Syn Galiny miesiąc temu ożenił się po raz drugi

Syn Haliny miesiąc temu ożenił się po raz drugi i przywiózł do matki śliczną trzynastoletnią dziewczynkę Zosię, córkę swojej nowej żony. Przyjechali na cały tydzień.

Mama Zosi, zanim odjechała, szepnęła teściowej:
Proszę mieć na uwadze, że Zosia po raz pierwszy jest na wsi. Ma dość wymagający charakter, wie pani nastolatka. Proszę być wobec niej stanowcza. W razie kłopotów, proszę do mnie dzwonić, przyjadę i zabiorę ją.

W razie czego? zdziwiła się Halina.
Nowa synowa tylko się uśmiechnęła, musnęła teściową w policzek, wsiadła z mężem do samochodu i odjechali.

Zosiu, przynieś proszę wodę poprosiła Halina dziewczynkę, podając jej puste wiadro.
Skąd mam przynieść? zapytała Zosia niepewnie.
Ze studni odpowiedziała Halina.

A co to jest studnia?
Studnia to taka pompa. Zaraz za furtką, niedaleko domu, stoi metalowa pompa z rączką. Stawiasz pod nią wiadro, pompujesz i nabierasz wodę. Potem niesiesz do domu.

Babciu Haniu, żartuje pani? Zosia spojrzała z niedowierzaniem. Wodę nabiera się przecież z kranu w kuchni. Macie chyba kran?
Mamy, mamy uśmiechnęła się Halina. Tylko że od tygodnia woda z niego nie leci.
Dlaczego?

Bo nasz hydraulik, pan Stefan, zakręcił wodę w całej ulicy. Mówi, że trzeba wymienić jakiś zawór. Na razie musimy chodzić po wodę do studni. Tam jest zawsze.
O nie… powiedziała Zosia i odstawiła wiadro. Nie zamierzam tego robić. Jest kran, powinna być woda.

No dobrze wzruszyła ramionami babcia. To póki co, możesz się umyć tutaj. Zaprowadziła Zosię do wielkiej beczki pod rynną. Zaczerpnij ręką deszczówki i się umyj.
Babciu, pani żartuje? Tam pływają robaki.
To tylko larwy komarów wyjaśniła Halina. Nie gryzą.

A zęby mam też w tej wodzie myć?
Oczywiście, bo w umywalce też nie ma wody.
Dobrze, pójdę mruknęła niechętnie Zosia, znów wzięła wiadro i poszła do furtki.

Wróciła po piętnastu minutach, cała spocona, a w wiadrze ledwie trzy litry wody.
Dlaczego tak długo? spytała Halina.
Nie wiedziałam, jak uruchomić pompę. Dobrze, że przechodził pan i mi pokazał.

No i świetnie. Babcia zaraz wlała wodę do umywalki i podała Zosi wiadro na nowo.
Zosieńko, to na umycie wystarczy, a teraz trzeba jeszcze przynieść wody na obiad.

Co? dziewczynka spojrzała gwałtownie na babcię. Jeszcze na to?
A jak inaczej? Albo mogę przynieść z beczki…
Nie trzeba! zawołała Zosia i znowu pobiegła po wodę.
W sumie biegała pięć razy. A Halina, jak gdyby nigdy nic, zaczęła gotować obiad.

Babciu, a dlaczego nie naprawią wodociągu? U nas w Warszawie wystarczy zadzwonić i po godzinie woda już leci.
A u nas też trzeba zgłosić chichotnęła Halina. Ale trzeba iść na sąsiednią ulicę, do domu numer pięćdziesiąt osiem, i powiedzieć. Tylko że tam Stefan ma wodę, więc mu się nie spieszy.

A dlaczego nie pójdziesz tam sama i nie zażądasz?
Chodziłam już sto razy machnęła ręką babcia. Stefan to w polu, to na gospodarstwie, to znów gdzieś indziej. Obiecuje, że jutro przyjdzie. Do dziś idzie. On jest jedyny na całą okolicę.

Hmm… Zosia się zamyśliła, po czym zapytała: Który to numer domu?
Pięćdziesiąt osiem powtórzyła Halina.
A w którą stronę?
Tam wskazała Halina A cóż ty kombinujesz?
Sama pójdę do tego waszego Stefana.

Zosia szybciutko prześlizgnęła się przez furtkę. Halina nawet nie zdążyła zareagować. Chwilę później nie zniosła napięcia i sama poszła pod dom hydraulika.

Moja wnuczka tu była? zapytała żonę Stefana.
Ta łobuziara to twoja? spojrzała na nią z ukosa Maria.

Dlaczego łobuziara?
A bo wiesz, co tu zrobiła? Najpierw kazała mi natychmiast przywołać Stefana, potem zaczęła na niego krzyczeć, że myśli tylko o sobie. A mój Stefan się dwoi i troi w całym powiecie! Zagroziłam jej miotłą. A ona że jak Stefan dziś nie poda wody na główną ulicę, to spali nam stodołę! Wyobrażasz sobie?

Rany boskie! Halina złapała się za serce. Naprawdę Zosia tak powiedziała?
Zosia? Nie życzę nikomu takiej Zosi parsknęła Maria.
A gdzie ona teraz?
Skąd mam wiedzieć? Pewnie Stefana szuka.

A on gdzie?
W polu, gdzie może być w czasie żniw. Ciągniki naprawia, a mnie tu straszą dzieciaki!
Matko jedyna! Halina pobiegła na pole, tam gdzie słychać było kombajny.

Nie dobiegła do końca, bo zobaczyła nadjeżdżający traktor. Na fotelu obok Stefana siedziała naburmuszona Zosia. Stefan, zobaczywszy Halinę, przyhamował.

Twoja? przekrzykując hałas, zapytał, wskazując na Zosię.
Halina przytaknęła i przestraszona zawołała:
Gdzie ją wieziesz, Stefanie? Na policję? Przecież ona młoda, nie wolno jej zatrzymywać!
Na jaką policję? roześmiał się Stefan. Jadę wam zawór wymienić. Ta twoja Zosia to istny diabełek pod traktor się rzuca, jeszcze ostrzegała, że wszystkim gwoździami koła po przebija, jeśli nie dam wody. Głupia, przecież traktorowi gwoździem koła nie przebije! Stefan nagle parsknął śmiechem. Więcej takich by się nam we wsi przydało, to byśmy wszystko naprawili i życie odmienili. No, rozrabiaro obrócił się do Zosi chcesz poprowadzić traktor?

Jasne! zawołała z radością Zosia.
No to siadaj, łap za kierownicę, jedziemy naprawiać waszą wodę. Ale pod warunkiem, że będziesz mi podawać narzędzia.
Zgoda! ucieszyła się dziewczynka i od razu chwyciła za kierownicę.

Rodzice zabrali Zosię z wsi dopiero po dwudziestu dniach, trzydziestego sierpnia. I to ledwo co szkoła zaczynała się już pojutrze. Zresztą, chętnie zostałaby dłużej, bo na wsi jesienią zawsze jest pełno pracy.

I tak Zosia, choć początkowo była kapryśna i zbuntowana, przekonała się, że czasem warto zapomnieć o wygodach miasta, aby nauczyć się czegoś ważnego: wytrwałości, współpracy z innymi i rozwiązywania problemów. To, co wydaje się trudnością, często bywa początkiem pięknej przygody i osobistego rozwoju.

Oceń artykuł
TwojaCena
Syn Galiny miesiąc temu ożenił się po raz drugi