Dacza ojca
To, że daczę ojca sprzedano, Olga dowiedziała się zupełnie niespodziewanie i przypadkiem, a wszystko wydarzyło się tak dawno temu, że dziś wspomina to jak sen z dzieciństwa. Było to przez telefon, gdy dzwoniła z poczty do mamy, która mieszkała wtedy w innym mieście. Takie rzeczy przecież zdarzają się tylko w filmach: przez pomyłkę telefonistka połączyła trzy osoby, nie dwie. Słyszała więc rozmowę mamy i cioci Barbary. Dwa miasta, dwa kobiece głosy, bliskie do bólu, dzielone przez sto kilometrów kabla i roztrzęsione dźwięki a wszystko sprowadzało się do najważniejszej informacji: daczy już nie ma, udało się korzystnie ją sprzedać, można teraz oj, tak wiele, nawet jej, Oldze, trochę pomóc z pieniędzmi!
Olgi mama, Zofia, razem ze swoją starszą siostrą Barbarą, ragują się ciepło i serdecznie. Pamiętam do dziś ten moment głos rozbrzmiewający echem po sznurkach tych starych linii. Fizyka zawsze była dla Olgi trudna, tata, Stanisław, zmuszał ją do nauki.
***
Tato, czemu we wrześniu jest takie słońce?
Jakie, Oleńko?
Sama nie wiem, nie potrafię wytłumaczyć Światło jest inne, łagodniejsze. Słoneczne, lecz nie takie jak w sierpniu
Fizyki trzeba się uczyć uśmiechnął się, rzucając jej olbrzymie jabłko, rumiane, pachnące miodem i jesienią.
Papierówka?
Nie, jeszcze nie dojrzała. To korona reneta.
Ugryzła chrupiąco, w ustach rozlała się słodycz późnego lata, wsiąknięta w sok i białą pianę jabłka. Odmiany jabłek, podobnie jak fizyki, Olga nie znała najlepiej. I tu kryła się największa trudność! Bo przecież była już od dwóch lat zakochana w nauczycielu fizyki, a prawa natury w szkolnym zeszycie wydawały się zakręcone jak nigdy dotąd. Tata widział to wszystko w jej zamyślonych oczach i słabym apetycie. Opowiedziała mu o tym zeszłej jesieni, wyryczała pół nocy u niego na kolanach mama była wówczas w sanatorium, starsza o dwanaście lat siostra Barbara studiowała w Krakowie.
Na daczy tata stawał się innym człowiekiem beztrosko pogwizdywał melodie, nigdy w mieszkaniu w Lublinie. Tam zawsze szerowały mama i Barbara. Mama niezwykła piękność, zarządzająca wojskową biblioteką, wysoka, majestatyczna, z gęstymi, rudymi (farbowanymi henną) włosami. Raz na kilka miesięcy wychodziła z łazienki w wielkim turbanie, pachnącą ziołami, rosą i świeżością. Jej uroda nie kryła tajemnic wszyscy zwracali uwagę. Tata był niższy o pół głowy, starszy o prawie dekadę, nijaki na jej tle tak powiedziała kiedyś do Barbary mama, co Olga usłyszała i bardzo ją to zabolało.
Staszek jest taki niewidoczny. Ale mężczyzna nie musi być piękny!
Schowany w cieniu maminej rudowłosej burzy, głośnych sporów przy zmywaniu naczyń i jej porywczego charakteru. Mama lubiła porządek i wygodę, a przecież musiała się godzić z żołnierzykami tak nazywał ich tata którzy często spali na podłodze w przechodnim pokoju ich dwupokojowego mieszkania w centrum Lublina. Gdy tata jeszcze służył w wojsku, przyjeżdżali, ktoś w drodze, ktoś szukał pracy. Tatusiowi żołnierze. W roku 1960 zwolniono go z armi, jako majora za ostrą redukcję wojsk w akcji stu tysięcy. Potem zatrudniono go jako głównego mechanika na lubelskim telegrafie. To właśnie dzięki tym kolegom powstała dacza: budowali bez wynagrodzenia, zmieniali się, pomagali mu orać ugór. Malutka chatka z werandą, na której Olga lubiła czytać w ciepłe dni. Tata podawał jej tam miseczkę z agrestem, wiśniami lub truskawkami. To było najlepsze prawdziwe szczęście. Mama do daczy nie jeździła oszczędzała ręce, jej długie, zadbane palce z dużymi paznokciami podziwiała je Olga, a tata zawsze całował jej dłonie.
Takimi rękami trzeba książki podawać, nie łopatę mówił, uśmiechając się i puszczając oko Oldze
***
Pierwsze krople jesiennego deszczu zagrzechotały po dachu werandy. Wesolutko, donośnie, bez tej melancholii, która zwykle dręczy jesień. Olga schowała książkę.
Olka, schodź już, zaraz przyjadą mama z Basią, trzeba zająć się obiadem cichy głos taty dźwięczał radośnie, taki inny na daczy.
Ale Olga zwlekała, wpatrując się w nabite chmurami niebo. Twarz mokra od deszczu, objęła się ramionami, by się ogrzać. Na dachu była bliżej nieba, dalej od ziemi; przez dziury chmur wpadały promienie słońca. Fizyka? Zapomniana! Na studiach dziennikarskich w Warszawie pojawiły się nowe reguły życia.
Od razu zakwaterowano ją w akademiku. Pierwszy tydzień września spędziła jednak na wynajmowanym pokoju z gospodynią, w drugim mieszkały studentki. Na wykładach fascynowała się językiem, literaturą. Wykładowcy charyzmatyczni, obdarowani autorytetem i powabem, wszyscy zakochiwali się w nich całą grupą. Po zajęciach czaił się głęboki smutek: tęsknota za domem, przyjaciół jeszcze nie było.
Jadła w stołówce, wieczorami chodziła bez celu po ulicach. Dumna elegancja stolicy wydawała się taka obca! Od tego robiło się zimno i pusto. Tak pusto, jakby to nie ona dreptała po stromych ulicach Woli, z torbą, w nowych, ciasnych, lakierowanych pantoflach, obijając nogę. Na kuchni pachniało jabłkami od taty, które przyniósł w skrzynce dla gospodyni; ten zapach przywoływał łzy i roztrzęsione serce.
W akademiku okazało się, że jej współlokatorkami są Niemki z NRD Viola, Magda i Marion. Od niemieckiego bolała ją głowa, wieczorami wychodziła na schody tam wszyscy palili. Niemki przychodziły po papierosy, zawsze zostawiały drobne, co Polki dziwiło. Zostawały pod wrażeniem maminych przetworów ze smakiem jadły kiszone pomidory z ziemniakami. Gdy zapasy Olgi się kończyły, wyciągały kiełbasy, czym zadziwiały Polaków, choć same nie częstowały. Gdy wyjeżdżały, zostawiały stosy zimowych butów niemieckie! Polki rozchwytywały je po kryjomu
***
Oleńko, poszatkuj kapustę, ja wykopię marchew. Rosół już gotowy.
Na maleńkiej kuchni zaparowały okna. Głowa kapusty rozlała się ażurowymi liśćmi na desce. Olga oderwała jeden smak dzieciństwa, ziemi, jesieni. Zatrzepotał nóż, kapusta zaniosła się słodkim zapachem. Otworzyła okno, wpuściła aromaty gnijących liści, dymu, jabłek. Tata, z łopatą, ciężko wypychał ziemię. Olga wiedziała, że boli go kręgosłup. Rzuciła nóż, wybiegła z kuchni, objęła tatę od tyłu, przycisnęła się. Milczał, ucałował ją w czubek głowy.
A siostra Barbara tamtego wieczoru przyjechała sama mama miała migrenę, została w domu.
***
Za nią już studia, szybki ślub, praca w gazecie Nowa Era w fabryce silników, pierwszy zawał taty, narodziny córki i nawet rozwód! Pięć lat minęło jak jeden dzień. Mąż Olgi odszedł do innej, ona z dwuletnią Marysią mieszkała w wynajmowanym mieszkaniu. Tata przyjeżdżał do nich co dwa tygodnie na weekendy, przywoził jedzenie, zajmował się wnuczką.
Olka, nie gniewaj się na mamę, że tak rzadko przyjeżdża, dobrze? Bardzo jej niedobrze po drodze I, wiesz chyba ma adoratora
Tato, coś ty! W tym wieku adorator!
Tata zaśmiał się gorzko, umilkł. Olga nagle zobaczyła, jak bardzo się postarzał, cały posiwiał i zmalał. Nawet przestał pogwizdywać.
Tato, może byśmy pojechali na daczę? Wzięłabym urlop, jeszcze ciepło razem z Marysią, co?
***
Dacza była zasypana liśćmi, ostatni tydzień października ciepły złota polska jesień. Rozpalili piec, zaparzyli herbatę z liści czarnej porzeczki. Olga smażyła placki ziemniaczane w pośpiechu. Tata zagrabiał liście, Marysia mu pomagała, a potem sama trzepała je na wszystkie strony z głośnym śmiechem. Masło skwierczało na patelni. Z ogrodu dochodziło wesołe pogwizdywanie taty.
Wieczorem palili ognisko. Ulica była pusta, sąsiednie daczki także. Tata nadziewał pajdy chleba na wiśniowe patyczki, pomagał Marysi trzymać nad żarem. Olga wyciągała ręce ku ogniu, zawsze ją hipnotyzował.
Przypomniała sobie pierwszy wyjazd na praktyki studenckie do Zagłębia Dąbrowskiego, pieśni przy gitarze, uczucie zakochania się w nocnej czerni, akordy, twarze wokół ogniska. Wtedy poznała przyszłego męża. Tydzień temu w pracy wywołali ją na spotkanie partyjne, rozpatrywać jej kandydaturę do PZPR. Wcześniej czytała Konstytucję, materiały zjazdowe. Nagle pytania, kto winien rozwodu, kto moralnie niepewny. Olga jąkała się, prawie płacząc. Kolega się za nią wstawił:
To jest zebranie chamów, nie komunistów!
Po latach śmiesznie będzie wspominać
Wieczorem ognisko zgasło. Przy furtce stanęło auto, trzasnęły drzwi. Mama! Elegancka, w płaszczu, powiedziała, że przywiózł ją kolega z pracy. Marysia rzuciła się do babci, tata zmarszczył brwi, niezręcznie pocałował mamę.
A to kto taki?
Staszek, po prostu kolega! Sam mnie podwiózł. Nie wiesz nawet
Do kolacji rozmowa nie kleiła się, Marysia marudziła. Mama wypytywała o pracę Olgi, myśląc chyba o czymś innym. Tata milczał i patrzył jej w oczy, posmutniał, garbił się coraz bardziej. Wieczór się nie udał
***
Rok później tata zmarł. Rozległy zawał, odszedł w dwa dni, na początku jasnego października. Po pogrzebie Olga wzięła urlop i wyjechała na daczę. Marysię zostawiła u teściowej.
Wszystko leciało jej z rąk, a jabłek obrodziło jak nigdy wcześniej. Dawała je sąsiadom, gotowała wielkie garnki konfitur z miętą i cynamonem tak, jak lubił tata. Pomagał jej przyjaciel ojca, pan Władysław, z którym jeździli do szkółki w Wilanowie po sadzonki.
Zostanę parę dni, Olgo, przekopię ogród, przytnę drzewa, jeśli pozwolisz.
Panie Władysławie, dziękuję, bardzo panu dziękuję!
Na jego Olgo łzy same napływały do oczu, i wtedy pojawiło się brutalne uczucie nieodwracalnego osierocenia. Do tej pory czekała, że ojciec wróci, że to tylko zły sen. Pierwsze dni po śmierci, o poranku, nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego tak boli; sekunda nagłe olśnienie: taty już nie ma.
A potem poczucie winy, że nie potrafiła go zatrzymać na tym świecie.
Tylko daczy nie sprzedawajcie, będę przyjeżdżał, pomagał. Wiesz, Olka, tę antonówkę sadziliśmy razem, byłaś wtedy mała. W drodze do Wilanowa Staszek opowiadał mi o tobie, nie o Basi. Byłaś zabawna i ciekawska. Mówił, że drzewa go przeżyją. Zawsze wybierał sadzonki z największą uwagą
Pan Władysław został trzy dni, przekopał ogród, przyciął jabłonie, zasadził przed domem trzy żółte krzaki chryzantem za zgodą Olgi.
Najlepiej by było je wsadzić wcześniej, ale jesień ciepła powinny się przyjąć! Na pamiątkę po Staszku Róże trzeba będzie jeszcze okryć, liście sprzątnąć zrobi się to kiedy indziej.
Pożegnali się, wyszedł w deszcz. Olga długo stała przy furtce i patrzyła, jak odchodzi. Odwrócił się, pomachał, żeby wracała do domu. Deszcz zaczął dzwonić melancholijnie o dach. Wiatr zatrzasnął furtkę jękliwie. Próg zasypały żółte płatki chryzantem. Wszystko tu było ojca i zawsze będzie. Deszcz, drzewa, jesienne zapachy, ziemia. A więc i on gdzieś blisko. Olga wiedziała, że nauczy się wszystkiego. Będzie przyjeżdżała z Marysią do pierwszych przymrozków, dwa godziny autobusem. Poźniej, jak stopnieje śnieg, może uda się zrobić ogrzewanie. Trzeba odkładać oszczędności. Na wiosnę wyjazd do Wilanowa z panem Władysławem, wybierze białą porzeczkę, o której tata marzył
***
Pół roku później, na początku kwietnia, gdy spadł śnieg, daczę sprzedano. Olga dowiedziała się o tym przypadkiem przez telefon z poczty, w drodze powrotnej z Wilanowa. W ciasnej budce telefonicznej, na podłodze, w reklamówce, zamotana w dziecięcą starą koszulkę, stała sadzonka białej porzeczki.



