Sąsiadka nocami wynosiła worki mojego obornika. Wczoraj hojnie dosypałam tam drożdży

Sąsiadka podbierała mi obornik workami po nocach. Wczoraj hojnie dosypałam tam drożdży.

Znowu biegałaś do mojej pryzmy z wiadrami? to nie było pytanie, tylko oczywisty fakt.

Lidka, sąsiadka zza płotu, nawet nie drgnęła brwią. Stała pośrodku swojego warzywniaka, oparta o motykę, patrząc na mnie takim wzrokiem, jakby to ją właśnie spotkała największa niesprawiedliwość osiedla.

Grażynka, nie przesadzaj, przecież masz tego tyle, że pół wsi by obdzieliła! Serio ci żal dla koleżanki z podstawówki?

To nie skarby, Lidziu. To dwa tysiące złotych za rozrzutnik z dostawą wskazałam zmniejszającą się górę na tyłach ogródka i to na mojej działce, wiesz?

No zjedz się tym obornikiem! przewróciła oczami teatralnie. Phi, parę wiader dla ogórasków A ja mam emeryturę, że wstyd na oczy ludziom się pokazywać rozumiem, że nie wszyscy mogą sypać kasą, jak co niektóre.

Lidka zawsze trafiała w czuły punkt. Umiała zrobić z siebie ofiarę: rząd winny, pogoda, wiatr znad Odry, a nawet i ja, bo pomidory miałam czerwone dwa tygodnie przed nią.

Wróciłam do kuchni, wściekła jak osa. Tu nie chodziło o same wiadra czy pieniądze wkurzała mnie jej bezczelność i to, że miałam być chyba ostatnią naiwną.

Każdej nocy, tuż po drugiej, rozlegał się znajomy szelest. To nie było wiadereczko. Lidka działała z rozmachem: pakowała mój obornik w grube czarne worciaki, tachała je, jakby szykowała się na oblężenie.

Tadek siedział przy stole, żuł kanapkę i rozwiązywał krzyżówkę.

Znowu wyżerała? zagaił, nie podnosząc głowy.
Znowu. I jeszcze stwierdziła, że jestem chytra.
To postaw jej pułapkę.
A potem będziemy się tłumaczyć, czemu sąsiadka straciła nogę? Tu trzeba sprytu, nie brutalnej siły.

Odsunęłam zasłonę i popatrzyłam na jej szklarnię powód zawiści całej ulicy. Lidia uwielbiała opowiadać, że ma specjalny szczep i lekką rękę. No fakt lekką, zwłaszcza do cudzych pryzm.

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Słyszałam wycie psa, cykanie świerszczy, a potem znów: szur szur. Łopata wbijała się w compost z takim chrupem, że aż zęby zgrzytały. Przykrywałam pryzmę folią, dbałam, a ona jak do siebie.

Rano wyszłam na ganku Lidka już harowała w swoich grządkach.

Siema, Grażynka! zaświergotała. Patrzę, u ciebie cukinie żółkną, nie chorują?

Aż promieniała po śladach było widać, że znowu wyniosła z trzy worki.

Dzień dobry, Lidka. Doczekasz się.

Poszłam do szopy i zauważyłam na półce wielką żółtą paczkę drożdży kupione na zasilanie truskawek oraz cukier. Plan sam złożył się w głowie.

Lidka pakowała łupy w budowlane worki i trzymała w szklarni żeby dojrzewały. A tam było teraz ciepło i wilgotno idealnie na fermentację.

Nalałam do wiadra ciepłą wodę, wsypałam resztki cukru i dużą paczkę drożdży. Zabulgotało, zapachniało bimbrem i sprawiedliwością.

Po zmroku, gdy sąsiadka jeszcze nie ruszyła na łowy, obeszłam posesję z drugiej strony. Wiedziałam, którędy zwykle się prześlizguje przez dziurę w siatce. Tam właśnie wylałam drożdżowy kisiel, starannie mieszając wierzch kopca. Skoro lubi cudze niech dostanie gratis od serca.

Wróciwszy do domu, umyłam ręce, położyłam się i poczułam jak wszystko wraca do równowagi.

Co tak się szczerzysz? mruknął Tadek sennie.
Będę miała kolorowe sny odpowiedziałam, nakrywając się kołdrą.

Noc minęła cicho. Ani jednego szelestu widocznie Lidka była wyjątkowo ostrożna.

Ale rano nie było kawy, nie było śpiewu ptaków. Był za to ryk, jakby dzik kogoś rozszarpywał za płotem.

Tadek, w samych slipach, zerwał się do okna.

Co się wyrabia?! krzyknął, przecierając oczy.

Założyłam szlafrok, wyszłam na ganek i poczułam w powietrzu lekko kwaskowaty zapach. Lidka stała przy swojej nowiutkiej szklarni z poliwęglanu, szeroko otwartej.

Sąsiadka wyglądała ekstrawagancko. Cała w plamach, jakby ktoś cisnął w nią kakaową bombą. Podeszłam do płotu z autentycznym zdziwieniem.

Co się stało, Lidziu? Rurę ci wywaliło?

Odwróciła się struchlała, cała upaćkana.

To wybuchło! Grażyna! To żyło! wyszeptała.

Zaglądam przez siatkę i ledwo się powstrzymałam od gwizdu. W szklarni dosłownie strefa katastrofy. Gdzie jeszcze wczoraj spokojnie spoczywały worki z łupem, zrobił się festiwal eksplozji.

Drożdże w ciepłym, zamkniętym worku zaczęły pracować ciśnienie rosło, aż w końcu fizyka wygrała z wyobraźnią. Siup! Plastik nie wytrzymał; zawartość prysnęła wszędzie na ściany, sufit, nawet prosto na jej ukochane papryki. A pośrodku stała ona główna bohaterka porannej inscenizacji.

I co ci wystrzeliło? spytałam z niewzruszonym spokojem.

Worki! Weszłam sprawdzić i jeden walnął! Zaraz drugi! Co tam domieszałaś, Grażyna?!

Ja? zrobiłam wielkie oczy. Lidziu, to mój obornik na mojej działce. Nic nie dodawałam tylko to, co krowa dała.

A jak znalazł się u ciebie w workach w szklarni to bardzo interesujące

Lidka zamarła. Widać było, jak liczy w głowie: przyznać się, że kradzione, czy powiedzieć, że swoje i ośmieszyć się na amen?

To sabotaż! wykrztusiła w końcu. Chciałaś mnie otruć!

Czym? Gnojówką? wzruszyłam ramionami. Może to aura u ciebie nie taka? Albo klątwa? Przecież sama twierdzisz, że masz lekką rękę.

Tadek tylko spojrzał na pobojowisko i uciekł do domu, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Lidka chwyciła wąż i zaczęła myć z siebie oznaki własnej przedsiębiorczości.

Woda spływała po szlafroku, ale smrodek trzymał się przylepiony. Nie był to zapach zwykłego nawozu. To był duch porażki!

Cały dzień po ulicy krążyły pogłoski o wybuchach u Lidki. Jedni gadali, że pędzi wódkę, inni o meteorytach. A ona do wieczora szorowała szklarnię. Musiała wynieść całą rozsadę i dosypać nową ziemię to, co powstało, zabiłoby nawet mutanty z Nizin Mazurskich. Wieczorem nie wyszła z herbatą na ganek wydarzenie bez precedensu.

Po tygodniu zamówiłam kolejną ciężarówkę obornika. Góra leżała jak zwykle za domem. W nocy cisza jak makiem zasiał. Nawet mysz się nie skrada.

Rano Lidka przeszła obok mojego płotu, dumnie patrząc w drugą stronę. Teraz kupowała nawóz w ogrodniczym w kolorowych opakowaniach, sama za swoje.

Hej, sąsiadko! Jak tam papryki, rosną? zawołałam.

Zatrzymała się, spojrzała na mnie. W oczach nie żal, nie skrucha tylko strach przed każdym podejrzanym produktem bakteryjnym.

Rosną. Dam radę, bez twoich cudownych patentów.

I dobrze. W razie czego przepis już znasz!

Warknęła pod nosem i niemal biegiem do domu. A ja wróciłam, zaparzyłam sobie mocną kawę i poczułam, jak wszystko wskakuje na swoje miejsce. Nie triumfowałam i nie pańszczyznę świętowałam. Po prostu moje jest moje, cudze nie rusza.

Granice wyznacza nie wysokość płotu, tylko lekcja, z której korzysta każdy po swojemu. Lepiej nie grzebać w cudzym, jeśli nie znasz konsekwencji.

A suchych drożdży mam teraz zawsze zapas na najwyższej półce. Bo kto wie. Może jeszcze jakiś chrabąszcz zechce sprawdzić, ile mam cierpliwości i fantazji.

Oceń artykuł
TwojaCena
Sąsiadka nocami wynosiła worki mojego obornika. Wczoraj hojnie dosypałam tam drożdży