Trzynaście dni, które zabrały Kubę z Białegostoku

Halina Wróbel pracuje na oddziale pediatrycznym Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku od dwudziestu jeden lat. Widziała różne rzeczy. Ale tamtej nocy, w połowie marca, kiedy karetka przywiozła czterolatka z gorączką czterdzieści jeden i osiem, coś w niej się ścisnęło już na korytarzu.

Chłopiec nazywał się Kuba. Matka, Ewelina Sowa, trzymała go na rękach, chociaż pielęgniarze mówili, żeby położyła go na noszach — nie chciała go puścić. Miała na sobie dres, w którym pewnie spała, i klapki na bosą stopę, mimo że na dworze było jakieś trzy stopnie. Halina zapamiętała akurat to: klapki. Bo to znaczyło, że kobieta zerwała się z łóżka i pobiegła, nie myśląc o niczym poza tym, że dziecko nie oddycha tak jak powinno.

— Wysypka pojawiła się wczoraj wieczorem — powtarzała Ewelina lekarzowi dyżurnemu. — Myślałam, że to alergia. Dałam mu syrop na uspokojenie kaszlu, a on…

Nie dokończyła. Lekarz już patrzył na plamki za uszami dziecka, na zaczerwienione oczy, na to, jak chłopiec mrużył powieki od światła korytarzowej lampy.

— Był szczepiony? — zapytał, nie podnosząc wzroku znad karty.

Cisza trwała chwilę za długo.

— Nie zdążyliśmy. Miał być w maju, na drugą dawkę… to znaczy na pierwszą, przepraszam, gubię się.

Halina słyszała tę rozmowę setki razy w różnych wariantach przez ostatnie dwa lata, odkąd w regionie zaczęły się ogniska. Ktoś odłożył, ktoś się bał, ktoś przeczytał coś w internecie, ktoś po prostu zapomniał w gonitwie za żłobkiem i pracą. Nikt z tych rodziców nie wyglądał na złego rodzica. Wyglądali tak jak Ewelina — wystraszeni, w klapkach, z dzieckiem, które płonęło im w ramionach.

Pierwszej nocy odrę potwierdzono szybkim testem. Drugiej doby saturacja Kuby zaczęła spadać, mimo tlenu przez wąsy donosowe. Zapalenie płuc, powiedział pulmonolog. To była ta "zwykła" komplikacja, ta, której się spodziewano. Halina podawała antybiotyki co sześć godzin, mierzyła saturację co godzinę, notowała w karcie drobnym pismem, żeby zmieściło się wszystko.

Piątej doby chłopiec przestał reagować na imię.

Nie od razu było to oczywiste — dzieci z wysoką gorączką bywają senne. Ale kiedy Ewelina zawołała go po imieniu trzy razy, a on tylko poruszył wargami, nie otwierając oczu, ordynator kazał zwołać konsylium. Rezonans pokazał obrzęk mózgu. Zapalenie mózgu poodrowe — powikłanie, które w Polsce widuje się rzadko, bo przez lata odra była w zasadzie wyeliminowana. Teraz leżało w łóżku numer cztery, w sali dziecięcej intensywnej terapii, podłączone do kroplówki z deksametazonem.

Ewelina nie wychodziła z sali. Spała na krześle, jedząc kanapki, które przynosiła jej siostra z Kleosina. W pewnym momencie, około dziesiątej doby, kiedy do obrzęku mózgu dołączyła sepsa — ciśnienie spadło, skóra zrobiła się szara, w laboratorium wyszły markery stanu zapalnego, które przerażały nawet doświadczonych lekarzy — Halina usłyszała, jak kobieta mówi do telefonu, cicho, żeby nie obudzić syna:

— Mamo, ja go zabiję, jeśli coś… nie, nie ciebie. Siebie. To ja nie zapisałam go na czas. Ty mi mówiłaś.

Teściowa Eweliny, jak się okazało, od miesięcy powtarzała, żeby nie zwlekać ze szczepieniem, bo w przedszkolu syna sąsiadki już były dwa przypadki. Ewelina machała ręką — zdąży, jeszcze ma czas, dziecko jest zdrowe, po co je szczepić czymś, kiedy nic mu nie dolega. Teraz ta rozmowa wracała do niej w postaci monitora, który piszczał przy każdym spadku ciśnienia.

Trzynastego dnia gorączka zaczęła ustępować. Halina pamięta dokładnie tę noc, bo akurat miała dyżur i to ona pierwsza zauważyła, że liczby na monitorze się ustabilizowały. Kuba otworzył oczy o czwartej nad ranem i zapytał, chrapliwym, nieużywanym od tygodnia głosem, czy może dostać sok pomarańczowy. W szpitalnym automacie na korytarzu takiego soku nie było — tylko jabłkowy i multiwitaminowy w kartonikach po osiemdziesiąt groszy. Halina kupiła mu jabłkowy z własnej kieszeni i podała przez słomkę, bo ręce chłopca jeszcze drżały za mocno, żeby utrzymać kartonik samemu.

Neurolog dziecięcy, który badał Kubę przed wypisem, powiedział wprost: będzie obserwacja przez najbliższe dwa lata, możliwe opóźnienia w rozwoju mowy, możliwe problemy z koncentracją w szkole. Nie wiadomo na pewno. Mózg dziecka to nie jest coś, co da się prześwietlić i powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że wszystko wróciło do normy.

Ewelina zapisała drugie dziecko — dwuletnią córkę, która akurat była u babci na wsi pod Sokółką i uniknęła zarażenia — na szczepienie MMR jeszcze w szpitalnym gabinecie, zanim wypisali Kubę do domu. Pielęgniarka z poradni przyjechała specjalnie, żeby to zrobić na miejscu, bo Ewelina powiedziała, że jeśli wyjdzie z tego szpitala bez potwierdzenia w książeczce zdrowia, to sama siebie nie będzie w stanie znieść.

Halina Wróbel widziała tamtego roku jeszcze czworo dzieci z odrą na oddziale. Dwoje przeszło łagodnie. Jedno miało zapalenie płuc, wyszło po tygodniu. Kuba był jedynym przypadkiem z zapaleniem mózgu, jedynym, który został w szpitalu tak długo. Kiedy wypisywano go do domu, ważył o trzy kilogramy mniej niż przy przyjęciu, a Ewelina niosła w reklamówce z Biedronki wszystkie leki, które miał brać przez kolejny miesiąc, i kartkę z terminem kontroli u neurologa podkreślonym na czerwono.

W drzwiach sali Halina zapytała ją, czy zapisała już drugą dawkę dla córki na przyszły rok, tak jak trzeba według kalendarza.

— Zapisałam na jutro po numer PESEL do przychodni, żeby mieć to w systemie, zanim jeszcze przyjdzie termin — odpowiedziała Ewelina. — Nie czekam już na nic.

Trzymała w torebce wydrukowane potwierdzenie rejestracji, złożone na pół, jakby się bała, że gdzieś je zgubi razem z tym postanowieniem.

Oceń artykuł
TwojaCena
Trzynaście dni, które zabrały Kubę z Białegostoku