Szukam kobiety o imieniu Elżbieta.
Przeszedłem przez niską bramę prowadzącą na podwórko studnię, wypełnione roztopami śniegu. To już czwarte takie podwórko. Plac zabaw, huśtawki, chłopcy na mokrym betonie grają hokej. Krążek rozbryzguje wodę na wszystkie strony, ale chłopakom to nie przeszkadza.
Stanąłem w bramie, rozejrzałem się po podwórzu. Tak bardzo chciałem, aby pamięć uchwyciła jakiś szczegół, wyciągnęła z głębi detale dawnego życia. Ale tu wszystko było inne, niż tam w jej głębi. Nic dziwnego minęło tyle lat. Wtedy nie było tu nic oprócz napiętych sznurków na bieliznę, drewnianej szopy pod oknami, kęp floksów i kilku ławek.
A teraz
Przez tyle lat wszystko musiało się zmienić. Ba, to niemożliwe, żeby się nie zmieniło.
Na przybysza, starszego, dobrze ubranego mężczyznę w czapce z futrzanym otokiem, nikt nie zwracał uwagi. W tych czterech kamienicach wiele rodzin wynajmowało mieszkania. Warszawa
Musiałem wejść do kamienicy po prawej stronie od bramy. Tego nie mogło się zmienić. Pamiętałem, że to drugie piętro w trzypiętrowym budynku. Mieszkanie w głębi, drugie w prawo, na rogu. Na framudze drzwi kilka dzwonków różnego kształtu, z nazwiskami lokatorów.
W środku znałem każdy szczegół każde zagniecenie na zasłonach, wypaczony zamykacz okna, zielony czajnik, skrzypiące deski w podłodze, a nawet karalucha, którego łapaliśmy przez dwa dni. Pamiętałem wszystko tam, w tych zakamarkach
Ale numeru mieszkania czy budynku nie znałem. Wiedziałem tylko, przy jakiej ulicy stoją. Nawet z podwórkami miałem kłopot jedno podobne do drugiego. I nie byłem do końca pewien, która klatka chyba druga od bramy Te kamienice budowano według jednego projektu i są jak bliźniaki.
Tak chodziłem po tych podwórkach
Prawa kamienica, druga klatka, nie tu się mówiło wejście. Drugie piętro, drzwi w głębi Czterdzieste trzecie? Albo
Jeśli była domofon, wpuszczałem kod 43.
Dzień dobry, szukam Elżbiety, czy mogę wiedzieć
Czasem nie dało się dopowiedzieć, słyszałem, że nikt taki tu nie mieszka, czasem nawet nikt taka Musiałem próbować ponownie.
Przepraszam, to bardzo ważne. Czy w 1980 roku nie mieszkała u Państwa kobieta o imieniu Elżbieta? Bardzo proszę o odpowiedź.
Po trzecim podwórku wyjąłem notes i zapisałem.
16 nie ma nikogo, 24 na pewno nie, 32a kupili, nie wiedzą
Podwórek było mnóstwo; trzeba wracać tam, gdzie nie otworzono, gdzie nie dodzwoniłem się, gdzie zostały pytania.
Wchodziłem po łagodnych schodach starej klatki. Okna przykurzone, w powietrzu czuć było koty. Ten zapach był i wtedy, pamiętałem.
Dzień dobry! skłoniłem się.
Na przeciw szła starsza kobieta w szarym płaszczu z siatką w ręku.
Dzień dobry, do kogo pan? zapytała.
Na drugie piętro. Szukam Elżbiety, około sześćdziesięciu lat. Wie Pani, czy mieszka tu taka?
Ale w którym mieszkaniu?
Na rogu, po prawej. Ale to było dawno. Jeszcze jak były komunałki. Domu dokładnie nie pamiętam.
Na rogu? Nie. Tam mieszka rodzina Nowaków, żona, mąż, dwójka dzieci z nimi. Żadnej Elżbiety tam nie ma. A w ogóle, nie słyszałam o takiej, od dziecka tu mieszkam.
Dziękuję spuściłem głowę, zacząłem schodzić po schodach.
Kobieta szła za mną.
Przepraszam, a jak nazwisko?
Gdybym pamiętał, to znalazłbym w książce telefonicznej albo w bazie danych. Ale nie pamiętam, właściwie nie wiem.
Jak to? A kim ona dla pana jest, jeśli można spytać? Kobieta była rozmowna.
Spojrzałem na nią, zamieszałem się, nie wiedziałem co odpowiedzieć
Ona?
I kim ona dla mnie jest?
Elżbieta Ela Elunia
Miłość nie ma jednej definicji. Po prostu jest. Albo nie. Wszystko inne to subiektywny układ emocji i mozliwość konsekwencji.
Janusz cały życie sądził, że miłość to kruche uczucie. Nie przetrwa rozłąki; odejdzie, zniknie, rozproszy się. Tamte przebłyski szczęścia ze wspomnień dawały mu siłę, wspierały, a jednocześnie bolały.
Był winny. Przez czterdzieści lat żył z kalectwem duszy.
Najbardziej te wspomnienia karmiły jego serce, chociaż To właśnie serce pierwsze odmówiło posłuszeństwa. Po śmierci żony całe życie z nią spędził, a jednak od lat żyli bez czułości poczuł ból w piersi i zawał.
Za życia żony nie kłócili się, nie wyjaśniali, po prostu w pewnej chwili zaczęli żyć osobno, choć pod wspólnym dachem. Każdy miał swój pokój, rozmawiali wyłącznie przy konieczności.
Żona uważała dom za swój, a on jakby tu przygarnięty, z musu. Mówiła swoim przyjaciółkom:
No gdzie go wywiozę? Niech mieszka.
Dom mienił się od obrazów w złoconych ramach, kryształów, drogiej rzeźbionej meblościanki, pstrokatości bibelotów i dywanów. Pośrodku salonu biały fortepian, a na nim waza ze sztucznymi kwiatami.
Ten fortepian był dla niego fałszywką. Nie, był prawdziwy, amerykański Steinway & Sons. Ale dla Janusza był symbolem pozorów. Nikt z domowników nie umiał na nim grać, a waza stała na klapie, bo tej nigdy nie otwierano.
Po zakupie żona zaprosiła muzyków na dwa przyjęcia. Ale szybko porzucili instrument, woląc magnetofonową muzykę.
Dla Janusza to była tylko podstawka na wazon, choć kosztował tyle, co trzypokojowe mieszkanie w centrum Warszawy.
Była próba, by żona sama nauczyła się grać. Wynajęła nauczyciela. Ale szybko się poddała. Mało co doprowadzała do końca, poza masażami i manicure.
Nie doprowadziła do końca także jedynej ciąży, choć za to jej winić nie sposób. Jednak Janusz podświadomie sądził, że to jej egocentryzm nie pozwolił zostać matką.
Ostatnio myślał o tym sporo. Znał kobietę, której instrument ożyłby w dłoniach
A jednak tęsknił za żoną. W ostatnich latach jakoś się zbliżyli. Obu im zdrowie szwankowało, spacerowali po podwórku lub jeździli do parku. Karmili kaczki nad dużym stawem. Janusz nagle połknął bakcyla wędkarstwa. Przestali cokolwiek sobie udowadniać.
Czemu wcześniej tu nie spacerowaliśmy, Ela? Fajnie tu siedzieli nad stawem.
Durnie byliśmy kiwała głową żona.
Ale wcześniej zawsze biegli gdzieś dalej. Janusz awansował, doszedł aż do ministerstwa w Warszawie. Teść Żanety ciągnął go w górę. Nowe stanowisko zanim do poprzedniego przywykł, a teść już zacierając ręce szykował kolejny awans.
A był zasłużony, bo Janusz pracował sumiennie, inteligentny, miał talent do zarządzania. Umiał ryzykować, przestawiać się i wymagać. O takim zięciu wiceminister budownictwa, Stefan Majewski, mógł tylko marzyć.
Ale mało brakowało uciekłby mu taki zięć, gdyby nie pewne działania. O tych działaniach wyznała Januszowi żona, po latach, gdy jej ojca już nie było, po kłótni z matką, która wyjaśniła jej wszystko. Ona długo nie wiedziała, ojciec nie chciał martwić córki.
Kim ona jest dla pana? kobieta z klatki znowu pytała.
Odwzajemniłem spojrzenie, zakłopotany
Ona Ona to wszystko, co mi zostało, chyba.
Starsza rozmówczyni już nie drążyła. Przemknął przez nią dreszcz bólu, widząc mój wzrok. Było jasne szukam kogoś bardzo ważnego.
Poszedłem na następne podwórko. Przemokłem do skarpet, dzwoniłem, pukałem, czasem spotykałem się z nieprzychylnością i brakiem zrozumienia, czasem wdawałem się w długie pogawędki, tłumaczac bezładnie sprawę. A potem szedłem dalej, i dalej
Wieczorem wróciłem do hotelu całkiem zdruzgotany. Padłem na łóżko w kurtce, zamknąłem oczy. Bolały nogi i plecy, oddech ciężki, w głowie szumiało. Ale rano znowu się zaczęło. I znów ruszyłem jej szukać.
***
Jesień wtedy lała się deszczem. Okryła warszawski asfalt złotą kołdrą i hojnie podlewała go ulewami. Handel kwitł na ulicach, wszędzie pobudowano kioskiki i stoiska.
Z teściem pojechaliśmy na konferencję z Poznania, poświęconą budownictwu w nowym, demokratycznym ustroju.
Spotkanie było kluczowe dla Stefana Majewskiego, który czekał na awans do Warszawy. Młody Janusz Kosecki niewiele wtedy jeszcze planował. Tak jakoś wyszło, że szybko został prawą ręką sekretarza wojewódzkiego partii, ale nie snuł wielkich planów. Po prostu robił swoje.
W województwie ruszała budowa nowej fabryki, którą nadzorowałem. Byłem młody, nie do końca świadom ciężaru odpowiedzialności. Wydawało mi się wszystko da się załatwić, a życie można skierować tam, gdzie się chce.
W Warszawie wszystko mnie zachwycało. Humoru mi nie brakowało. Majewski ganiał mnie po mieście załatwiać swoje sprawy. I oto na stacji metra Centrum nagle usłyszałem cichą, liryczną melodię. Przenikała duszę. Zamiast wyjść z metra, poszedłem za dźwiękiem.
Młoda, drobna dziewczyna w błękitnej berecie, z delikatną apaszką, grała na skrzypcach. Za nią popękana ściana metra, ona w krótkim płaszczu w kratkę, zgrabnych półbutach, nogi jak u baletnicy. Przed nią futerał, do którego przechodnie wrzucają monety.
Zamarłem. Urokliwy był ten widok. Dramatyczność muzyki, jej niebieska chusta, kręcone włosy, brudna ściana i czerwone z zimna dłonie. Widać było, że dziewczyna tu marznie, ale jakby to zimno inspirowało ją do jeszcze bardziej ekspresyjnej gry.
Obok kręcili się handlarze, klienci, ktoś podchodził, wrzucał grosze, ale nikt nie zatrzymywał się na długo. Tylko ja.
Dziewczyna skończyła utwór, wsunęła skrzypce pod pachę, otarła ręce, naciągnęła rękawy swetra.
Potem znów położyła skrzypce na ramieniu, smyczek powędrował w górę jakby miała zatańczyć z instrumentem ostatni jesienny taniec. Zamknęła oczy, cała oddana melodii, jakby przekazywała siebie w całości muzyce. Przestrzeń wypełniły dźwięki pełne smutku i bólu.
Zatapiałem się w muzyce, gdy
Nastolatek, może piętnastoletni, przykucnął koło skrzypaczki i nagle wyrwał futerał.
Ukradł, ukradł! Złodziej! jako pierwsza zawołała jedna ze sprzedawczyń. Krzyk zderzył się z melodją.
Dziewczyna miała zamknięte oczy, nadal grała w transie.
Rzuciłem się pierwszy za złodziejem. Pobiegłem po schodach, nie spuszczając chłopaka z oczu, krzyknąłem do przechodniów:
Łapać go!
Jeden z mężczyzn zagrodził mu drogę, nastolatek go potrącił, obejrzał się, zobaczył mnie, rzucił futerał i uciekł na ulicę. Samochody z piskiem stały, a chłopak skakał po maskach.
Nie ruszałem za nim dalej. Podziękowałem, zacząłem zbierać rozsypane na asfalcie monety. Futerał był rozbity. Po schodach weszła skrzypaczka, wyraźnie roztrzęsiona.
Proszę, oddał, przepraszam, rozbił futerał dalej szukałem pieniądze Wszystko co było, znalazłem wręczyłem jej gotówkę, jeszcze patrząc, czy czegoś tam nie zostało.
Proszę nie szukać. głos miała głęboki, choć wyglądała dziewczęco. Futerał i tak był popsuty, często się rozwala. Dziękuję panu.
Była bardzo poważna. Ale miałem wrażenie, że to nie rabunek ją tak zdołował. Coś innego, bardziej tragicznego.
Często panią tu coś takiego spotyka? chciałem nawiązać rozmowę.
Zdarza się rzuciła chłodno i ruszyła w stronę Alej Jerozolimskich.
Miałem iść gdzie indziej, ale poszedłem za nią. Dziewczyna zwolniła, w końcu stanęła na mostku. Obserwowałem ją; długo patrzyła na wodę, wiatr kołysał jej niebieską apaszkę.
Potem podniosła futerał ze skrzypcami, wyciągnęła ręce za barierkę. Stała patrząc w dół.
I pojąłem chce utopić instrument. Pożegnać się. Podbiegłem.
Proszę pani, nie! Błagam!
Zawahała się, spojrzała na mnie, nie spodziewała się reakcji. Razem trzymaliśmy futerał nad wodą.
Pan?! Po co?
Nie mogłem pani pozwolić
Upokorzyłam ją. Muszę podbiła lekko futerał, ale trzymałem go mocno.
Jeszcze mocniej ścisnąłem futerał, ostrożnie przeniosłem go na bezpieczną stronę, skrzypce wystawały.
Widzi pani, ona się opiera. Widocznie jeszcze ma swoje przeznaczenie. Dlaczego pani chce ją zostawić?
Nie powinnam była grać w przejściu. Obiecałam
Komu?
Mamie
Nadmiernie surowa mama. Proszę uwierzyć, pierwszy raz w życiu usłyszałem taką grę na skrzypcach. I gdyby pani nie pojawiła się pod ziemią
Dziewczyna już odchodziła.
Ale dokąd pani tak ucieka przede mną? próbowałem żartobliwie.
Mama zmarła dwa miesiące temu.
Przepraszam Proszę mi wybaczyć. Wyrazy współczucia. Więc to dlatego Aha, zaczynam rozumieć. Przepraszam raz jeszcze
Szliśmy chwilę w milczeniu. Liście szurały pod stopami, wiatr rozrzucał je. Odezwała się pierwsza.
Całe życie grałam dla niej. I tylko dla niej. Teraz nie mam po co żyć ani dla kogo grać.
Ale dusza jednak tego pragnie. Inaczej nie przyszłaby pani do metra, prawda?
Dusza? To raczej żołądek. Skończyły mi się pieniądze. Nie mam co jeść
To żaden problem! Mam trochę pieniędzy! sięgnąłem do portfela Tutaj niewiele, w hotelu mam więcej, przyniosę jutro.
Stanęła, spojrzała z nieskrywaną irytacją:
Serio uważa pan, że przyjmę pieniądze? Niech pan więcej za mną nie idzie
Przyspieszyła kroku.
Przepraszam! Przecież już pani wie, że jestem głupcem! No, głupcem Proszę przyjść jutro! Będę czekał, będę panią chronił przed złodziejami!
Następnego dnia miałem urwanie głowy i dopiero po południu mogłem dojechać do podziemi metra. Dziewczyny nie było. Lokalni sprzedawcy potwierdzili dziś jej nie ma.
Czekałem trzy godziny wte i wewte po Placu Defilad i Alejach, nawet zszedłem do metra i wychodziłem na nowo. Wiedziałem, że czeka na mnie Majewski, ale uparłem się. W końcu się pojawiła.
Zobaczyła mnie, ale nie okazała emocji. Rozłożyła skrzypce, zaczęła grać. Starsza sprzedawczyni podsunęła mi stołek. Wszyscy już wiedzieli, że czekam tylko na nią. Siedziałem naprzeciw niej i słuchałem.
Ponad dwie godziny. I gdy zobaczyłem, że jest zmęczona, złożyłem do futerału parę banknotów.
Co pan robi! wytrzeszczyła oczy Tyle pieniędzy! Proszę zabrać!
Mam prawo, gramile chce, tyle płaci.
Zebrała je i wcisnęła mi w rękę.
Głupiec z pana! Tyle pieniędzy na oczach wszystkich? Pośpiesznie poskładała skrzypce i wybiegła na schody.
Schodziło dwóch mięśniaków. Westchnęła ciężko.
Przyszli
Przy warszawskich realiach lat dziewięćdziesiątych każdy handel miał swoje zasady. Zarabiać w przejściu nie było można bez opłaty za miejsce. Wczoraj miała pecha z tutejszymi. Dziś już wiedzieli, że to przez mnie.
Ile jesteś dłużna? zapytał jeden z nich.
Niech kawaler za ciebie zapłaci!
Potem wybuchła bójka. Umiałem się bić, ale pojawiło się jeszcze dwóch. Dziewczyna pobiegła do najbliższego sklepu, po czym przyjechała policja. W samą porę właśnie dostawałem w kość. Wokół gapie, jęki, przekleństwa, powszechna znieczulica.
Policjanci przerwali bijatykę; typki kulawi, napuchnięci odeszli z niczym.
Skrzypaczka przykucnęła koło mnie.
Szpital?
Nie! Nic mi nie jest Skupienie
Lepiej do mnie. Hotel odpada w tym stanie.
Pomogła mi opuścić metro, zamówiła taksówkę, podała adres. Numeru nigdy potem nie zapamiętam, choć będę próbował.
W ciemnym korytarzu pachniało cebulą, kurzem i starymi butami. W głębi płonęło światło otworzyła drzwi do swoich pokoi. Wysoki strop, okna ze śnieżnymi firanami. Na ścianie portret młodej jeszcze kobiety w kwiatach. Przy pianinie koronki i porcelanowe słoniki.
I wszędzie książki
Te wspomnienia towarzyszyły mi całe życie. Przychodziły w ciężkich chwilach, dawały siłę; gdy było dobrze budziły smutek. Wśród radości potrafiłem się zamknąć.
Wiedziały, kiedy zejść na bok.
Musiałem się przebrać; ona dała dresy, skierowała do wspólnej łazienki, gdzie pijany sąsiad wyzywał.
Ty, Sławek! Po co wodę zużywasz? krzyczał do niej. Jak masz na imię twój adorator?
Nie wiem. Nie znamy się
Wyszedłem w ręczniku, Sławek spojrzał ze śmiechem.
Widzisz, imiennik.
O, karaluch.
Gdzie? Sławek z rekoma w pantoflach, ja z bosymi nogami.
Karaluch znikł pod kontuarem linoleum.
Ona opatrzyła ranę niemiłą maścią, piliśmy herbatę z sucharami. Nic więcej nie miała. Nawet cukru. Zaszywała mi spodnie, słuchając.
Opowiadałem o sobie, budowie, życiu w Poznaniu. Ona mówiła: zrezygnowała z Akademii Muzycznej.
Sąsiadka, pani Jadwiga, zatrudni mnie na targu. Pojadę z nią handlować.
Ale gra pani pięknie!
Widocznie taki czas. Muzyków dziś nikt nie potrzebuje odpowiedziała, wręczając mi zszyte spodnie No, a pan bez spodni na gościnach.
Jej uśmiech był piękny! Pożegnałem się; zaraz wróciłem z zakupami. Trochę się oburzała, ale w końcu przyjęła wszystko i dała słowo, że wpadnę jeszcze.
Byłem szczęśliwy. Patrzyłem na jej okno; ona machała mi ręką i się śmiała. Drugie piętro, trzęsąca się jarzębina pod oknem. Tak, była jarzębina. I wysokie topole za domem.
Majewski widząc mój podbity policzek wpadł w szał.
Ty, ja cię byłeś u lekarza? Ani kroku beze mnie
Nie miał czasu pilnować, więc się wymknąłem. Odnalazłem dom, podwórko. Z tortem i zakupami.
Elunia trochę pomrukiwała, ale wyszliśmy na spacer po Warszawie. Biegaliśmy od deszczu do deszczu, śmialiśmy się, zadawałem przechodniom głupie pytania.
Wiedzą Państwo, że ta dziewczyna jest wirtuozem skrzypiec?
Ela recytowała wiersze. Zmarźliśmy, kupiliśmy wielki kubek kawy i piliśmy na zmianę. Byliśmy szczęśliwi.
Potem się pocałowaliśmy i zaprosiłem ją do Poznania. Chciałem, żeby wyszła za mnie. Zasmuciła się. Przeczytała wiersz:
To pieśń ostatniego spotkania.
Patrzyłam na ciemny dom.
Tylko w sypialni świeczka
Błysnęła żółtym, obojętnym płomieniem
Elu, czemu mówisz ostatnie? Ja mówię poważnie!
Chodźmy do mnie pociągnęła mnie.
Tam
Eluniu, chcesz tego naprawdę?
Bardzo! Zostań dzisiaj
Wieczorem skłamałem Majewskiemu, że znów trafiłem do lekarza. Chyba nie uwierzył, ale co mi tam.
W mojej koszulce grała jakiś marsz na pianinie, potem łapaliśmy karalucha całą komunałką, a potem była noc
Siedzieliśmy na parapecie, padał deszcz, czytała smutne wersy:
Natura popada w ruinę, odpływy zamieniają się w fale, milkną dźwięki z winy rozłąki mnie z tobą.
Jesteś ze mną, żadnej rozłąki! upewniałem się Zaraz wszystkim ogłoszę, że wracam z narzeczoną!
Następnego dnia
Telefon od wczesnego rana. Sąsiad puka Janusza chcą do telefonu. Już wszyscy wiedzieli, gdzie jestem.
Majewski nie był zły, raczej smutny.
Słuchaj, grozi ci sprawa karna, Janusz!
Elunia patrzyła na mnie dziwnie.
Wrócę. Załatwię i wrócę. To pomyłka
Pewnie, wierzę ci, nie martw się. Gdy szykowałem się do wyjścia, recytowała Achmatową Nad przyszłością cicho czaruję, gdy wieczór jest całkiem błękitny, przeczuwam drugie spotkanie, nieuniknione spotkanie z tobą. Do zobaczenia, Janusz!
A ja już martwiłem się sprawą. Gdyby wtedy wszedł ktoś i powiedział, że to wszystko podstęp, nie uwierzyłbym. Wszystko załatwione: protokoły, fakty, dokumenty. Niedbalstwo, nadużycia, korupcja
Nie miałem doświadczenia. Majewski był wytrawnym graczem.
Wiesz czym to grozi? Dwadzieścia lat! Jesteś szczery, to wiem, więc mam pomysł. Dyrektor Domański Może tak Ale od ciebie wymagam ustępstwa. Będę w Warszawie, tam się ludzi osłania. Wiesz, że Żaneta za tobą szaleje. Ożeń się, wtedy zrobię wszystko, by cię wyciągnąć.
Patrzyłem na niego.
Nie mogę. Kocham inną
Kogo? Ty, delegat! Zapomnij! Gdybyś na każdej się żenił Twoja sprawa, ale radź sobie sam.
Wystraszyłem się. Przyszedł prokurator, pytał, gdzie było moje niedbalstwo Zalał mnie pot, nie spałem całą noc.
Rano dostałem bilet na pociąg, odjazd za parę godzin.
Jedź od razu! Poradzimy sobie tu bez ciebie. Rób, jak się umawialiśmy.
W hali rozbrzmiewał koncert skrzypcowy. Poszedłem za budynek dworca. Uderzałem pięścią w mur i pierwszy raz jako mężczyzna popłakałem się jak dziecko.
***
Zrozumiałem, że starsze panie na ławkach mogą być moimi najlepszymi sojuszniczkami.
Elżbieta? dwie spojrzały na siebie Nie ta, co zmarła na wiosnę? Syn przyjechał ogromnym samochodem.
Zatkało mnie, ręką złapałem się za serce. Tego bałem się najbardziej: że nie doczekała. To by znaczyło, że i ja umarłem.
Co ty, człowieka nastraszyłaś! jedna karciła drugą Przecież powiedział, że wejście po prawej. Anastazja zmarła, nie Elżbieta, i mieszkała gdzie indziej potem do mnie Źle się pan czuje? Zadzwonić po pogotowie? Niech pan nie słucha
Prawda, Anastazja zgadzała się druga.
Znów pukałem do drzwi, znów dzwoniłem, czasem już po raz drugi, szukałem jarzębiny, ale nigdzie jej nie było. Od tych poszukiwań traciłem już orientację. Szedłem do hotelu, mijając kolejne podwórka i nagle dostrzegłem kogoś Elżbietę, od tyłu.
Ten sam niebieski szalik, chód
Elżbieto, chciałem krzyknąć, ale głos ugrzęzł. Elżbieto!
Nie obejrzała się, więc podbiegłem i dotknąłem ramienia:
Elżbieto!
Kobieta odwróciła się. Podobna Ale jednak nie ona.
Przepraszam, pomyliłem się.
Nic się nie stało. Ja naprawdę mam na imię Ela, nawet głos podobny.
Boże, kogo ja właściwie szukam Trzeba szukać kobiety po sześćdziesiątce, nie młodej dziewczyny. Mam już sześćdziesiąt pięć. Głupie halucynacje
Wróciłem wycieńczony do hotelu.
Następny dzień planowałem jako ostatni w Warszawie. Czy starczy mi sił?
Leżałem do południa, nie mogłem wstać. Wczoraj przesadziłem z lekami na serce, dziś wciąż byłem śpiący. Chciałem zasnąć do rana.
Ale podniosłem się. Kawa, którą uwielbiałem nawet się jej bałem. Serce wczoraj wariowało, dziś po prostu bolało. Z lodówki wyjąłem kiełbasę i ser, ale natychmiast schowałem. Upiłem herbaty, zamówiłem taksówkę hotel był blisko podwórek, zazwyczaj tam chodziłem pieszo.
Nie tym razem…
Wysiadłem przed jednym z podwórek. Czuć było powiew wiosny, świeże, jasne niebo. I nagle zobaczyłem po drugiej stronie ulicy sklep muzyczny. Skrzypce na wystawie.
Przeszedłem przez ulicę i wszedłem.
W czym mogę pomóc? zapytała ekspedientka, młoda, zadarta noskiem, w uniformie.
Pokaże mi pani skrzypce z wystawy
Podała je ostrożnie.
Chce pan wypróbować?
Nie, ja nie umiem. Znałem kobietę, która grała tu wspaniale. Elżbieta
Elżbieta? Może Piotrowska? zapytała nagle dziewczyna.
Nazwiska nie pamiętam, zna pani Elżbietę Piotrowską, skrzypaczkę?
Tak.
Szukam jej już trzeci dzień powiedziałem, ale pomyślałem szukam całe życie nie wie pani jej adresu?
Adresu nie, ale mieszka tu, w tych domach. Ale po co panu?
Mieszka? Jest mężatką?
Tak, mąż, synek, z osiem lat ekspedientka jakby nagle zaniepokojona, czy nie mówi za dużo.
Synek? Ile może mieć lat pani Piotrowska?
No nie wiem trzydzieści parę.
Mogę usiąść? osunąłem się na fotel, rozpiąłem płaszcz.
Źle się pan czuje? Przynieść wody?
Nie Po raz kolejny nie znalazłem wstałem i wyszedłem, mrucząc pod nosem: Znowu nie znalazłem
Ekspedientka patrzyła za mną, z dziwnym uczuciem.
Spojrzałem z tej strony ulicy na domy. Zajrzałem pod topole. Były widoczne tylko przy jednym podwórku-studni. Może te, które pamiętałem, ścięto, a te odrosły. Poszedłem tam i tak nie wystarczy mi sił na więcej.
Na ławce spotkałem starsze małżeństwo.
Dzień dobry. Szukam kobiety około sześćdziesiątki, Elżbiety. Mieszkała tu w latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych. Grała na skrzypcach, choć dawniej
Starsza pani spojrzała na męża:
Przecież to córka Marzeny Elunia
Znał ich pan? przestałem oddychać.
Znałem, znałem, ale pan pobladł, panie Januszu. Proszę, siadajmy.
Usiedliśmy.
Tu mieszkały, w pierwszym wejściu. Okna na drugim piętrze, tam. Była jarzębina, o którą pyta pan. Ale już dawno wycięto. Remont trwał. Ciężko miały. Marzena wszystko dźwigała, a Ela biegała ze skrzypcami. Zmarła Marzena wcześnie, Elunia została sama, w ciąży. Sprzątała na klatce, potem pokoje oddała studentkom na stancję. Miała uczniów, wszyscy ćwiczyli na skrzypcach. A jaką córkę wychowała teraz znana z niej skrzypaczka, dobrze zarabia.
A gdzie teraz Elunia?
Przeprowadziła się, nie wiemy dokąd rozłożyła ręce.
Zgasła nadzieja.
Niech pan spyta jej córki. Ona powie. Przecież mieszka tu, w tym samym mieszkaniu z rodziną. Skrzypaczka jest znakomita.
Piotrowska?
Tak, znana wszyscy ją znają.
Poszedłem. Policzyłem okna, nacisnąłem domofon. Dlaczego zawsze miałem wrażenie, że wejście było drugie?
Słucham! męski głos.
Zawahałem się. Zabrakło mi słów.
Yyyyja
Do kogo pan? głos surowy.
Do Piotrowskich w końcu wydukałem.
Słucham! nikt nie otwierał.
Chyba padnę zaraz odetchnąłem głęboko Szukam Elżbiety, waszej teściowej chyba
Drzwi się otworzyły.
Szło mi się strasznie powoli, na drugim piętrze już zbiegał młody mężczyzna.
Źle się pan czuje?
Tak tylko adres Eluni poproszę oparłem się o barierkę, kręciło mi się w głowie.
Podtrzymał mnie pod ramię, zaprowadził do mieszkania.
Chodźmy, jestem lekarzem, nie przejmuj się formalnościami. Proszę, usiądź na kanapę.
Było mi niezręcznie, ale rozebrałem się i posłusznie usiadłem. Nie patrzyłem wokół, nie miałem siły.
Weszła ona Młoda kobieta, którą wczoraj uznałem za Elżbietę na ulicy. W domowej sukience, podobnej do tej sprzed lat. Kopia tamtej Eli.
Boże, jej córka! Mierzyli mi już ciśnienie, puls, jakiś aparat na ręce.
Ma pan wysokie ciśnienie, tętno Co panu dolega?
Przeszedłem zawał.
Dzwonię po pogotowie. Potrzebuje pan szpitala.
Nie, po prostu odpocznę, odpocznie i minie.
Obawiam się, że nie gospodarza był poważny. Zrobię panu zastrzyk.
Wyszedł, rozmawiał szeptem z żoną. Do pokoju zajrzał ośmioletni chłopczyk.
Chodź tu zawołałem Jak masz na imię, bohaterze?
Sławek.
Uśmiechnąłem się. Może i tata chłopca Sławek?
A nazwisko twoje?
Michałowicz dumnie powiedział chłopak Tata to Michał, mama Elżbieta Januszowa.
Wrócił Michał z zastrzykiem, przepędził syna, wyjaśnił, co będzie robił.
Przepraszam, same kłopoty ze mną zapiąłem pasek Potrzebuję adresu pani mamy, Elżbieto. Co u niej?
Napijemy się herbaty na ciśnienie, pan odpocznie. Mama? W porządku. Znał ją pan?
Bardzo. Bywałem w tym domu, choć dawno. Inny był wtedy układ pokoi.
Tak Dzisiaj salon to dwie połączone izby. Kupiliśmy całą komunałkę piętnaście lat temu, za granicą zarobiłam, mąż świetnie pracował. A mamę ulokowaliśmy niedawno.
Muszę ją zobaczyć. Wybaczy pani, pytania do kobiet niestosowne, ale który rocznik?
Usiadła w fotelu, spuściła głowę, potem spojrzała poważnie.
Osobiscie, rocznik osiemdziesiąty pierwszy, lipiec. Pan jest Janusz? Pan mój ojciec?
Znów złapałem się za serce. Ale raczej na zapas, serce wytrzymało. Zbyt wiele wrażeń.
Przysięgam, nie wiedziałem o pani, Elu! Powinienem był, powinien
Poszliśmy do jasnej kuchni. Tego mieszkania bym nie poznał.
Nie macie karaluchów?
Boże, nie! Boję się ich zażartowała.
Szkoda. Dawniej były. Mama się ich nie bała. Zawsze walczyła z nimi klapkiem.
Piliśmy herbatę. Może to po zastrzyku, może przez ciepłą atmosferę, przez obecność takiej córki, wnuka, których nie znałem ukradkiem ścierałem łzy, udając, że pociągam nosem przez herbatę.
Opowiedz mi, Elu, jak żyłaś z mamą. Ciężko było?
Ktoś tu chciał pograć w warcaby? Chodź, synku Michał zabrał chłopca.
Żyłyśmy jak każdy. Z początku było bardzo ciężko. Ale mama powtarza, że moje narodziny ją ocaliły. Byłam malutka, niecałe dwa kilo. Zaraz musiała walczyć, potem już nie potrafiła inaczej. Pracowała na trzech etatach, do mojego dziewiątego roku miałyśmy lokatorki. Dałyśmy radę.
Bardzo was skrzywdziłem wyszeptałem.
A pan jak żył? I czemu w sumie się rozstaliście? Mama mówi, że tak chciał los i sytuacja. Mówiła, że chciała dziecka. Ale wiem, że czekała na pana. Cały czas. Mówiła, że przeczuwa spotkanie. No to dzwonimy do niej! Ona wciąż czeka!
Elu, nie Proszę, nie dzwoń. Chcę pójść osobiście. Sama rozumiesz wstałem.
W progu pojawił się Michał.
Szczerze, nie jestem zadowolony. Ale lekarza nikt nie pyta, tak? Pan powinien do szpitala, i natychmiast po spotkaniu.
Zgoda podniosłem ręce, spojrzałem na wnuka Widzisz, trzeba słuchać lekarza!
Schodząc, obejrzałem się na córkę i wnuka, dwóch Sławków.
Tak właśnie żyłem, Elu. A mam taką rodzinę! serce waliło jak młot, ledwo łapałem oddech.
Pojechaliśmy szybko. Nowe bloki na obrzeżach.
Tu. Przeprowadzić?
Nie, muszę sam
Jeśli coś się stanie, proszę dzwonić. Piąte piętro, mieszkanie 118. Jest winda, tu domofon.
Poruszałem się powoli, jak bardzo stary człowiek.
Podejrzanie znajome drzwi 118. Nacisnąłem dzwonek. Co powiem? Ona zaraz zapyta, a ja odpowiem Janusz. Ale czy pozna?
Drzwi otworzyły się bez pytania. Nie zmieniła się. Tylko włosy mniej bujne, policzki opadły, znikła młodzieńcza szczupłość i kanciastość. Ale ta sama Ela. Choć mieliśmy ze sobą ledwie dwa dni, to jakby całe życie.
Ona też patrzyła na mnie długo. Cofnęła się i wpuściła mnie. Wszedłem, rozejrzałem się. Co robić? Wziąć za rękę, pocałować? Mam prawo?
Spojrzałem w jej oczy. Co tam widziałem? Lęk i oczekiwanie. Czekała na słowo, a ja zabrakło mi odwagi.
Elu, ja ja Ty Przebacz mi, Eluniu! nogi się pode mną ugięły.
Chciałem, nie chciałem padłem jej do stóp.
Ona też uklękła.
Janusz! Co ci jest? Wstań! Źle ci? Jak?
Na podłodze przy drzwiach siedzieliśmy tuląc się, przekrzykiwaliśmy
Znalazłem cię! Dlaczego tak długo czekałem? Czemu?
Nie wiedziałeś o córce Nawet nie przypuszczałeś. Rozumiesz, Janusz?
Jestem głupcem, zdrajcą Nie wybaczaj, nie powinnaś traciłem głos.
Przestań. Wiedziałam, że wrócisz. Czekałam.
Powiedziałaś wtedy
Wiem, nauczyłem się tamtej strofy na pamięć. Natura popada w ruinę, odpływy stają się falą zacząłem, Ela podjęła
I milkną dźwięki z winy rozłąki mnie z tobą Ale nie o tym myślałam. Zadzwonię do zięcia. Źle się czujesz, a on jest lekarzem.
On jest na dole wskazałem na drzwi.
Co?
Przywiózł mnie tu.
Wkrótce auto męża jej córki wiozło nas do szpitala. Siedzieliśmy z tyłu, trzymając się za ręce. Dostałem inhalator odetchnąłem.
Nie chcę do szpitala, Elu. Właśnie cię znalazłem.
Będę z tobą. Już na zawsze. Nie martw się, Janusz głaskała mnie po dłoni, ja ściskałem jej rękę.
Może z żalu, że dopiero teraz, że zmarnowałem tyle lat, płakałem łzy same ciekły. Mogłem wcześniej! Mógłbym ją odnaleźć, ale zwlekałem
Płaczesz? Nie płacz, Janusz. Teraz już będzie dobrze. Wyzdrowiejesz, będziemy razem.
Tak. Już zawsze razem.
By ją uspokoić, znów recytowała wiersz
A ja miałam na myśli taki fragment: Nad przyszłością cicho czaruję, gdy wieczór jest całkiem błękitny, i przeczuwam drugie spotkanie, nieuniknione spotkanie z tobą.
Warszawa migała za szybą spieszyliśmy do szpitala, by pomogli człowiekowi, który tak bardzo pragnął jednego: żyć z ukochaną kobietą i dzielić z nią swoją miłość.
Nie spóźniłem się na własne szczęście. ZdążyłemA kiedy już wiedziałem, że los dał nam ostatnią szansę, czułem wdzięczność większą niż wszystkie dawne żale i tęsknoty. W szpitalnej sali, gdy świat ucichł, Ela siedziała na krześle przy moim łóżku, jej dłoń w mojej. Przez okno wpadały promienie wiosennego słońca, cicho budząc dzień.
Patrzyłem na nią. Czas nie zmazał tej czułości, którą pamiętałem z młodości. Nasze spojrzenia skrzyżowały się jej oczy błyszczały łzami szczęścia, moich łez chyba już nie liczyłem.
Pamiętasz, Janusz, jak wtedy pierwszy raz przyszłam do ciebie przez deszczowe Warszawę? zapytała szeptem.
Pamiętam wszystko. Każdy dźwięk twoich skrzypiec. Każdy przelotny uśmiech na jarzębinie pod twoim oknem.
Uśmiechnęła się i schyliła głowę. Za ścianą słychać było kroki, życie szpitala szło swoim rytmem, lecz my wycofywaliśmy się z czasu.
Chciałabym, żebyś to ty był przy mnie do końca powiedziała.
Będę odpowiedziałem z całą pewnością, jakiej nigdy wcześniej nie czułem.
Córka, wnuk i zięć przychodzili codziennie, za każdym razem przynosząc świeże kwiaty i uśmiech. I kiedy Ela opowiadała im nasze historie, śmialiśmy się razem, płakaliśmy. Stracone lata już nie bolały. Były tylko przeszłością, na którą oboje patrzyliśmy jak na starą fotografię, lekko wyblakłą, lecz cenną.
Pewnego popołudnia, kiedy szpitalne okno uchylone wpuszczało powiew ciepłego wiatru, Ela wyjęła z torby małe, dziecięce skrzypce.
Zostawiłam je na lata, a przecież to część ciebie i mnie, Janusz. Zagram ci naszą melodię.
I zagrała.
W dźwiękach tego prostego utworu było wszystko: żal za przeszłością, miłość, ból, wybaczenie, nadzieja i cisza ostatniego spotkania. Trzymałem ją za rękę, gdy smyczek drżał pomiędzy jej palcami.
Teraz nigdzie już nie pójdę bez ciebie szepnąłem.
Ela pochyliła się, oparła czoło o moje. Trwaliśmy tak przez długi czas, jakby świat zniknął poza stalową ramą szpitalnego łóżka.
I jeśli szczęście naprawdę przechowuje się w oddechu, w drgnieniu serca u boku osoby, bez której cały świat wydaje się wybladły, ja byłem nareszcie szczęśliwy.
Bo choć życie nie oddało mi wszystkich lat z Elżbietą, oddało mi ją samą w tym jednym, doskonałym, drugim spotkaniu.
A Warszawa za oknem cicho objęła nas zmierzchem i nic już nie musieliśmy sobie tłumaczyć.



