Rozstajemy się z moim narzeczonym. On wmawia wszystkim, że to przez jedzenie.
Kilka tygodni temu wprowadził się do nas na chwilę jego siostrzeniec Tomek. Okazało się, że planował zostać, dopóki nie znajdzie pracy w Warszawie. Oczywiście, miałam swoje wątpliwości, ale mieszkanie było narzeczonego, więc stwierdził, że siostrzeniec ma prawo u nas mieszkać. Nie miałam nic do powiedzenia tak naprawdę.
I to byłoby w porządku, gdyby ten siostrzeniec chociaż próbował się jakoś odwdzięczyć. Ale nie, on tylko leży i je. Wszystko, co wystarczało naszej rodzinie na trzy dni, znika u niego przy jednym posiłku!
Oczywiście nie pomaga w zakupach ani w gotowaniu. Moje dziecko ma specjalną dietę, a ten pasożyt nawet jego jedzenie zagarnia, choć jest specjalna półka w lodówce i naklejki, że to dla małego.
Pewnego dnia, po powrocie do domu z pracy, z głodnym dzieckiem po przygotowaniach do szkoły, zastałam pustą lodówkę, choć poprzedniego dnia cały wieczór gotowałam i zrobiłam zakupy.
Jakie miałam wyjście? Postanowiłam tym razem postawić na swoim, wszczęłam awanturę.
Tomek wstał wtedy i uśmiechał się, a mój narzeczony był nieugięty – rodzine trzeba pomagać. A co z nami, naszym dzieckiem?
W nerwach spakowałam walizki i wyjechałam do mojej mamy. Policzyłam wszystko, moja pensja i alimenty starczą na godne życie i jedzenie, a mama wkrótce przejdzie na emeryturę i też będzie wspierać. Tak więc podjęłam decyzję.
Narzeczony teraz dzwoni i prosi, abym wróciła, bo koszty jedzenia są astronomiczne, a nikt w domu nie gotuje.
Ale ja wiem jedno, dziecko zasługuje na stabilne środowisko i odpowiednie warunki do rozwoju. Nie mogę pozwolić, aby ktoś inny wykorzystywał moją dobroć i zaradność.
Tymczasem ten nieszczęsny siostrzeniec nie zamierza szukać własnego mieszkania. Na pewno nie wrócę, ale ta naiwność i prostota mężczyzn zadziwiają: jeden je, drugi cierpi, a winna jestem ja.
A co byście zrobili na moim miejscu, zostalibyście z nim czy rozstalibyście się?




