– Tato! Szczerze! Celowałem w Wojtka! – krzyknąłem, uchylając się przed pasem.
– Czy wiesz, ile kosztuje takie szkło! – mój ojciec grzmiał. – Sprzedam Cię, żeby zapłacić za taką szybę!
– Sprzedaj go dla mnie – powiedział fryzjer, któremu wybiłem szybę sklepową. – Potrzebuję asystenta do zakładu.
Salon fryzjerski znajdował się na parterze naszego bloku. Od niepamiętnych czasów widniał nad nim napis „Artystyczne strzyżenie i golenie”, starannie odnowiony na początku wiosny.
Strzygły się tam starsze i młodsze pokolenia z kolejnych czterech bloków.
To tam rozlegały się wieści o paryskiej modzie i najnowszych trendach w strzyżeniu.
Zawsze pysznie pachniało wodą kolońską i szamponami.
Na piętrze nad nami mieszkał fryzjer Franciszek. Nosił błyszczące buty, zbierał kolekcjonerskie znaczki i nazywał wszystkie kobiety Madame, niezależnie od wieku.
– Zwracaj się do mnie nauczycielu – powiedział Franciszek, podając mi szczotkę i szufelkę. – Ja będę nazywał Cię uczniem. Strzygę, Ty sprzątasz. Podlej też kwiaty, zagotuj wodę i stań na razie w kącie.
Nie trzeba było długo czekać na pojawienie się pierwszego klienta.
Zdenerwowana i rozczochrana kobieta rzuciła się na fotel, skrupulatnie obejrzała się w lustrze i rzuciła:
– Ścinamy to!
– Jak? – nonszalancko zapytał Franciszek.
– Krótko! Na łyso!
– Herbata dla pani – szepnął mój nauczyciel.
Klientka uśmiechnęła się do mnie i delikatnie rozczesała splątane brązowe kosmyki.
– Wie Pani, taką fryzurę nosi mój siostrzeniec… – mruknął Franciszek przeczesując grzebieniem włosy.
Przyniosłem herbatę. Klientka zachichotała.
– Zawsze mnie rozśmieszasz, Franciszku!
– Taka już moja praca! – uśmiechnął się.
Nie ściął jej włosów na krótko ani na łyso. Umył je, zakręcił, wysuszył, rozczesał, polakierował i szepnął coś do ucha.
– Prosiła, żeby ściąć je krótko – powiedziałem zdziwionym tonem, gdy klientka zniknęła za drzwiami.
– Co Ty możesz wiedzieć – zbeształ mnie. – Przychodzi do mnie za każdym razem, gdy jej mąż odchodzi na lewo. Robię z niej Afrodytę i mąż wraca. Ale! – podniósł groźnie palec – Kobieta musi się wygadać. Kobieta musi się wypłakać. Zagrozić…
Wtedy pojawił się znany muzyk z naszego osiedla. Machał intensywnie rękami, opowiadając, jak będzie dyrygował orkiestrą w miejskim ogrodzie, dopóki Franciszek nie otulił go fartuchem fryzjerskim i nie zadbał o jego przerzedzone włosy. Tajemnicą każdego jest muzyka… ale to tajemnica. Mogę tylko powiedzieć, że takie czarne włosy nie istnieją w naturze.
– Tam Ty jesteś człowiekiem sztuki, a ja jestem człowiekiem sztuki tutaj – powiedział Franciszek, pstrykając nożyczkami. – Fryzura, jak kto woli, to cała symfonia. Każdy włos, jak nuta, musi być na swoim miejscu.
– Jak można to porównywać! – muzyk krzyknął z rozdrażnieniem, a Franciszek szybko otulił mu głowę ciepłym ręcznikiem.
Rozstali się dość zadowoleni z tego spotkania.
– Trzeba to wyczuć – powiedział mój nauczyciel, machając nożyczkami – trzeba wyczuć to, czego chce klient. Nie wyrazi tego słowami. Słowa nie będą dla niego wystarczające.
W tym momencie wszedł ponury młody człowiek.
– Można się tu ostrzyc? – rozejrzał się podejrzliwie po pokoju i zapytał.
– Chcesz, żeby dziewczyna cię polubiła? – Franciszek zapytał kurtuazyjnie.
Ponury młodzieniec zarumienił się.
– Chłopcze, wyjdź – skinął na mnie. – Kup sobie sok albo ciastka.
Zaczekałem w przejściu obok. Wkrótce nasz klient wyszedł. Wyglądało na to, że Franciszek niewiele zmienił w jego fryzurze, ale młody człowiek zaczął się uśmiechać…
– Piękny kolorowy ptak… – mój nauczyciel powiedział pieszczotliwie do niebrzydkiej dziewczyny i błysnął nożyczkami. – Moja piękna, czy chciałabyś coś lekkiego i nietuzinkowego?
Dziewczyna przyszła tylko po to, by przyciąć włosy, a Franciszek ściął je i zafarbował niebieskimi, żółtymi, zielonymi i pomarańczowymi odcieniami.
Nie dziwiło mnie już nic.
– Widzisz, Ty mały rozrabiako! Fryzjer nie jest woźnym, zamieć tutaj szybko.
Później weszła elegancka kobieta w średnim wieku, pachnąca drogimi perfumami.
– Chcę, żeby było krótko – powiedziała kapryśnie kobieta.
– Wszyscy chcą, żeby było krótko – odpowiedział Franciszek sadzając swoją klientkę na fotelu. – Włosy, proszę pani, to futro. Mężczyźni są łowcami. Im dłuższe futro, tym droższe.
– Jest Pan pewien? – zapytała podejrzliwie kobieta.
– Proszę Pani! – przycisnął nożyczki do serca, a klientka zarumieniła się.
– Wszyscy chcą, żeby było krótko – urażony Franciszek powtarzał, chrupiąc swoją kanapkę. – Nowy czas, nowa moda. Mody przemijają, a piękno pozostaje. Teraz wszyscy się śpieszą, biegną. Co to za pośpiech?
Pojawiła się matka z córką.
– Po co to zrobiłaś? – krzyczała, idąc w naszą stronę. – Po co je zaplotłaś?
Na głowie dziewczyny było około stu warkoczy, sterczących wesoło we wszystkich kierunkach.
– Proszę Pani – zaczął Franciszek, całując jej dłoń. – Ma Pani ułatwioną sprawę. Nie będzie Pani musiała czesać włosów dziecka przez co najmniej dwa tygodnie. Ma Pani pięcioro dzieci, choć z jednym nie będzie kłopotów.
Dziewczyna zrobiła do mnie minę.
– A co powie mąż? – kontynuowała kobieta. – Jutro wróci z podróży służbowej.
– Niech dziecko wkłada kapelusz – poradził. – Nic spod niego nie będzie widać. A może i u Pani zrobimy piękną fryzurę na przyjazd męża, co?
Kobieta uścisnęła mu dłoń i usiadła w fotelu.
– Muszę iść na rynek. Chce, żebym zrobiła dla niego nadziewane ryby! Jakby wracał z zesłania na Syberii, a nie z Krakowa! On jeździ tam co tydzień, a ja co tydzień robię tę rybę. Aniu, nie dotykaj tych kwiatków! Boże, co za dziecko.
– Wie pani, mój siostrzeniec…
– Czy on też lubi nadziewane ryby?!
– Nie, ale ja tak.
– Przyniosę Panu kawałek.
Franciszek obciął włosy matce Ani, a Ania obcięła kwiatka.
– Och, co za dzień – westchnął, zerkając na zegarek. – Czas zamknięcia.
Już miałem zamknąć drzwi, gdy do środka wpadł dyszący mężczyzna z krawatem i wypchaną teczką pod pachą.
– Doktorze! – krzyknął.
– Nie jestem lekarzem – powiedział surowo Franciszek.
– Wszystko jedno – mężczyzna zdjął kapelusz. – Powiedziano mi, że czyni pan cuda. Błagam, niech Pan coś zrobi!
Mój nauczyciel zbadał mu głowę, westchnął i sięgnął do szafki. Zagrzechotał szkłem i wyciągnął dużą ciemną butelkę.
– Proszę wcierać to codziennie wieczorem.
– Czy to działa? – klient płakał z nadzieją.
– Cóż, nie zawsze. Ale zawsze trzeba mieć nadzieję.
Franciszek i klient spojrzeli na siebie i westchnęli z rozpaczą.
Obaj byli zupełnie łysi…




