Teściowa postanowiła sprawdzić Jagodę
Barbara Pawłowna zadzwoniła w czwartkowy wieczór. Michał odebrał telefon, rozmawiał przez dziesięć minut, po czym wszedł do kuchni z miną człowieka, który niesie niezbyt dobrą wiadomość i jeszcze nie wie, jak ją przedstawić.
Mama przyjedzie powiedział. Na dwa tygodnie.
Jagoda zamieszała zupę.
Kiedy?
W sobotę.
Jagoda wyłączyła palnik.
Dwa tygodnie Doskonale wiedziała, co to znaczy dwa tygodnie u Barbary Pawłowny. Jak szczypta soli w jej przepisach absolutnie subiektywna sprawa.
Teściowa zjawiła się w sobotę punktualnie w południe, z wielką torbą, z której coś groźnie pobrzękiwało i z tym charakterystycznym wyrazem twarzy człowieka, który przyjeżdża z inspekcją. Z oceniającym spojrzeniem, którym ogląda się mieszkanie przed kupnem.
No, rzuciła, rozglądając się po przedpokoju, kurzu nie ma. Już dobrze.
Michał się roześmiał. Jagoda się uśmiechnęła.
Już dobrze najwyraźniej był to komplement.
Barbara Pawłowna przeszła do kuchni, zajrzała do lodówki tak tylko, od niechcenia i mruknęła zamyślona:
Kupujesz kefir jeden procent? Michał powinien pić normalny, na żołądek.
Sam prosił o taki, odpowiedziała Jagoda.
No, prosić to sobie może, teściowa zamknęła lodówkę z miną kogoś, kto dokonał ważnego odkrycia i z pewnością je zapamięta.
Wieczorem, kiedy Michał był pod prysznicem, Barbara Pawłowna usiadła na kanapie, złożyła dłonie na kolanach i powiedziała bardzo spokojnie, niemal łagodnie:
Jaga, nie obrażaj się, ale chcę zrozumieć, jaka jesteś naprawdę.
Barbara Pawłowna była w swoim fachu profesjonalistką.
Działała dyskretnie jak konserwatorka dzieł sztuki, która powoli zdejmuje warstwę po warstwie, szukając prawdy. Każda uwaga delikatna, z uśmiechem, prawie niewinna.
Drugiego dnia znalazła ręczniki.
Jagoda, mruknęła, stojąc w łazience z ręcznikiem w dłoni, wiesz, że powinno się go wieszać pętelką w dół? Wtedy lepiej schnie.
Ja zawsze wieszam tak, odpowiedziała młoda kobieta.
No tak, no tak, zgodziła się teściowa i demonstracyjnie powiesiła swój ręcznik właściwie pętelką w dół, niczym nowy sztandar.
Koszule Michała wisiały w szafie wyprasowane, na wieszakach, równo i według kolorów. Teściowa otworzyła szafę, patrzyła długo, kiwnęła głową i powiedziała szeptem, jak do siebie:
Kołnierzyki lekko zmięte. Chyba, że tak ma być.
Jagoda stała obok i myślała: to przecież nie pytanie. To stwierdzenie, którego nie sposób skomentować.
Kwiat na parapecie stary fikus, przekładany razem z Jagodą przez dwa mieszkania został podlany, ale oczywiście według teściowej nieodpowiednio.
Jaga, fikusy nie lubią podlewania z góry. Powinnaś lać do podstawki.
Ten fikus jest ze mną osiem lat, odpowiedziała cicho.
I mógłby żyć lepiej.
Fikus milczał, co świadczyło o jego rozumie.
Rozmieszczenie produktów w lodówce spowodowało osobny wykład obszerny, z przykładami z życia: nabiał na środkową półkę, mięso tylko na dół i w pojemniku, zioła w torebce z dziurkami, jajka do osobnej tacki, a nie na drzwi, bo wtedy się trzęsą. Jagoda słuchała i kiwała głową. Jajka zostały na drzwiach.
Wieczorem Barbara Pawłowna dzwoniła do kogoś Jagoda słyszała mimochodem, ściany w mieszkaniu były cienkie, a głos u teściowej przewodnicki, nauczycielski.
Nie, Krysiu, ogólnie wszystko w porządku. Stara się. Ale od razu widać nie jest przygotowana do życia. Rosół z fasolą gotuje. Wyobrażasz sobie, z fasolą! Michaś oczywiście je, bo to dobry chłopak, nie obrazi. Ale ja widzę. I ręczniki nie tak powieszone. I o kwiatkach nie ma pojęcia…
Jagoda stała przy zlewie, myjąc kubek. Ciekawe, jak długo jeszcze ten egzamin potrwa? Miała wrażenie, że już go oblała. Co dalej?
Michał patrzył na to wszystko z tą typową męską rezygnacją oznaczającą: widzę, ale udaję, że nie bo nie wiem, co zrobić, i liczę, że samo minie.
Wieczorami mówił tylko:
Nic sobie z tego nie rób. Ona się tylko troszczy.
Wiem, odpowiadała Jagoda.
Nie robi tego specjalnie.
Michał, wiem.
Ona chce być pewna, że u nas dobrze.
Wiem.
Patrzył na żonę trochę z poczuciem winy, trochę z ulgą. Dobrze, że rozumie. Dobrze, że nie wybucha. Dobrze, że jest spokojna.
Dobrze, myślała Jagoda, zmywając naczynia.
Dziesiątego dnia Barbara Pawłowna zostawiła w kuchni nieporządek. Jagoda wróciła z pracy o wpół do siódmej na stole brudne kubki, okruszki, otwarta kostka masła. Teściowa oglądała telewizję.
Jagoda posprzątała. Umyła. Przetarła.
Wieczorem teściowa powiedziała Michałowi cicho w przedpokoju, myśląc, że żona jest w łazience:
Michał, zauważyłeś, że w kuchni znów był bałagan? Widać, że nie daje rady.
Jagoda stała w korytarzu z ręcznikiem w dłoni.
Michał zamilkł.
No i wszystko jasne, pomyślała Jagoda.
Nie była zła. Nie tak, żeby było to widać.
Ale następnego ranka, kiedy Barbara Pawłowna oznajmiła przy śniadaniu, że w przyszłym tygodniu odwiedzą ich trzy jej siostry tak po prostu, posiedzieć, lepiej się poznać Jagoda uśmiechnęła się i powiedziała:
Świetnie. Będzie nam bardzo miło.
Michał spojrzał na nią z lekkim zdumieniem. Teściowa z lekką podejrzliwością. Jagoda dopiła kawę i poszła się szykować do pracy.
Zobaczymy, pomyślała, cytując teściową.
Goście przyjechały w sobotę, wpół do trzeciej.
Trzy siostry Barbary Pawłowny Zofia, Wiesława oraz Bronisława kobiety dojrzałe, mocne, każda ze swoim zdaniem na każdy temat i donośnym głosem. Weszły do przedpokoju, rozglądały się szybko, profesjonalnie, jak komisja przy odbiorze mieszkania, i zaczęły się rozbierać.
Ładne mieszkanie, rzuciła Zofia. Jasne.
Dawno robiliście remont? zapytała Bronisława.
Trzy lata temu, powiedziała Jagoda.
Widać, rzuciła Bronisława. I już nie wyjaśniła co.
Barbara Pawłowna witała siostry z miną reżyserki wystawiającej sztukę i czekającej, jak rozwinie się spektakl. Michał pomagał z płaszczami. Jagoda chwilę stała z boku, spokojna, z uśmiechem, nie okazując najmniejszej nerwowości.
I to już wzbudziło czujność teściowej.
Weszli do salonu. Rozsiedli się. Zofia poprawiła dla porządku poduszkę na kanapie i zapytała:
No, Jagódko, co dziś na stole?
I wtedy (najciekawsze dopiero przed wami) Jagoda zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał.
Odwróciła się do Barbary Pawłowny. Spokojnie. Bez dramatyzowania.
Barbaro Pawłowno, myślałam, że dziś pani przejmie kuchnię. Mówiła pani, że gotuje sto razy lepiej ode mnie. I że wszystko u pani smakuje lepiej. Nie będę się kompromitować przy gościach.
Cisza.
Barabara Pawłowna popatrzyła na Jagodę. Ta spojrzała na nią serdecznie, tak zwyczajnie, jakby zaproponowała coś absolutnie normalnego i nie rozumiała, czemu nagle wszyscy zamilkli.
Ja… zaczęła teściowa.
Wszystko jest dodała Jagoda. Kurczak, warzywa, zioła. Rano kupiłam. Michał zawsze zachwala pani jedzenie.
Michał, siedząc w fotelu, nagle bardzo zainteresował się wzorkiem na dywanie.
Wiesława spojrzała porozumiewawczo na Zofię. Bronisława z zainteresowaniem zerknęła na Barbarę Pawłownę.
No to dobrze powiedziała Barbara Pawłowna. Do dzieła.
I poszła do kuchni.
Jagoda usiadła na kanapie obok Zofii i równie swobodnie zapytała:
Jak podróż? Były korki?
Zofia była wyraźnie zaskoczona innym przebiegiem wydarzeń, ale odpowiedziała. Bronisława dorzuciła, że korki. Wiesława poskarżyła się, że w jej dzielnicy w soboty można utknąć. Rozmowa potoczyła się sama, jakby z potrzeby uniknięcia ciszy.
Z kuchni dochodziły odgłosy.
Najpierw trzask lodówki. Cisza. Potem znowu lodówka. Potem dźwięk garczka. Potem szuranie kogoś, kto czegoś szuka i nie może znaleźć.
Jagoda! zawołała Barbara Pawłowna z kuchni. Gdzie masz naczynie do zapiekania?
Dolna szafka, po prawej odkrzyknęła Jagoda nawet nie ruszając się z miejsca.
Pauza.
Nie widzę.
Pod blachą do pieczenia.
Dłuższa pauza.
O, znalazłam.
Zofia zakaszlała. Wiesława zaczęła wpatrywać się w obraz na ścianie. Bronisława całkiem niewinnie patrzyła przez okno.
Jagoda zwróciła się do Wiesławy:
Wiesiu, napijesz się herbaty? Zaraz nastawię wodę.
Chętnie, odpowiedziała z ulgą Wiesława.
Jagoda wstała, poszła do kuchni, gdzie przez kilka sekund milcząco stała przy teściowej. Barbara stała nad deską do krojenia ze wzrokiem generała, którego nagle oddelegowano do obierania ziemniaków.
Nie padło między nimi ani jedno słowo.
Jagoda wstawiła wodę, zabrała kubki i wyszła.
Obiad udał się. Gotowany przez półtorej godziny, trochę chaotyczny, kurczak był odrobinę przesuszony, sos za rzadki. Barbara Pawłowna nakrywała do stołu z miną człowieka, który wykonuje obowiązek sumiennie, ale wolałby być gdzie indziej.
Zofia skubnęła kurczaka. Dyplomatycznie powiedziała:
Barbara, zawsze pysznie gotujesz.
Przy stole było cicho. Nie niezręcznie po prostu cicho. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi, ale nikt nie zamierzał tego komentować. Goście jedli, gadali o swoim, chwalili kurczaka trochę na siłę, ale serdecznie.
Jagoda przy obiedzie była zwyczajnie uprzejma. Zapytała o dzieci Wiesławy. Dorzuciła coś o działce. Nalewała każdemu herbatę.
Barbara Pawłowna siedziała na czele stołu i milczała.
Po wyjściu gości i zmyciu naczyń, Barbara Pawłowna wyszła z kuchni, wycierając ręce ręcznikiem. Tym, który wisiał pętelką w dół.
Jagoda siedziała w salonie z kubkiem herbaty, Michał obok.
Teściowa zatrzymała się w drzwiach. Weszła, usiadła w fotelu. Chwilę milczała. Za oknem już ciemno, a w ciszy słychać było telewizor sąsiadów.
Sprytnie to załatwiłaś, powiedziała Barbara Pawłowna.
Po prostu wiem, czego chcę, odpowiedziała Jagoda.
Teściowa kiwnęła głową. Wstała. Już w drzwiach, nie patrząc na nią, rzuciła:
Ten rosół z fasolą w sumie był całkiem smaczny.
I wyszła.
Michał spojrzał na Jagodę.
Dawno wymyśliłaś ten numer z kuchnią? zapytał cicho.
Wtedy, gdy nie odezwałeś się w przedpokoju, odparła.
Skinął głową. Już nie pytał dalej.
Trzy dni później Barbara Pawłowna wróciła do domu. Sama się spakowała, sama zamówiła taksówkę. Na pożegnanie objęła Michała, potem, po krótkim wahaniu, Jagodę także.
Jagoda zamknęła za nią drzwi. Weszła do łazienki i odwiesiła swój ręcznik pętelką w górę, jak zawsze.




