Spotkałem się z synem po 20 latach. Byłem naiwny, teraz myślę, że chodziło mu tylko o pieniądze

Byłem studentem 20 lat temu, kiedy spotykałem się z Martą. Wszystko szło dobrze, przeprowadziliśmy się do siebie i żyliśmy razem. Kariera zaczynała się układać, a wtedy Marta powiadomiła mnie, że jest w ciąży.

Jednak coś wydawało się dziwne podczas kolacji; nie jedliśmy i dużo milczeliśmy. Nie byliśmy nawet zaręczeni, nie mówiąc już o ślubie. Następnego dnia Marta pojechała do rodziców na wieś. Odwiedziłem ją dopiero po trzech miesiącach, bo nie mogłem się wydostać z pracy. Rozmawialiśmy na dworze, do domu Marta mnie nie wpuściła.

– Muszę poukładać sobie to wszystko, potrzebuję czasu, zostaw mnie na razie samą – to wszystko, co usłyszałem od niej.

A potem były wyjazdy zagraniczne, wiele spraw, dużo pracy. Nie mogłem wrócić do Marty i wszystkiego wyjaśnić. Minęły lata, byłem nawet w małżeństwie, ale nic z tego nie wyszło. Oczywiście marcie co miesiąc przelewałem pieniądze od wielu lat. Z czasem rozwiodłem się ze swoją żoną, nie miałem dzieci.

A teraz pojawił się syn. Zadzwonił telefon, to był nieznany numer. Niechętnie odebrałem:

Cześć, tato. Jestem Twoim synem.

Oczywiście nie uwierzyłem, ale chłopak kontynuował:

– Moja mama, Marta, byliście razem 20 lat temu.

Po tych słowach, jakby uderzył we mnie piorun, zbladłem i powoli usiadłem na krześle. W oczach pojawiły się łzy… syn, którego nigdy nie poznałem, teraz zaproponował mi spotkanie w kawiarni.

Do kawiarni wszedł nerwowy młodzieniec, niepewnie usiadł przy moim stoliku. Syn wcale nie był mi podobny: niższy, trochę pulchniejszy. Ale oczy i nos rozpoznałem – to były cechy Marty. Syn pokazał mi swoje dziecięce zdjęcia, na nich zobaczyłem moją dawną dziewczynę.

O sobie powiedział niewiele, że jest studentem, mieszka w akademiku. Rozmowa jakoś nie kleiła się. Na koniec ktoś do syna zadzwonił:

Tak, oddam wszystko… tak, zaraz będę – odpowiedział syn przez telefon.

A potem szybko się zebrał i pobiegł gdzieś ulicą. Nie wiem dlaczego, ale potajemnie poszedłem za nim. Przy akademiku do syna podeszło troje umięśnionych mężczyzn, zaczęli go popychać, tu wyszedłem z kąta, żeby stanąć w jego obronie. Okazało się, że syn był dłużny im prawie tysiąc złotych. Oddałem dług.

Minął miesiąc od tego zdarzenia. Syn ani razu już nie zadzwonił. Myślę, czy nie odezwać się pierwszy, ale jaką mam pewność, że nie będę mu się naprzykrzał? Może chodziło mu tylko o pieniądze?

Po tym, jak spłaciłem dług syna, oczekiwałem, że przynajmniej zadzwoni lub wyśle wiadomość z podziękowaniami. Nic takiego się nie stało. Ani słowa wdzięczności, ani próby wyjaśnienia, dlaczego w ogóle się zadłużył. Zastanawiam się, co to za wychowanie, jak mógł być tak nieuprzejmy i nieodpowiedzialny. Czy to był wpływ Marty, czy może coś innego?

Oceń artykuł
TwojaCena
Spotkałem się z synem po 20 latach. Byłem naiwny, teraz myślę, że chodziło mu tylko o pieniądze