Sąsiedzi z naszej warszawskiej kamienicy postanowili pokazać nam, kto naprawdę rządzi blokiem – bez …

Sąsiedzi postanowili pokazać nam, kto rządzi w kamienicy. I to bez szczególnego powodu.

To wydarzyło się pięć lat temu. Wraz z mężem, Piotrem, wychowywaliśmy wtedy już dwójkę dzieci i cała nasza rodzina gnieździła się w maleńkim, jednopokojowym mieszkaniu w jednym z katowickich bloków z wielkiej płyty. Było jasne, że musi nadejść czas na zmianę potrzebowaliśmy przestrzeni do życia i oddechu, a rozmowy o przeprowadzce powracały regularnie, choć długo pozostawały tylko gadaniem.

Kiedy otrzymaliśmy wiadomość, że spodziewamy się trzeciego dziecka, nie mogliśmy już dłużej zwlekać. Jedynym sensownym rozwiązaniem była sprzedaż naszego kawalerki i dołożenie trochę oszczędności, by kupić rozkładowe, trzypokojowe mieszkanie na peryferiach Katowic. Po wielu oględzinach i negocjacjach udało się staliśmy się właścicielami mieszkania w starej kamienicy na Nikiszowcu. Remont przeprowadzony przez poprzednich właścicieli był na tyle solidny, że mogliśmy natychmiast wstawić meble i zacząć nowe życie.

Radość jednak nie trwała długo. Szybko okazało się, że sąsiedzi z wyższych pięter zawarli swego rodzaju sojusz przeciwko naszej rodzinie, najwyraźniej chcąc nam dać do zrozumienia, że jesteśmy tylko nowi i to oni rządzą na klatce.

Nieustannie byliśmy zasypywani pretensjami i uwagami. Jednego dnia starsza pani Jagoda, która zajmowała mieszkanie wyżej, skarżyła się, że za długo trzymaliśmy otwarte drzwi wejściowe. Przecież wnosiliśmy kanapę i dziecięce łóżeczko! tłumaczyłam spokojnie, lecz bez skutku.

Kolejnym razem pan Andrzej zapytał, czemu parkuję auto pod jego oknami. Odpowiedziałam, że to jedyne miejsce dostępne dla mieszkańców pierwszego piętra, a jego okna są dwa piętra wyżej przecież nie wyczaruję innego miejsca.

Jednak najbardziej zirytowała mnie kolejna skarga podobno nasze dzieci, wracając z przedszkola, za głośno biegają po mieszkaniu, a bajki, które oglądają, przeszkadzają sąsiadom znad naszej głowy. Czułam się coraz bardziej osaczona, bo przecież mieszkają nade mną, jak więc hałasy z dołu mogą im przeszkadzać?

Cierpliwość mi się skończyła, gdy pewnego dnia sąsiadki wpadły do naszego mieszkania, kiedy Piotra nie było w domu, a ja Agnieszka, będąc już w zaawansowanej ciąży zostałam sama z dziećmi. Wpadły zdenerwowane, podnosząc głos:

Przyszłyśmy porozmawiać zaczęła stanowczo pani Halina.
Słucham, o co chodzi?
Pani mąż, wychodząc na papierosa, wpuścił do domu nieznajomego mężczyznę, który potem pukał po sąsiadach i proponował dorabianie kluczy do domofonu!
Mój mąż nie pali i w ogóle nie schodzi na papierosa. odpowiedziałam stanowczo. Nigdy nie robił takich rzeczy.
Ale sąsiadkom nie dało się wytłumaczyć, bo były przekonane o swojej racji.

Kiedy Piotr wrócił z pracy i usłyszał o tej sytuacji, postanowił przestać być tak bierny jak dotychczas i poszedł wyjaśnić sąsiadom, że nie życzymy sobie podobnych oskarżeń i awantur pod naszym adresem.

Po tej rozmowie sytuacja nieco się uspokoiła. Nadal nie odzywali się do nas na klatce, ale przynajmniej skończyły się bezpodstawne zarzuty i konflikty.

Z tej historii wyniosłam jedną ważną lekcję w zatłoczonych polskich kamienicach czy blokach warto być asertywnym, ale też próbować zrozumieć innych. Czasem lepiej spokojnie wyjaśnić sprawę niż pozwolić na narastanie nieporozumień. Wspólnota zaczyna się w domu i sąsiedztwie, a dla harmonii trzeba czasem odpuścić dumę i zrobić pierwszy krok ku zgodzie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Sąsiedzi z naszej warszawskiej kamienicy postanowili pokazać nam, kto naprawdę rządzi blokiem – bez …