Synowa ubłagała mnie, żebym pomagała co dzień przy wnuku. Nie było mowy, że mam o świcie jeździć autobusem

Moja synowa przyszła jakiś czas temu z taką prośbą, żebym się zajęła ich maluchem. No i myślę sobie, dobrze, babcia też może się przydać. Ale to, co potem usłyszałam, to mnie po prostu zmroziło.

 

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to że synowa nie może się oderwać od tej swojej korporacji. Zawsze w biegu, zawsze z papierami, nawet jak ja przychodzę rano, to nie ma czasu, żeby ze mną zamienić słowa. No i ja, dobra dusza, mówię, że pomogę. Ale wiecie, myślałam, że to będzie tak od czasu do czasu, a nie codziennie!

I teraz najlepsze. Moi drodzy, ja mam 10 kilometrów do nich, a oni mają czelność mówić, żebym jeździła autobusem! No ludzie, co to ma być? Mówią mi, że najwyżej mi kupią bilet miesięczny. No przecież to jakaś kpina. Ja już swoje przejechałam w życiu, a teraz mam stać jak sardynka w autobusie, bo oni nie mogą mnie podwieźć? Oni oboje mają samochody!

No i jeszcze to dziecko, słodki wnuczek, ale chorowity. W żłobkach to wiadomo, katar i już go nie przyjmą. A synowa z synem na kredycie żyją, więc mówią, że na nianię ich nie stać. No i babcię wzięli na tapetę.

Niedawno skręciłam kostkę. Było ślisko, a ja akurat szłam do sklepu. Teraz chodzę z balkonikiem. Wiem, wiem, w moim wieku to trochę wstyd, bo to przecież jeszcze nie starość, ale bezpieczeństwo przede wszystkim, dopóki nie przejdzie zima. Myślałam, że w tej sytuacji mój drogi syn i synowa jakoś mnie odciążą, zrozumieją, że tłuczenie się autobusem to nie jest dla mnie teraz najlepsza opcja. Ale nie, nic z tego.

Pewnie nawet gdybym miała gips na nodze, to i tak by kazali mi jeździć tym autobusem. No bo przecież babcia musi być na każde zawołanie, nieważne w jakim stanie. Ja rozumiem, że mają swoje problemy, kredyt i te sprawy, ale czy to znaczy, że mają całkowicie ignorować moją sytuację?

No i teraz ja tu, z balkonikiem, na przystanku autobusowym, w deszczu, śniegu, czy co tam akurat pada z nieba. A oni sobie cieplutko w samochodzie, ale nie, babcia musi sobie radzić sama. No i jak tu nie czuć się trochę zaniedbaną, taką odstawioną na boczny tor?

I teraz ja się zastanawiam, co robić. Z jednej strony wnuczek, słodki, kochany, ale z drugiej – ta cała sytuacja z dojazdem, z tym korporacyjnym światem synowej, który jakby nie patrzeć, zdominował ich życie, bo zamiast zająć się dzieckiem, to ona po dziesięć godzin tam siedzi. Ja już nie mam siły na te wszystkie wymysły. Co ja mam robić? Pomagać im i męczyć się z tymi dojazdami, czy postawić na swoim i powiedzieć, że tak nie może być?

 

Przeczytaj także: Mój dorosły syn w końcu poszedł na swoje, ale zaczął przynosić mi taki wstyd. Co ludzie o nas powiedzą?

 

No i jeszcze to uczucie, wiecie, że się czuję trochę wykorzystana. Taka babcia na zawołanie, a oni nawet nie pomyślą, żeby mi jakoś ulżyć. Wstyd mi to mówić, ale czuję się jak jakaś darmowa opiekunka, bo nawet jedzenie ze sobą przywożę, bo nic mi nie zaproponowali, że ugotują i zostawią. No nie wiem, naprawdę nie wiem. Może Wy mi coś poradzicie, bo ja już sama nie wiem, co robić.

Oceń artykuł
TwojaCena
Synowa ubłagała mnie, żebym pomagała co dzień przy wnuku. Nie było mowy, że mam o świcie jeździć autobusem