„Tak było wygodniej! Mój sąsiad zburzył płot, żeby korzystać z mojego ogrodu.”

Mieszkam w swoim domu już ponad dwadzieścia lat, mój sąsiad nieco krócej. On zaczął budować, gdy ja już kończyłam malowanie ścian i wybierałam kafelki w łazience.

Znamy się całkiem dobrze, chyba nie ma sąsiada, którego spotkałam więcej na chodniku niż jego. Od czasu do czasu zaglądamy do siebie, żeby pogadać o pogodzie czy pożyczyć drabinę, ale żeby przyjaźń z tego była raczej nie.

Tego roku zimą mieszkałam przez pewien czas u córki, bo zdrowie nie pozwalało mi sprawnie ogarniać domowych spraw. Gdy wiosna znów przyszła do Polski, zaczęłam planować wielki powrót do własnego łóżka i ukochanego fotela.

Wróciłam pod koniec kwietnia, kiedy śnieg już dawno spłynął do Bałtyku, a na chodnikach zaczęli pojawiać się zapaleni rowerzyści. Dom stał, jak stał, choć trochę się martwiłam, ale wszystko było w najlepszym porządku. Wzięłam się za prace w ogródku przed domem i za warzywnik. Wszystko wypucowałam, jakby to była Wielka Sobota.

Mam dwie małe szklarnie. Posadziłam tam ogórki i papryki, a w trzeciej pomidory, bez których life w polskim domu jest niekompletny. Na grządkach tradycyjnie truskawki, marchew, cebula i koperek, bo bez koperku to nawet nie ma sensu gotować ziemniaków. Wzdłuż płotu z sąsiadem krzaki porzeczki oraz agrestu, taki patent na polską witaminę C.

Wiadomo, taka robota nie ujdzie wsi spokojnej, wsi wesołej zaraz coś się dzieje za plecami. Córka zabrała mnie na wycieczkę do miasta, a latem wysłała mnie na cały miesiąc do sanatorium, żebym odpoczęła i nie przesadzała z rolnictwem.

We wrześniu wreszcie poczułam się jak nowo narodzona. Wróciłam do siebie szczęśliwa, choć z bagażem sanatoryjnych ploteczek. Wychodzę na działkę, patrzę, a mój drewniany płot oddzielający mnie od sąsiada wygląda… hmm, jakby przeszedł przez niego czołg. Dziura taka, że można przez nią przejść do warzywnika bez oporów, dosłownie na boso.

Od razu było jasne, kto korzystał z moich szklarni i grządek. Sąsiad nawet nie raczył zadzwonić i spytać o zgodę, choć numer telefonu ma zapisany i to z trzema wykrzyknikami.

Nie spodobało mi się to ani trochę. Zapytałam go uprzejmie (no, może trochę sarkastycznie), co się stało z płotem. Przyznał się bez żenady, że tak mu wygodniej, bo blisko do szklarni i grządek szybciej zbiera ogórki na kanapki.

Wyraziłam swoje niezadowolenie, na co on zareagował jak na wiadomość o porannej rosie zupełnie spokojnie. Powiedziałam wprost, że nie życzę sobie wchodzenia na mój teren bez zawiadomienia. Dodatkowo poprosiłam, żeby sam uporządkował dziurę w płocie, i zaproponowałam, żeby podzielił się zbiorami nie dlatego, że bardzo mi zależało na ogórkach, tylko żeby dać mu drobną, acz pouczającą lekcję, którą, mam nadzieję, zapamięta na dłużej niż jeden sezon ogórkowy.

Oceń artykuł
TwojaCena
„Tak było wygodniej! Mój sąsiad zburzył płot, żeby korzystać z mojego ogrodu.”