie wstawienie gwoździa.
To co konkretnie proponujesz?
Zastanowił się.
Proponuję najpierw się spotkać. Pogadać twarzą w twarz.
Dobrze powiedziała po chwili. Spotkajmy się.
Spotkali się w kawiarni, neutralnie. Prosta kawiarnia, lekko chwiejące się krzesła, menu kredą na tablicy. Agnieszka w swojej beżowej kurtce, trochę zmęczona, spokojna.
Zamówili kawę. Piotr patrzył na nią, dawno nie patrzył tak: po prostu patrzeć, nie myśląc o kątach i szczelinach.
Jak mama?
Lepiej. Kupiła kwiaty, dłubie w doniczkach. Cieszy się, że jestem.
Ja też się cieszę.
Cisza.
Piotrze zaczęła. Chcę, żebyś zrozumiał jedno. Nie chodzi o remont sam w sobie. Chodzi o to, że zamieniłeś środek z celem. Mieszkanie to narzędzie do życia, nie życie samo.
Tak przyznał.
Zgadzasz się tylko, czy naprawdę rozumiesz?
Rozumiem.
A skąd mam wiedzieć?
Podniósł filiżankę. Odstawił.
Nie wiesz. Ja też nie wiem, czy się zmienię. Ale wiem, że tak dalej nie mogę. I że mieszkanie bez ciebie to tylko ładne pudełko.
Agnieszka patrzyła uważnie.
Ładne pudełko powtórzyła cicho.
Tak.
Cieszę się, że zauważyłeś.
Wrócisz?
Długo patrzyła przez okno. Padał deszcz, ludzie spieszyli się z zakupami, w kwiaciarni koło wejścia stały tulipany, czerwone, rozczochrane przez wiatr.
Spróbuję powiedziała w końcu. Ale pod warunkiem.
Jakim?
Po pierwsze: przez miesiąc żadnego remontu. Zero. Po prostu mieszkamy.
Dobrze.
Po drugie: w niedzielę zapraszamy Magdę z Pawłem i Wojtka, jeśli może przyjechać. Jemy, gadamy. Tak jak jest.
Kiwnął głową.
Trzecie: jeśli znowu zaczniesz robić tragedię z każdej rysy mówię ci prosto w oczy. I słuchasz.
Jasne.
Wiesz, że to nie tylko słowa? Naprawdę będzie trudno?
Wiem. Ale postaram się.
Spojrzała na niego, długo, sprawdzając, czy jest tam coś prawdziwego. W końcu:
No dobrze.
Szli do domu piechotą, choć deszcz kropił. Szli obok siebie, nie pod rękę, ale blisko. Ona miała Feliksa w kieszeni, on niósł torbę. Pod blokiem spojrzała do góry, na piąte piętro.
Ładny blok powiedziała.
Tak.
Wjechali windą. Otworzył drzwi. Weszła pierwsza. Poszła do salonu, postawiła Feliksa na parapecie, bez podkładki.
Piotr spojrzał na kaktusa na lakierowanym parapecie.
Nie odezwał się.
Agnieszka poszła do kuchni. Słyszał, jak nalewa wodę do czajnika, potem klik.
On przeszedł do salonu. Usiadł na kanapie. Spojrzał na półki. Szklane serduszko stało tam, gdzie zostawił je trzy dni temu, trochę nierówno.
Nie przestawił go.
W niedzielę zadzwonili do Magdy. Ta powiedziała wreszcie! i śmiała się szczerze. Wojtek nie dał rady, ale obiecał następnym razem. Paweł przyniósł wino, Magda sernik, Agnieszka ugotowała barszcz, który obiecała trzy lata temu.
Stół ustawili w salonie. Piotr rozstawiał talerze i widelce, widział, że nie są idealnie równo. Przestawił jeden. Potem się zatrzymał. Zostawił.
Przy stole było gwarno i trochę ciasno. Magda zrzuciła łokciem kieliszek, rozlało się czerwone wino na obrus. Wszyscy zamarli. Piotr poczuł ściśnięcie w żołądku, spojrzał na Agnieszkę.
Agnieszka patrzyła spokojnie.
On sięgnął po serwetkę, wytarł plamę.
Nic się nie stało.
Magda odetchnęła. Agnieszka lekko się uśmiechnęła.
Po kolacji długo rozmawiali, śmiali się, pili herbatę. Kiedy goście wyszli, była już północ. Agnieszka zmywała, Piotr wycierał. Milczeli, ale to milczenie było inne niż dawniej.
Plama się spierze powiedział o obrusie.
Może nie odpowiedziała.
I trudno.
Spojrzała, znalazła jego spojrzenie.
Piotrze.
Co?
Było dziś dobrze.
Tak. Było dobrze.
Skończyli sprzątać. W salonie stały jeszcze filiżanki, na obrusie plama od wina. Szklane serduszko na półce. Feliks na parapecie.
Piotr patrzył na to wszystko. Myślał o tym, że może trzeba będzie jutro odmoczyć plamę, póki nie zaschnie. Że kaktus zostawi ślad na lakierze. Że jedna filiżanka stoi krzywo.
Ale potem przypomniał sobie, że dziś Agnieszka roześmiała się dwa razy. Raz, gdy Magda opowiadała o kocie. Raz, gdy Paweł pomylił się przy toaście. Śmiała się jak kiedyś, gdy patrzył na nią i myślał: to jest ona.
Przeszła obok do sypialni. Zatrzymała się w drzwiach.
Idziesz?
Zaraz powiedział.
Jeszcze raz spojrzał na salon. Plama. Kaktus. Serduszko.
Wyłączył światło.
Położył się obok niej. Czytała już. Jej lampka z materiałowym abażurem na szafce dawała miękkie światło. Patrzył w sufit.
Agnieszko.
Mmm?
Słyszysz mnie, jak mówię o milimetrach i szczelinach?
Odłożyła książkę i spojrzała.
Słyszę.
O czym wtedy myślisz?
Zastanowiła się naprawdę.
Myślę, że wtedy jesteś bardzo daleko.
Tak powiedział. Chyba tak.
Wróciła do lektury.
Leżał i myślał, że nie wie, czy się uda. Trzy lata to długo. Coś się w niej zmieniło, coś w nim. Jak pęknięcie w ścianie można zasklepić, ale materiał już nigdy nie będzie taki sam. Wiedział to lepiej niż ktokolwiek.
Myślał o tym, aż zaczął zasypiać. Na granicy snu jeszcze jedna myśl: że jutro rano weźmie Feliksa i wsadzi go pod podkładkę, bo inaczej zostanie ślad.
Otworzył oczy.
Sufit był taki sam. Idealny, bez żadnej rysy.
Obok Agnieszka cichutko przewróciła stronę.
Zamknął oczy. Feliks poczeka do rana.




