Dziennik, 17 sierpnia
Kiedy przywiozłem moją narzeczoną, Jagoda, do wsi pod Lubartowem, czułem się, jakbym wracał do źródeł. Został mi tu po babci dom solidny drewniak z widokiem na las, który pamiętałem z dzieciństwa. Stanęliśmy z Jagodą w pustej kuchni i zapytałem: No, Jagódko, tu zostajemy, czy szukamy mieszkania w Lublinie? Wybór był raczej oczywisty. W Lublinie nie miałem nic tylko ciasny kąt u siostry Doroty i tłum dzieciaków, jej trzech brzdąców. Dorota ciągle miała do mnie pretensje. Tylko raz w miesiącu, kiedy dawałem jej większość swojej pensji, była łaskawsza, poza tym szukała okazji, żeby mi dogryźć i dołożyć obowiązków. Każdy weekend: trzepanie dywanów, spacery z jej pociechami (Maja rok, Bartek trzy lata i Rafałek sześć), sprzątanie łazienki. Jej mąż, Michał, wciąż to w delegacji, to z kolegami, czasem wyjeżdżał do swoich rodziców odpocząć od rodziny. Jagoda to wszystko wiedziała. Wiedziała też, że choć miałem niezłą pracę i pensję, prawie wszystko znikało u Doroty. Jak zacząłem odkładać trochę na własne wydatki, siostra była bliska wyrzucenia mnie za drzwi. W końcu, po dwutygodniowym wypowiedzeniu w pracy, nie miałem już gdzie się podziać. Z rzeczami przyszedłem do Jagody do akademika.
Wieś przyjęła nas dobrze. Chociaż nie miałem tam już bliskiej rodziny, z dzieciństwa znałem połowę sąsiedztwa. Mama mieszkała w innej części Polski, a rodzice Jagody jeszcze dalej. Młodzi, skazani na siebie, wzięliśmy cichy ślub i zabraliśmy się za urządzanie życia. Jagoda znalazła pracę w przedszkolu, ja zostałem przyjęty do tartaku. Sąsiadka, pani Wiesia, oddała nam kozę, bo już sobie z nią nie radziła; w zamian dawałem jej pół litra mleka dziennie. Potem pojawiły się kury i dwie owieczki. Nie zarabialiśmy kokosów, ale własne gospodarstwo i drobne zlecenia od ludzi, którym Jagoda szyła na maszynie, pomagały nam wiązać koniec z końcem.
Naszym największym skarbem został synek, Franek, już trzylatek, kiedy Jagoda po urlopie wróciła do przedszkola. Najgorsze lata mieliśmy za sobą do czasu, aż pewnego dnia zawitała niespodziewana gościni.
Dorota, której odkąd wyprowadziłem się z jej mieszkania, nie widziałem ani razu, zadzwoniła niespodziewanie: Piotrek, jestem pod waszym domem! Przyjechałam z dzieciakami! Mój mąż został u teściów. Słuchaj, a pamiętasz, że ja też kiedyś tu mieszkałam? Do babci przyjeżdżałam! Wpadła z rozmachem i od razu oświadczyła: Jadę na Mazury! A wy popilnujcie dzieci, dobrze wam to zrobi!
Dorota, jak wyobrażasz sobie naszą opiekę, skoro oboje pracujemy? spytałem zdziwiony. Nie zawsze mnie w domu, Jagoda też cały dzień w przedszkolu.
Machnęła ręką: Wieś to wieś, nic im tu nie grozi. Starsze zaopiekuje się młodszymi! rzuciła z przekonaniem.
Moja żona się nie zgodzi zaprotestowałem, widząc minę Jagody.
A od czego jesteś jej mężem? Powiedz jej i już.
Zmieniliśmy temat, ale dzieci Doroty zdążyły już rozgościć się po całym gospodarstwie. Nagle z zewnątrz rozległ się wrzask. Wybiegłem przed dom i aż zamarłem. Dzieci wypuściły prosiaka, który teraz gonił Maję wokół grządek. Zanim go złapałem, cały ogród był zdeptany. Następna w kolejce była koza z kózkami, a połowę kapusty można było pożegnać. Byłem wściekły, Jagoda zestresowana, a Dorota wzruszała ramionami.
Dzieci to dzieci, wieś przecież! tłumaczyła. Co za szkoda, że się trochę pobawią ze zwierzyną?
Nasz Franek tego nie robi upomniała ją Jagoda szeptem.
Jeszcze zdąży się nauczyć mruknęła Dorota z przekąsem.
Znowu zamieszanie tym razem dzieciaki dobierały się do kurnika i zaczęły straszyć nasze piękne, kolorowe kury. Gdy tylko otworzyły drzwi, kogut rzucił się do ataku. Dorota krzyczała: A co to za wieś, gdzie nawet kogut nad wszystkim nie panuje! Może byś, Piotrze, zadbał lepiej o gospodarstwo?!
To nie kogut winien, ale twoje dzieci odparłem.
Może Jagoda weźmie urlop i przypilnuje moich? Nie daj Boże, coś im się stanie, jak mnie nie będzie fukała Dorota.
Westchnąłem głęboko. Lepiej, żebyście nie zbliżali się do sąsiadów. Tam mają byka, wściekłego jak osa, a gęsi to już w ogóle. Po zmroku nie polecam wyściubiać nosa.
Nagle sąsiad przyprowadził do nas najstarszego Bartka przyłapał go za garażem, jak podpalał suche liście.
Ludzie, panie Piotrze, a jakby coś się stało? Od miesiąca nie padało! Kim wy jesteście? rzucił zdegustowany sąsiad.
Spojrzałem na Dorotę i powiedziałem stanowczo: Wiesz, co? Jedź na te Mazury z dziećmi, bo ja kłopotów nie potrzebuję. Lepiej by było, żeby nie przestraszyły łabędzi na Jezioraku.
Dorota tupnęła nogą: Wy na wsi to dziwni jesteście! A ja ci przecież pomagałam, mieszkałeś u mnie!
Parsknąłem śmiechem: Rok tam tylko byłem i nie miałem wyboru, a oddawałem ci całą wypłatę. Pamiętasz?
Nazajutrz, od rana, Dorota z dzieciakami zapakowała się do auta i odjechała do rodziców. Nasz dom odetchnął, a ja z Jagodą długo jeszcze rozmawialiśmy o tej wizycie.
Nauka z tego taka rodzina to ważna sprawa, ale trzeba mieć swoje granice. Bez nich trudno o spokój i szczęście nawet wśród najbliższych.



