Dziennik, 13 października
Często wracam myślami do tamtego dnia sprzed lat. W naszej spokojnej wsi na Mazurach, gdzie wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, mieszkałam sobie ja Ilona Wielgórska. Przyznaję, zawsze wyróżniałam się spośród rówieśniczek, a moja mama z upodobaniem zaglądała do kart, horoskopów, wróżek. Kiedy miałam jakieś dziesięć lat, zabrała mnie do miejscowej szeptuchy.
Pamiętam, jak stara Barbara zaciągnęła mnie za rękę, rozłożyła talię kart i rzuciła do mamy:
Twoja Ilonka będzie szczęśliwa. Wszystko jej się w życiu poukłada. Tylko męża obok niej nie widzę.
Nic wtedy nie rozumiałam, ale jej słowa wryły mi się głęboko w pamięć.
Minęły lata. Wyrosłam na wysoką, atrakcyjną dziewczynę. Chłopaki w okolicy wariowali na moim punkcie, a ja raz z jednym się umówiłam, raz z drugim, nigdy nie decydując się na nikogo poważnie. Niby dobrze się uczyłam, ale po liceum zostałam tu na miejscu i podjęłam pracę w naszym mleczarskim zakładzie. Szeptano, że mam romans z którymś z kierowników, ale nikt nigdy mnie z nimi nie widział.
Kobiety w pracy ostrzegały nową:
Słuchaj, Ilona, nie utknij tutaj na zawsze. Z twoją urodą w Olsztynie brałyby cię z pocałowaniem ręki.
Ja się tylko uśmiechałam i nie komentowałam.
Aż tu pewnego dnia przez wieś przetoczyła się wiadomość: Wielgórska w ciąży! Zaczęły się domysły kto i kiedy „uszczęśliwił” najładniejszą dziewczynę w okolicy? Plotkowano na potęgę, zresztą bez efektu nikt nie wiedział, kto jest ojcem.
Reakcja mamy nie była zaskoczeniem:
Doczekałaś się, ośmieszyłaś mnie! Radź sobie sama. Ja ci pomagać nie będę. Masz miesiąc, żeby znaleźć gdzie mieszkać, bo tu was nie chcę.
W porządku, mamo odpowiedziałam tylko, spokojnie. Odejdę. Ale nie wołaj mnie potem z powrotem.
Po dwóch tygodniach kupiłam nieduży domek na końcu wsi, z całym dobytkiem. Ludzie dziwili się dzieci gospodyni zabrały ją do Gdańska i sprzedały dom prawie za bezcen. Skąd miałam choćby te kilka tysięcy złotych? Ta zagadka pozostała bez odpowiedzi.
Potem zaczęły się dziwy. Domek ekspresowo odremontowany, nowy płot, wewnątrz wszystko na wysoki połysk, a we wjeździe nawet studnia. Przylatywali jacyś fachowcy, robili wszystko w kilka dni.
Później dojechała dostawa sprzętów AGD oraz trochę mebli. Chodziłam uśmiechnięta, zadowolona, wcale nie wyglądałam na dziewczynę w kłopotach.
Jesienią urodził mi się synek Antoś. Przed domem lśnił nowiutki, błękitny wózek. Szybko wróciłam do formy, wyglądałam lepiej niż kiedykolwiek. Zawsze ubrana schludnie, z podniesioną głową szłam przez wieś i czułam się pewna siebie.
W domu harowałam małe dziecko, ogródek, piec trzeba napalić, do sklepu skoczyć, prania pełne kosze. Ale nie narzekałam. Pracować nauczyłam się od dziecka i wszystko miałam pod kontrolą. Nie prosiłam nikogo o pomoc.
Z czasem sąsiadki przekonały się do mnie, nawet do Antosia czasem zajrzały, gdy musiałam gdzieś wyjść. Ktoś męża przysyłał na ogródek, ktoś z plewieniem pomógł. Ale głównie radziłam sobie sama.
Antoś miał może dwa lata, kiedy sąsiadka z wypiekami na twarzy wpadła do drugiej:
Widzisz?!
Co takiego?
Nasza Ilona znowu w ciąży!
E, przesadzasz!
Wcale nie. Sama zobacz!
I znowu zaczęło się w całej wsi debatowanie kto tym razem „oberżnął” piękność? Nikt, dosłownie nikt nie miał pojęcia, z kim mogłaby coś mieć.
Ja żyłam jak dawniej, nie przejmowałam się plotkami. Wkrótce na podwórku stanęła drewniana łaźnia, a Panowie z gazowni specjalnie dla mnie podciągnęli rurę z gazem. W ogrodzie pojawił się modny, drogi tunel foliowy.
Skąd u samotnej dziewczyny tyle pieniędzy? gadano. Musi mieć ważnego adoratora, pewnie kogoś z miasta. Ale tajemnica Ilony pozostała nierozwikłana.
Po kilku miesiącach pojawił się znów ten sam błękitny wózek. Antoś miał braciszka Szymka. Dwa lata później dołączył Michałek.
Troje dzieci urodziłam, a nikt z wsi nie wiedział, kto był ich ojcem. Niektórzy śmiali się ze mnie, dość niewybrednie komentowali. Inni, patrząc, że dzieci zadbane, ja pracowita i nie piję, podziwiali moje podejście do życia.
Moja mama mnie nie rozumiała, wstydziła się, nigdy nie chciała poznać wnuków, nie proponowała pomocy.
A ja? Zawsze z wysoko uniesioną głową, nie oglądałam się na innych.
Minęły lata. Pewnego popołudnia pod mój dom zajechało luksusowe audi. Wysiadł z niego dyrektor mleczarni pan Paweł Górecki z wielkim bukietem goździków. Wszedł do mnie, a ludzie tłumnie zebrali się wokół, ciekawi:
Po co Górecki do Ilony? W biały dzień i jeszcze z kwiatami?!
Wiedzieli wszyscy, że rok wcześniej zmarła mu żona. Lata był przy niej, chorowała ciężko, siedział przy niej sam, choć czasem pomagała opiekunka. Byli wzorem dla całej wsi.
Wyszliśmy razem a on przy wszystkich przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Potem głośno, tak, by każdy słyszał, powiedział:
Ilona przyjęła moje oświadczyny. Ja, ona i nasi synowie zapraszamy na wesele!
Stanęła cisza. Wszyscy gapili się na nas i dopiero wtedy zorientowali się, do kogo podobni byli moi chłopcy
Z każdej strony posypały się gratulacje
Wesele było huczne, przyszła cała okolica, a przy przeprowadzce do pięknego domu Pawła pomagali wszyscy sąsiedzi.
A rok później urodziła się nam upragniona córeczka
I jak tu jeszcze wierzyć wróżkomA kiedy grajkowie przestali już grać, a dzieci spały wtulone w pościel, wyszłam późnym wieczorem na taras, by spojrzeć na światła wioski rozciągające się pod łagodnym niebem. Czułam zmęczenie i swoisty spokój taki, jakiego nie znałam nigdy wcześniej. Dom rozbrzmiewał echem radosnych rozmów i trzech różnych dziecięcych śmiechów.
Pomyślałam wtedy, jak przewrotny bywa los stara Barbara miała rację i jej przepowiednia się spełniła. Całe życie układało mi się szczęśliwie, choć nie tak, jak wyobrażali sobie inni. Mąż pojawił się dopiero wtedy, gdy byłam już pewna siebie, niezależna i gotowa decydować, z kim i po co chcę iść przez życie.
Zza płotu rozległo się ciche, sąsiedzkie Dobranoc, Ilona! odwdzięczyłam się uśmiechem.
Jedno wiedziałam na pewno: żadna karta nie przewidzi tego, na jaką siłę stać kobietę, która kocha swoje dzieci i siebie samą i dla której szczęście nie zależy od plotek, tylko od własnej odwagi.
Patrząc w niebo, poczułam, że jestem u siebie. Tak, wszystko mi się w życiu poukładało.




