Szukam kobiety o imieniu Bogusława.
Przez niską bramę wszedłem na podwórko studnię, pełne resztek śniegu. To już czwarty podwórzec tego popołudnia. Dzieciaki ganiały po mokrym boisku, grając w hokeja na trawie. Krążek rozbryzgiwał wodę, lecz nikomu to nie przeszkadzało dzieci mają swoje prawa.
Zatrzymałem się pod łukiem, rozejrzałem się po podwórzu. Tak bardzo chciałem, by pamięć zaczepiła się o coś konkretnego, by siłą wyciągnęła szczegóły z dawnych lat. Ale wszystko tu było już inne niż wtedy, w głębiach wspomnień. To zresztą nic dziwnego po tylu latach nie sposób, by nic się nie zmieniło. Wtedy pod oknami stały tylko liczne sznury na pranie, stare komórki, ławki przy płotach i pachniało floksem.
A dziś…
Cóż, nie mogło pozostać tak samo. Lata zrobiły swoje.
Nikogo nie poruszał widok nieznajomego, postawnego mężczyzny w czapce z futrzaną naszywką. Tutaj, w czterech blokach podwórka, wielu wynajmowało mieszkania. To Warszawa…
Musiałem iść do domu po prawej stronie od bramy. Tego byłem pewny. Pamiętałem, że mieszkanie było na drugim piętrze, w trzy piętrowym budynku. Główna klatka, mieszkanie w rogu po prawej, tuż przy końcu korytarza. Na framudze kilka przycisków domofonu, każdy inny kolor z nazwiskami lokatorów.
W środku pamiętałem każdą, najmniejszą rzecz. Każdą fałdkę na firance, skrzypiący zawias przy lufciku, zielony czajnik, skrzypiącą podłogę, a nawet karalucha, którego goniliśmy dwa dni po kuchni. Każdy zapach, każdy dźwięk…
Ale nie pamiętałem numeru mieszkania, ani nawet numeru domu. Pamiętałem tylko ulicę. I nie mogłem znaleźć podwórza, bo tutaj, przy tej ulicy, takich studni było kilkanaście jedna za drugą. A przecież, nie byłem pewien nawet klatki. Wydawało się, że druga od bramy… Te domy budowane były chyba przez jedną ekipę według jednego projektu bliźniaczo podobne.
Tak więc krążyłem.
Prawa strona, druga klatka, a nie, mówią tu druga brama, drugie piętro, drzwi na końcu… Czterdzieste trzecie? A może…
Jeśli stały domofony, próbowałem: 43.
Dzień dobry, szukam pani Bogusławy. Czy mogę zapytać…
Często nie pozwalano mi dokończyć, mówiono, że tu taka nie mieszka, czasem nawet taki… Trzeba było próbować ponownie.
Przepraszam, to bardzo ważne. Proszę mi powiedzieć, czy w 1980 roku nie mieszkała u Państwa kobieta o imieniu Bogusława? To dla mnie naprawdę ważne.
Po trzecim podwórzu wyjąłem notes i zapisałem.
„16 nikogo, 24 na pewno nie, 32a nie wiedzą, kupili mieszkanie później…”
Było tych podwórek mnóstwo, trzeba było wrócić tam, gdzie nikt nie odpowiedział, gdzie nie zdążyłem zadzwonić, gdzie jeszcze były znaki zapytania.
Wszedłem po łagodnych schodach do dużej, ciemnej klatki. Wysokie, zakurzone okna, specyficzny zapach kotów ten zapach pamiętałem z tamtych lat.
Dzień dobry! ukłoniłem się jednej z mieszkanek.
Przechodziła starsza kobieta w szarym płaszczu z torbą w ręku.
Dzień dobry, do kogo pan idzie? zapytała.
Na drugie piętro. Szukam Bogusławy, około sześćdziesiątki. Nie wie pani, czy tutaj taka mieszka?
A numer mieszkania?
Róg po prawej. To było dawno, jeszcze jak były tu mieszkania współdzielone… Dokładnie domu nie pamiętam.
Róg? Nie, tam mieszkają Jankowscy, żona z mężem, dwójka dzieci u nich. Nie, żadnej Bogusławy nie znam w tym bloku, a mieszkam tu od dziecka.
Dziękuję spuściłem głowę i ruszyłem w dół po wytartych stopniach.
Kobieta szła za mną i dopytywała:
Przepraszam, a nazwisko pamięta pan?
Gdybym znał nazwisko, już bym dawno znalazł przez spis lokatorów albo bazę danych. Nie pamiętam, albo raczej nie wiem.
A kim jest ta pani dla pana, jeśli wolno spytać? jej gadatliwość była bardzo swojska.
Zawahałem się. Kim mi jest?
Bogusława… Bogusia… Boguśka…
Miłość nie mieści się w definicji. Albo jest, albo jej nie ma. Wszystko inne to subiektywna układanka uczuć i następstw.
Całe życie byłem przekonany, że miłość to uczucie kruche. Że nie przetrwa długości rozłąki, że się wypali, zniknie, rozmyje. Te nagłe przypływy szczęścia, wywołane wspomnieniami tamtych chwil, pomagały mi, podtrzymywały, ale też raniły.
Byłem winny. Przeżyłem czterdzieści lat z sercem naznaczonym kalectwem.
Te wspomnienia chyba trzymały moje serce przy życiu, choć To właśnie serce jako pierwsze się zbuntowało. Gdy odeszła żona, z którą spędziłem niemal całe życie, choć w ostatnich latach żyliśmy obok siebie, coś w środku mi pękło i przyszedł zawał.
Za jej życia już nie wyjaśnialiśmy sobie niczego, nie kłóciliśmy się, ot, w którymś momencie zaczęliśmy mieszkać praktycznie osobno każdy w innym pokoju tego dużego mieszkania. Rozmawialiśmy tylko o sprawach domowych.
Żona twierdziła, że to jej dom, a ja tu tylko jestem… No właśnie co ze mną zrobić? Tak i mówiła swoim przyjaciółkom:
No i co ja mam z nim zrobić? Niech już mieszka.
W domu oczy męczył przepych obrazy w złotych ramach, kryształ, droga, stylowa meblościanka, błyszczące bibeloty i dywany. Pośrodku duży biały fortepian, na którym stał dzban z plastikowymi kwiatami.
Ten fortepian kojarzył mi się z podróbką. Nie dlatego, że był niefirmowy; wręcz przeciwnie. To był prawdziwy, amerykański Steinway. Tylko nikt z nas nie umiał na nim grać, a dzban z kwiatami był nierozerwalnie z nim związany bo nikt go nie otwierał.
Kiedy tylko go kupiliśmy, żona dwa razy zapraszała muzyków na wieczorne spotkania, które organizowała. Ale instrument nie przypadł jej towarzystwu do gustu woleli dyskotekę z magnetofonu.
Ja nazywałem fortepian stolikiem pod wazon. Ile kosztował ten stolik? Tyle, ile 3-pokojowe mieszkanie w Warszawie.
Żona dwukrotnie próbowała uczyć się grać brała lekcje, ale znudziła się tym. Niewiele doprowadzała do końca, poza zabiegami kosmetycznymi.
Dziecka też nie doczekała do końca. Choć tu trudno ją obwiniać. Ale miałem żal, że jej egocentryzm przeszkodził jej zostać matką.
Od pewnego czasu często o tym myślałem. Wiedziałem, komu powierzyłbym ten fortepian komu naprawdę ożyłby pod palcami.
Mimo wszystko brakowało mi żony. Ostatnimi laty trochę się pogodziliśmy. Ona chorowała, ja też, spacerowaliśmy po podwórku, jeździliśmy do parku. Karmiliśmy kaczki przy stawie niedaleko. Polubiłem łowienie ryb. Już nie było potrzeby niczego sobie udowadniać.
Czemu tu wcześniej nie spacerowaliśmy, Basiu? Ale fajnie… siedzieliśmy przy stawie.
Głupki śmiała się.
Kiedyś ciągle gdzieś pędziliśmy. Ja piąłem się po szczeblach urzędu centralnego. Dotarłem do Ministerstwa w Warszawie. Ojciec Basi mocno pomagał. Ledwo przywykłem do nowego stanowiska, już szykowało się awans. To wszystko zasłużenie byłem ambitny, pracowity, łapałem sprawy w lot. Potrafiłem zarządzać, ryzykować, wymagać. Taki zięć był marzeniem każdego wiceministra, przewodniczącego Komitetu Budownictwa Wiktor Januszewicz Nowak tylko ręce zacierał.
Ale ten zięć czyli ja ledwo nie wymknął mu się spod nosa. Musiał działać. Opowiedziała mi o tym po latach żona, gdy Nowak już nie żył, a ona była pokłócona z matką, która w złości wszystko jej wygarnęła.
… A kim ona jest dla pana, jeśli wolno spytać?
Ona? Ona to chyba wszystko, co mi zostało…
Starsza rozmówczyni już nie pytała. Zobaczyła ból w spojrzeniu wiedziała, że szukam kogoś naprawdę bliskiego.
A ja dreptałem do następnego podwórza. Stopy miałem już przemoknięte. Dzwoniłem, pukałem, narażałem się na zniecierpliwienie i niezrozumienie, a zdarzało się długie rozmowy, gdzie tłumaczyłem nieporadnie swój los. I znów do następnego podwórza, i dalej…
Wieczorem wróciłem do hotelu zupełnie rozbity. Padłem w kurtce na łóżko, zamknąłem oczy. Bolały mnie nogi i plecy, miałem zadyszkę i rozsadzała mnie głowa. Ale rano znów wyruszyłem na poszukiwania.
***
Jesień ówczesna była szara i mokra. Okryła warszawski bruk złotym dywanem liści i podlewała go równą ręką. Na ulicach roiło się od straganów, wszędzie dozwolona była drobna sprzedaż w kioskach, na ławkach, nawet prosto z rękawa.
Z Nowakiem przyszłym teściem przyjechaliśmy do Warszawy z Poznania na konferencję dotyczącą nowych strategii inwestycyjnych w budownictwie, wszystko w duchu demokratyzacji systemu.
Jedno z kluczowych spotkań dla Nowaka, który miał przejść do Warszawy. Ja młody, wyrosły jakby niespodziewanie z szeregu aktywnej młodzieży, zamieniłem się w prawą rękę przewodniczącego wojewódzkiego. Nie miałem wielkich ambicji po prostu pracowałem.
Nadzorowałem budowę nowej fabryki i czułem, że każdą sprawę mogę rozwiązać po swojemu.
Teraz, w Warszawie, cieszyłem się miastem. Miałem świetny humor. Nowak ganiał mnie po różnych swoich sprawach. I oto na stacji metra Świętokrzyska usłyszałem delikatną melodię płynącą spod filarów. Była tak głęboka, że nie wysiadłem, poszedłem za dźwiękiem.
Dziewczyna, drobna, w jasnoniebieskim berecie i gazowej chuście, grała na skrzypcach. Miała kraciaste krótkie palto, botki i szczupłe nogi, jak baletnica. Przed nią leżał otwarty futerał, do którego ludzie wrzucali drobne monety.
Stanąłem zafascynowany. Wszystko w tej scenie było niezwykłe. Dramatyzm muzyki, niebieska chusta, kręcone włosy, brudna ściana, czerwone z zimna ręce. Widać było, że marznie tutaj, ale chłód tylko wzmacniał jej grę.
Handlarze kręcili się z boku, przechodnie spieszyli, zerkali na skrzypaczkę, wrzucali drobne do futerału. Ale tylko ja zostałem na dłużej.
Gdy zakończyła utwór, wsunęła skrzypce pod pachę, potarła ręce i poprawiła sweter. Potem znów ujęła smyczek, zamknęła oczy. Już wiedziałem, że oddaje się tej melodii całkowicie. Nowa fraza popłynęła przez szarą stację, przenikając beton.
Tyle było w tej melodii smutku i bólu! Muzyka falowała po zimnej ścianie, wspinała się w górę, chcąc wyrazić to, czego nie dało się ująć słowami.
Odpłynąłem w świat jej muzyki i nagle
Nastoletni chłopak przysiadł się niezręcznie obok niej i zaraz zerwał się, porywając futerał.
Kradzież! Łapcie złodzieja! pierwsza opamiętała się sprzedawczyni.
Dziewczyna grała dalej, zamknięte oczy, cała w muzyce.
Pierwszy ruszyłem za złodziejem. Wbiegłem po schodach, nie spuszczając go z oka, krzycząc do ludzi:
Łapcie złodzieja!
Szeroki mężczyzna zagrodził przestępcy drogę. Złodziej cisnął futerał i rzucił się uciekać. Samochody piszczały po hamulcach. Ja zebrałem porozrzucane monety, podbiegła skrzypaczka. Futerał był złamany.
Proszę, udało się odzyskać, choć futerał zniszczony… oddałem jej to, co zdołałem zebrać.
Dziękuję, już nieważne… On i tak był stary, często się psuł. Proszę nie szukać więcej powiedziała poważnie, głosem niskim, choć wyglądała na delikatną. Coś ją bolało, chyba bardziej niż kradzież.
Często tu coś takiego? zagadnąłem licząc na rozmowę.
Nie miała ochoty na znajomość.
Zdarza się powiedziała obojętnie, odwróciła się i poszła wzdłuż ulicy.
Poszedłem za nią. Szła coraz wolniej, aż w końcu zatrzymała się na małym mostku. Stałem z boku. Długo patrzyła na wodę, niebieska chusta rozwiewała się na wietrze.
Podniosła futerał, przeniosła go za barierkę. Patrzyła na niego długo. Zrozumiałem zamierza wrzucić skrzypce do wody, pożegnać się.
Proszę, nie rób tego! pobiegłem.
Zawahała się, spojrzała zaskoczona. Chwyciłem futerał, trzymaliśmy go przez chwilę oboje, nad wodą.
Po co pan?…
Nie mogłem pozwolić.
Zawiodłam ją… Obiecałam… pchnęła lekko, ale nie pozwoliłem wypuścić. Spokojnie, delikatnie wyjąłem instrument z niebezpieczeństwa.
Widzi pani, skrzypce się broniły. Mają służyć dalej muzyce. Dlaczego chce je pani oddać?
Nie powinnam była grać w przejściu. Obiecałam…
Komu?
Mamie…
Szkoda, że mama była taka twarda. Ja dziś pierwszy raz słyszałem prawdziwe skrzypce, naprawdę. Gdyby pani nie przyszła grać…
Ona już szła dalej, ale ja za nią.
Ma pani trudną mamę, tak? próbowałem żartować.
Mama zmarła dwa miesiące temu.
Przepraszam… nie wiedziałem… Wyrazy współczucia. Teraz rozumiem.
Szliśmy razem chwilę w milczeniu. Wiatr szumiał liśćmi. Odezwała się znowu pierwsza:
Grałam dla niej całe życie. Teraz nie mam po co ani żyć, ani grać.
Ale przecież przyszła pani tu grać. To chyba dusza prosiła o muzykę?
To nie dusza, to żołądek. Nie mam pieniędzy, nic do jedzenia…
To się da naprawić! ucieszyłem się, sięgając do portfela. Mam trochę, a w hotelu jeszcze zostawiłem, jutro pani przyniosę.
Spojrzała na mnie surowo.
Naprawdę pan myśli, że wezmę pieniądze od obcego? Niech pan już za mną nie idzie…
Przyśpieszyła kroku.
Proszę! Jestem głupkiem, no wiem… Ale proszę, przyjdzie pani jutro, będę czekał!
Następny dzień był trudny. Dopiero po południu udało mi się wyrwać i pobiegłem na Świętokrzyską. Nie było jej. Ani rano pytałem handlujących.
Jak wtedy czekałem! Trzy godziny chodziłem po placu i okolicy. Wiedziałem, że Nowak zaraz wezwie, ale nie mogłem się zmusić by odejść. Moja cierpliwość została nagrodzona.
Skrzypaczka przyszła. Pewnie mnie widziała, lecz nie okazała. Rozłożyła skrzypce i grała. Sprzedawczyni podsunęła mi krzesełko. Siedziałem naprzeciw i słuchałem.
Długo. W końcu się uśmiechnęła to było szczęście. Rozeszli się handlarze, zabrali mi stołek. Podszedłem do futerału i położyłem duże banknoty.
Co pan robi! To za dużo! Proszę zabrać, ścisnęła pieniądze w garści i wsunęła mi w rękę. Na co to komu?! To niebezpieczne. Chodźmy stąd, szybko…
Wyszliśmy na schody, gdy już szło ku nam dwóch osiłków.
No to będzie ciekawie… westchnęła.
Nie wiedziałem, że w Warszawie panują swoje zasady. Za granie i sprzedaż w metrze trzeba było płacić. Dziś rozliczali się z kimś wczorajszym opiekunem skrzypaczki dziś przyszli śledzić mojego zalotnika.
Za nią zapłaci kawaler!
Wywiązała się bójka. Trochę potrafiłem się bić, tych dwóch pewnie by wystarczyło, ale pojawili się następni…
Ona nie uciekła pobiegła do sklepu po pomoc. Milicja zjawiła się w porę.
Zabrali wszystkich, mnie tylko poturbowanego.
Podała mi chustkę:
Do szpitala?
Nie, wszystko w porządku.
Ale kwaterę pan ma?
Hotel mam, ale tak mnie tam nie wpuszczą… To służbowy.
U mnie się pan ułoży. Zapraszam.
Złapaliśmy taksówkę na Ochotę. Do mieszkania w starej kamienicy, w głębi dwie izby. Wnętrze prosto, ale czysto. W rogu fortepian, książki, wszędzie książki. Portret młodej kobiety mamy tonący w kwiatach.
Po raz pierwszy od lat ktoś poleczył moje rany, dał herbatę, bublik… Naprawiała porwane spodnie, słuchała moich historii z budowy, opowiadała o swoim życiu, wypisie z Akademii Muzycznej, pracy na rynku ze znajomą ciocią Martą. A tak panie, na skrzypce roboty nie ma!
Wróciłem do niej z zakupami. Miała pretensje, ale się zgodziła na moje odwiedziny.
Byłem szczęśliwy, patrzyłem na jej okno, na jarzębinę pod oknem. Drugie piętro, kołyszące się konary.
Nowak, widząc moją podbitą twarz, wrzał. Gospodarował moim czasem, jak chciał, nie spuszczał z oka. Ale nie wytrzymał, wymknąłem się. Odnalazłem wtedy i podwórko, i dom…
Przyszedłem z tortem i zakupami.
Tego dnia biegaliśmy po Warszawie, chowając się przed deszczem, ja wypytywałem przechodniów, czy znają moją skrzypaczkę. Ona recytowała poezję Szymborskiej. Piliśmy gorącą czekoladę w dwójkę z jednego kubka.
Byliśmy szczęśliwi.
A potem ją całowałem, zaproponowałem małżeństwo i wyjazd do Poznania. Posmutniała. Przeczytała:
To piosenka ostatniego wieczoru.
Spojrzałam na ciemny dom,
Tylko świeczki w sypialni płonęły…
Bogusiu, dlaczego smutna? Chcę cię na zawsze!
Poszła do mnie do mieszkania. W mojej koszulce grała marsz na starym fortepianie, goniliśmy karaluchi z sąsiadami, potem była noc…
Gdy siedzieliśmy na parapecie i patrzyliśmy na ścianę deszczu, recytowała:
Przyroda poddaje się destrukcji,
Odpływy zamieniają się w przypływ,
I nikną dźwięki przez rozłąkę, przez naszą rozłąkę…
Ale ty ze mną jedziesz, żadnej rozłąki, od dzisiaj wszystko razem! mówiłem.
I wtedy…
Telefon z rana. Sąsiad woła do telefonu wzywają mnie pilnie.
Nowak był zamyślony, a nie wściekły.
Szykuje ci się sprawa karna, Tomek…
Bogusia patrzyła z lękiem.
Wrócę. Zaraz wszystko wyjaśnię, to musi być pomyłka…
Oczywiście, Tomek. Wrócisz Wierzę ci, i mówiła mi dalej wiersz Szymborskiej…
Już wtedy nie mogłem myśleć o innym niż tej sprawie. Śledczy przyszedł, wypytywał. Zarzuty, dokumenty. Wpadłem w panikę.
Nowak wręczył mi bilet do Poznania: wyjeżdżasz jak najszybciej.
Na dworcu w głośnikach skrzypcowy koncert. Poszedłem za budynek, waliłem pięścią w mur pierwszy raz płakałem jak dziecko.
***
Już wiedziałem, że starsze panie na ławkach są pomocne w takich sprawach.
Bogusława? dwie staruszki spojrzały na siebie To nie ta, co zmarła wiosną? Jeździł do niej syn, takim dużym samochodem.
Serce mi stanęło. Tego się obawiałem najgorzej. Gdyby nie wytrzymała Zmarła
Ale gdzie tam! Ty pomyliłaś! Mówił, że róg brama. To nie Bogusława, to Agnieszka umarła, ona mieszkała w innym domu… A pan? Źle się pan czuje? Zadzwonić po pogotowie?
Rzeczywiście, Agnieszka…, dumały panie.
Chodziłem od drzwi do drzwi; bez skutku. Nie było nigdzie jarzębiny. Może umknęła z podwórza w którymś remoncie. Szedłem już zrezygnowany do hotelu i zobaczyłem ją z tyłu Bogusię.
Ten sam niebieski szal, chód…
Bogusiu! chciałem zawołać, ale głos mi się załamał. Ruszyłem szybkim krokiem, dotknąłem jej ramienia.
Bogusiu!
Młoda kobieta się odwróciła. Podobna ale to nie ona.
Przepraszam, pomyliłem się.
Nic się nie stało. Mam na imię Bogusia, i głos miała podobny…
Boże, kogo ja szukam? Przecież szukać trzeba nie młodej kobiety, tylko kogoś po sześćdziesiątce. Mam 65 lat, ona była młodsza… Przywidzenia…
Znów wróciłem do hotelu, wyczerpany.
Jutro miał być ostatni dzień poszukiwań. Czy starczy mi sił?
Leżałem w hotelu do południa. Po wczorajszych tabletkach serce bolało jeszcze bardziej. Wypiłem herbatę, wziąłem taksówkę dzisiaj nogi odmawiały już posłuszeństwa.
Stanąłem długo przy chodniku naprzeciw kolejnego podwórza. Co zaczynać dzisiaj? Po drugiej stronie ulicy dostrzegłem sklep muzyczny. Na wystawie skrzypce…
Poszedłem.
Służyć pomocą? zapytała sprzedawczyni.
Tak, poproszę o tę skrzypcę…
Podała mi ostrożnie.
Chce pan wypróbować?
Nie, Boże broń, nie umiem. Po prostu znałem kiedyś kobietę, która grała wspaniale. Bogusława…
Bogusława? Nie Ptakowska?
Może… Zna pani jakąś skrzypaczkę Ptakowską?
Tak. W sumie mieszka tu, w tym bloku. Ale rodzina, adresu nie mam. A po co panu?
Mieszka tu? Jest mężatką?…
Tak, ma męża i synka, osiem lat. Chyba ma trzydzieści parę lat…
Mogę usiąść? poprosiłem. Usiadłem, rozpiąłem płaszcz.
Źle się pan czuje? Może wody?
Nie nie znalazłem… Znowu zawiodłem…
Wyszedłem, a ona patrzyła za mną z niedowierzaniem.
Popatrzyłem na bloki z tej perspektywy. Jeden podwórzec i wysokie topole za nim. Tylko za jednym. Po tylu latach topole mogą być inne. Ale poszedłem.
W podwórzu spotkałem parę seniorów, którzy szli na spacer.
Dzień dobry, szukam kobiety około sześćdziesiątki, Bogusławy, mieszkała tu w latach siedemdziesiątych, grała na skrzypcach…
Zerknęli po sobie.
To córka Marysi Bogusia…
Znał pan ich? oddech mi się urwał.
Znałam… Ale pan pobladł. Siądźmy… Tu mieszkali, pierwsza brama, ich okna na drugim piętrze.
Była tu jarzębina, prawda?
Była! Ale już wycięli. Wszystko się zmieniło. Bogusia została z dwiema pokojami po mamie, zajmowała uczennice, grała uczniom na skrzypcach. Wytrwała kobieta. I co za córka wyrosła! Pani słynna skrzypaczka. Teraz mają pieniądze, już jej dobrze.
A gdzie teraz Bogusia?
Przeprowadziła się. Ale dokąd nie wiem.
Nadzieja znikała.
Ale córkę pan znajdzie. Ona powie. Tu mieszka, w ich starym mieszkaniu. Znajdzie pan.
Przeszedłem się, policzyłem mieszkania, nacisnąłem domofon.
Tak, słucham? odezwał się męski głos.
Do Ptakowskich… Szukam mamy, Bogusławy.
Otworzyli.
Wszedłem na drugie piętro. Przywitał mnie młody lekarz.
Źle się pan czuje? Pomóc?
Podprowadził mnie do mieszkania. Nie zdążyłem nawet dobrze się rozejrzeć, kiedy weszła młoda kobieta ta sama, co dzień wcześniej spotkałem na ulicy…
Była jak kopia Bogusi w młodości.
Podano mi herbatę, lekarz sprawdził ciśnienie, już czułem się lepiej.
Jestem z 1981, lipiec. A pan Tomasz? To pan mój ojciec?
Serce ścisnęło mnie, łzy napłynęły do oczu. Pomasowałem mostek, dla pewności.
Na Boga nie wiedziałem, Saro… Powinienem był…
Przeszliśmy do jasnej kuchni. Wszystko inne niż kiedyś.
Nie masz tu karaluchów?
Co pan! Nie cierpię insektów. Mama się ich nie bała…
Popijaliśmy herbatę. Chyba igła albo atmosfera sprawiła, że czułem spokój.
Jak się wam żyło?
Trudno z początku. Ale moja mama mówiła, że moje urodziny uratowały jej życie. Pracowała w trzech miejscach, wychowywała mnie sama. Ale dawała radę. Do dziewiątego roku mieliśmy najemców, studenci… Wtedy każdy walczył o życie.
Przepraszam was obie. Przepraszam.
A co się naprawdę stało? Mama zawsze mówi, że tak miało być, że siła wyższa. Ale czułam, że czekała na pana całe życie…
To proszę, nie dzwońcie do niej. Chcę przyjść sam…
Lekarz zięć, Michał upierał się, żebym pojechał do szpitala, dostałem zastrzyk pod kontrolą medyka.
Zeszliśmy razem, wziąłem klucz do domofonu.
Piąte piętro, 118. Proszę nie straszyć teściowej!
Szedłem powoli jak starzec. Numer 118. Zadzwoniłem. Co powiedzieć, jak spyta kto tam? Może imię wystarczy? Nie zapomni przecież…
Otworzyła bez pytania. Nie zmieniła się tylko włosy spokojniejsze, twarz mniej szczupła. Ta sama Bogusia.
Patrzyła na mnie. Chciałem coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły.
Bogusiu, ja… Proszę, wybacz mi, Bogusiu… nogi mi się ugięły.
Upadłem jej do stóp. Przyklękła obok.
Tomasz! Co się stało?! Wstań! Źle się czujesz?
Trzymaliśmy się za łokcie, przerywając sobie…
Znalazłem cię! Czemu tak długo czekałem? Czemu? Nie wiedziałem o Sarze… Przysięgam!
Spokojnie, Tomku. Przyszedłeś. Ważne, że jesteś.
Powinienem wcześniej…
Pamiętasz, powiedziałam ci wtedy…
Nauczyłem się tych wierszy na pamięć… „Przyroda poddaje się destrukcji…”
I milkną dźwięki przez rozłąkę mnie i ciebie… dokończyła. Ale nie o tym myślałam dziś. Dziś przecież jesteś.
Zaraz zadzwonię do Michała. Źle się czujesz… On jest w samochodzie na dole.
Niebawem jechaliśmy razem do szpitala. Siedzieliśmy na tylnym siedzeniu, trzymając się za ręce. Czułem ciepło jej dłoni.
Nie chcę do szpitala, Bogusiu… Dopiero cię znalazłem…
Zostanę przy tobie. Już zawsze razem…
Płakałem, bo żal mi było lat, których nie odzyskałem, że mogłem wcześniej, a nie odważyłem się. Ale byłem szczęśliwy, bo wreszcie odnalazłem miłość i rodzinę, o której nie wiedziałem.
Nie płacz, Tomaszu. Teraz wszystko będzie dobrze. Jesteśmy razem szeptała.
Kołysał nas samochód gnający przez Warszawę. Po raz pierwszy od lat wiedziałem, że warto było wierzyć i szukać, choćby z opóźnieniem. Szczęście nie zdarza się dwa razy trzeba je podjąć, gdy jeszcze czeka.
Tego wieczoru zrozumiałem: nie można odkładać życia na potem. Jeśli kochasz, nie trać ani dnia.



