Puste życie Kasi

Śnieg nie palił już nagich stóp Danuta przestała je czuć. Tylko wiatr smagał twarz, ręce i szyję, przedzierał się przez pierś zakrytą tylko nocną koszulą. Siwe włosy, nasiąknięte śniegiem, zrobiły się ciężkie jak sopelki lodu. Gęsta zawieja świszczała i szarpała na oślep, a Danuta nie wiedziała już, dokąd idzie, błądząc po własnym podwórku. Oparłszy się plecami o zamarznięte deski płotu, spleciła ramiona na piersi i zaczęła żałośnie szlochać:

Żebym już umarła, Boże, zabierz mnie… żebym już umarła…

Pewnie by tej nocy umarła, zamarzłaby na śmierć, gdyby nie sąsiadka Halina, która wyszła sprawdzić krowę czy aby nie zaczyna się cielić? Zobaczyła uchylone drzwi u Danuty i światło sączące się przez szparę.

Danusia! To ty się tam kręcisz po ciemku?

Ale Danuta tylko stała w kącie podwórka, zasłonięta przez drzewa i zaspy śniegu, i, zaciskając oczy, powtarzała w kółko, jakby się zacięła: umrzeć”, umrzeć”…

Halina wybiegła z własnego podwórza, przeleciała przez furtkę Danuty.

Danusia, gdzie jesteś! Danuta, na Boga… Danusia!

Ale nawet gdyby chciała, Danuta nie mogła odpowiedzieć. Jęknęła, osunęła się wzdłuż płotu i, coś mamrocząc, położyła rozczochrane, siwe głowy na kolanach. Skuliła się. Po wklęsłych, szarych policzkach płynęły łzy. Potem ktoś podniósł ją i próbował zaciągnąć, lecz nie dało rady zesztywniała, skostniała babula.

A żeby cię, stara durna! Zaraz wracam! rozbrzmiał głos Haliny, która pognała po swojego męża. We dwójkę zaciągnęli Danutę do chałupy.

Od tego czasu Danuta leżała. Rano przyszła młoda pielęgniarka, dziwiąc się, że w takim wieku, dziewięćdziesiąt jeden lat, nawet przeziębienie jej nie złapało tylko odmrożone stopy.

Zapewne do szpitala trzeba nachyliła się nad twarzą staruszki Wezwać karetkę?

Danuta smutno spojrzała na czarne włosy dziewczyny, jej zaróżowione od mrozu policzki i stanowczo pokręciła głową.

Nigdzie mi nie trzeba. Tu będę leżeć. Nie trać ze mnie, dziecinko, czasu. Nic nie trzeba mi. Idź już z Bogiem.

Tak przeleżała dwa tygodnie. Po co, dlaczego wtedy wyszła w noc, boso i w samej koszuli na dwór? Wszyscy mówili, że Danuta zachorowała przez własną bezmyślność, ale ona sama czuła w tym coś niepokojącego, niemal przeznaczenie. Wcześniej, wieczorem, siedziała na łóżku, przy mdłym świetle żarówki, i spruwała wełnianą skarpetę. Palce sprawnie działały, znały robotę na pamięć. Myśli były daleko. Wzrok utkwiony w jeden punkt na ścianie, usta ściągnięte dziwnym, martwym uśmiechem do wspomnień.

Nic dobrego nie było w jej życiu od dzieciństwa. Praca i wieczna bieda, tylko jeden promień światła przebił się przez to królestwo niedostatku krótki, jedyny wybuch miłości.

Nazywał się Grzegorz.

Grzesiu… Grzesieńku… szeptała stara kobieta przez na wpół zaciśnięte usta i jeszcze szerzej się, nie wiadomo do kogo, uśmiechała.

Czasem wydawało jej się, że śni na jawie, jak idzie na pole za lasem, gdzie kończył się majątek dziedziczki. Danuta mruży oczy, zasłaniając twarz dłonią od słońca, długo stoi, czekając. On obiecał, że przyjdzie. W duszy strach i nadzieja. I widzi w mgle żyta męską sylwetkę. Biegnie do niego całkiem szczęśliwa, wołając: Grzesiu! Grzesiu!”

Na tych marzeniach usnęła. W drugiej połowie nocy, nagle się przebudziła, niespokojnie wierciła na łóżku. Zerknęła w okno zawieja, szyby dygocą. Zrzuciła kołdrę, wyciągnęła ręce przed siebie i ruszyła po omacku do drzwi.

Zaraz wrócę, tylko na chwilę

Wyszła, popychając drzwi stopą, boso, nieprzytomna od snu. Spojrzała nieprzytomnie w białą zamieć nad wsią. Wyciągnęła rękę, jakby błagalnie:

Grzesiu…

Zimno przeszło przez jej ciało, aż do wnętrza. Bosymi stopami zeszła po lodowatych schodach, wyszła na ścieżkę. Patrząc tylko w głąb podwórka, zmierzała naprzód w śnieżycę, wołając go, walcząc z żywiołem.

Grzesiu, jestem! Grzesiu!

Dotarła do płotu, wyglądała poza niego, biegała wzdłuż, szukając aż poczuła, że stopy już odmarzają totalnie, jeszcze chwila, a nie ruszy już palcem. Pośpiesznie pobiegła do bramy, nadal się uśmiechając.

Zaraz… Jeszcze z tej strony spojrzę…

Ale bramy nie znalazła. Zakręciło ją po podwórzu. Straciła rozeznanie. Gdziekolwiek się nie rzuciła to drzewo, to sztacheta, to nogi zakopane w śniegu… I tak się zagubiła. I straciła nadzieję. Tam znaleźli ją sąsiedzi.

Przychodziła do niej Halina, przynosiła jedzenie, doglądała pieca. Przychodziła młoda pielęgniarka, robiła opatrunki, smarowała nogi śmierdzącą maścią, kazała mierzyć temperaturę. Wszystko robiła Danuta, jak kazali a potem, gdy zostawała sama, patrzyła pustymi oczami w sufit. Wsłuchiwała się w odgłosy z zewnątrz: szczekanie psów, zgrzyt sani, pokrzykiwanie dzieci wracających ze szkoły.

Często zapadała w drzemkę. Otwierała oczy a tu już dzień, albo znów noc. W piecu trzaskały szczapy. Z dachu nieśmiało kapało. Boże, kiedy umrę? Żebym już umarła… powtarzała w duchu.

Od dziecka wiedziała jedno: jej los to stroma, śliska skarpa, porośnięta cierniem. Z tego zbocza można tylko spadać w dół, boleśnie uderzając o korzenie i kamienie. Nikt nie poda ramienia, nie zatrzyma upadku, nie pomoże wspiąć się z powrotem ku słońcu. Tak żyli wszyscy i nie oczekiwała niczego innego. Przyzwyczaiła się, że życie to długi, męczący upadek, i można tylko zaciskać zęby, by nie krzyczeć.

W tym roku wiosna przyszła późna i wredna. Nie z ciepłem, a z lodowatym wiatrem i długimi deszczami, które zamieniły drogi w nieprzebytą breję. Śnieg stopniał dopiero w maju, odsłaniając szarą, zarosniętą błotem ziemię. Brzozy długo nie puściły liści, a sady stały czarne, martwe. Danuta, poprawiając na głowie ciężką chustkę, szła przez głębokie błoto, niosąc na nosidle dwa wiadra wody ze studni. Przelewała się ona na zmarznięte kałuże, polewając jej spękane, bose nogi. Po drugiej stronie ulicy, przy chwiejnym płocie, palili papierosy mężczyźni; rozmawiali przyciszonymi głosami, zerkając na nią, ale Danuta przeszła obok, nie podnosząc wzroku. Dawno nauczyła się być niewidzialna, częścią tego ponurego krajobrazu.

Danuta! krzyk babki Agnieszki, gospodyni z dawnego dworu, z którą razem służyły dziedziczce, przeszył wilgotne powietrze. Ton był ostry, rozkazujący, nie znoszący sprzeciwu. Leć do sklepu! Powiedz Kazimierzowi, że ma dać atłasu dla panienki. Najładniejszy, w kwiaty! I kwiatów narwij! Goście z miasta na wieczór przyjeżdżają!

Danuta cicho ustawiła wiadra na ganku, starając się nie uronić kropli cennej wody i, otrząsnąwszy ręce w brudny fartuch, ruszyła w stronę rynku. Miała dwadzieścia dwa lata, ale zdawało się, jakby życie dawno już przeszło obok niej, nie dotykając nawet rąbkiem sukni. Dwanaście lat temu, po śmierci ojca i matki, przygarnęła ją oschła, krzykliwa wdowa-dziedziczka za kawałek chleba. Danuta była wtedy wychudzoną, przerażoną dziewczynką, co każdej uwagi się bała. Teraz wyrosła na wysoką, milczącą dziewczynę o silnych, spracowanych rękach i oczach bez blasku.

Pracowała od świtu do zmierzchu. Do bólu nóg i szumu w uszach. Rozłupywała drewno na deszczu, doiła kozy w lodowatej szopie, miesiła glinę do pieca, prała w przerębli do utraty czucia w palcach. Pieliła ogród w blasku letniego słońca, zbierała porzeczki i maliny tak wielkie, że kręciło się w głowie od ich zapachu ale żadnej nie wolno było zjeść. Pani liczyła każdą jagodę, a za zniknięcie krzycząc uderzała pokrzywą: To nie dla ciebie, darmozjadko! Danuta oduczyła się patrzeć na boki, wyrywała chwasty ze złością, zaciskała usta, by nie rozpłakać się, i próbowała przypodobać się właścicielce, by choć czasem dała jej święty spokój. Cały dzień śmigała po ogrodzie, pod koronami drzew. Jagód nie ruszała. W soboty grzała wiejską banię, dźwigała z rzeki ciężkie beczki z wodą, rozgrzewała piec do czerwoności, aż w oczach mieniło się na czerwono. Potem szorowała plecy dziedziczki ostrą gąbką, aż sama ledwo stała na nogach, z mdłością w gardle. Stara panna powoli się obracała, oferując raz jedno, raz drugie ramię, każąc wycierać jej ciało. Danucie kręciło się w głowie, ledwo czuła ręce. Nieraz babka ją pochlastała po boku albo, w lepszym humorze, poklepała po policzku, nazywając pociągową klaczą. Danuta przywykła. Nie znała innego życia i nie oczekiwała żadnego. Obca ściana odgradzała ją od ludzi mur z obojętności i zmęczenia. Nie przejmowała się, jak wygląda, kto do niej mówi, ani jakimi łachami ją od święta obdarowano. Była obojętna wobec plotek, zalotów chłopców i dziewczęcych pogaduszek. Nigdy nie odpoczywała bez roboty, a dziedziczka już dawno nie potrafiła jej zastąpić.

Pewnego dnia, gdy Danuta, wspięta na stołek i wyginając silne ciało, pucowała wysokie lustro, stara dziedziczka rzuciła nieoczekiwanie:

Danusia, może wydać cię za mąż? Chciałabyś?

Danuta zsunęła się z taboretu, wyżymała szmatkę i obojętnie odparła:

Jak pani chce.

Albo zostaniesz starą panną?

Wszystko mi jedno.

O! klasnęła w ramię dziedziczka. Lepiej być starą panną. Bo dzieci narobisz, krzyk i zamieszanie jak nic! Z takim zadkiem z dziesięcioro zaciągniesz! Trafiło ci się z tym zadem, lepiej niż mojej Polci…

Zaczęła się żegnać, wspominając o córce, ale zaraz wołanie z pokoju przerwało jej rozważania.

Dla Danuty rozmowa ta nie miała żadnego znaczenia. Jej dusza spała twardo, bez czucia i pragnień, uwięziona za bliżej niepojętym murem. Była zdrowa, silna, ale nie żywiła żadnych pragnień dla siebie. Z czasem i mężczyźni i chłopcy przywykli do jej ciężkiej urody i obojętnych oczu, tracąc wszelki pociąg. Stary stajenny Wincenty w końcu powiedział: Ona nie dla ludzi, ta piękność, tylko dla Boga. Tak mogłoby zostać, gdyby nie przypadek Danuta raz przeskoczyła przez swój mur, by zajrzeć w świat ludzi.

Zdarzyło się to na początku czerwca. Powietrze nasyciło się już zielenią, na dworze czekano na ważnych gości. Panienka miała przyjmować kawalera z miasta, ponoć przyszłego narzeczonego. Danutę wysłano na łąkę po margerytki. Schodząc po zroszonej trawie, natknęła się na nieznanego chłopaka. Był w eleganckiej kamizelce na haftowanej koszuli, w świecących butach. Miał zuchwałe oczy i nażelowane, starannie przyczesane włosy. To był Grzegorz, stajenny z sąsiedniego majątku, przyjezdny z panem kawalerem. Stał, przyglądając się jej, jak się koniowi na targu przygląda.

Szczęść Boże, piękna uśmiechnął się, wolno sunąc wzrokiem po jej silnych, opalonych ramionach i piersi napiętej pod spłowiałą bluzką.

Danuta nawet na niego nie spojrzała. Odeszła na bok, by go minąć, ale on zrobił to samo.

Na co stoisz? mruknęła, patrząc pod nogi.

Jak ci na imię?

Kto chciał, to zna. Tobie wiedzieć nie trzeba rzuciła i przeszła, jakby go wcale nie było.

Grzegorz nie odpuszczał. Zjawiał się, ilekroć jego pan przyjeżdżał na rozmowy. Słychać było jego śmiech na podwórzu, Danuta czuła ciężki wzrok na plecach, gdy bieliła ściany czy myła góry naczyń. Raz tuż przy studni, raz w szopie, raz przy tylnych drzwiach i zawsze jakieś głupawe zaczepki, żarciki; próbował ją łaskotać, ona zaś tylko się odsuwała, jakby nie istniał. Raz, gdy weszła do pustej stodoły po mąkę, nagle wyskoczył zza drzwi i złapał ją w pół, przyciskając do worków. Danuta nawet nie pisnęła, lecz nagle szarpnęła się tak mocno, że odleciał na ścianę i rozbił głowę o podporę. Spojrzała na niego z góry ze spokojną, zimną obojętnością:

Musiałeś się napatrzyć…

Poprawiła chustkę, otrzepała spódnicę i bez słowa wyszła. Grzegorz długo siedział z zbolałą głową, patrząc za nią. W jego oczach pojawiło się coś nowego nie tylko pożądanie, ale tępa ciekawość. Zawsze miał do czynienia z dziewczynami, które same się pchały. Ta była inna twarda, zamknięta.

A Danuta? Nie można powiedzieć, że nie czuła nic, ale kobiecych uczuć do Grzegorza też nie miała. To, co się w niej przebudziło dzięki niemu, było dziwne, nieznane. Myśli jej nie zaprzątał stał się bodźcem do jakiegoś przebudzenia. Chciało jej się żyć, tak po prostu.

Zaczęła częściej się uśmiechać. Pragnęła znów to dziwne uczucie tę nową nutę w piersi poczuć. Wstawała przed świtem, by oglądać mgły nad łąką, doiła krowę, patrzyła długo, jak słońce rozświetla las, jak rosa błyszczy na liściach. Chciała rzucić się w zieloność i śmiać się bez powodu, za samą młodość i siłę. Ale zaraz biegła do roboty. I tak minął miesiąc.

Zaloty Grzegorza nie miały powodzenia chyba poza pocałunkiem wykradzionym w piwnicy, po którym dostał mocnego policzka. Raz Danuta, wylewając wodę, uśmiechnęła się do niego ukradkiem; raz widział, jak patrzyła na niego przez okno Niczego to nie znaczyło, ale jemu wystarczyło nadziei. Lecz historia ta nie była długa.

Pewnego razu Grzegorz wstawił się za chłopcem, przyłapanym na kradzieży w dworskim ogrodzie. Dziedziczka kazała stajennemu wychłostać dzieciaka. Danuta, widząc to, stanęła jak wryta; cała twarz jej zadrżała. Podbiegła, chciała podstawiać własne ręce pod bicz, ale stajenny ją odepchnął. Wtedy chwyciła polano chciała uderzyć od tyłu. Zgromadzenie zamarło. Nagle dopadł Grzegorz wydarł stajennemu bicz i krzyknął:

Wynocha stąd! Sam panience powiem, co i jak! Wynocha!

Kobiety rzuciły się do płaczącego chłopca, próbując go pocieszyć. Chłopiec szlochał:

Mama mi wczoraj zmarła… zmarła!

Słysząc to, Danuta zatkała ręką usta. Jakby cegłą w twarz przypomniało jej się własne dzieciństwo. Pobiegła do swej komórki, rzuciła się na łóżko, trzęsąc się od szlochu. Palce wczepiły się w zmechaconą pierzynę. Płakała z żalu do siebie, z bezsilności, z tęsknoty za czymś, czego nigdy nie miała i nawet nazwać nie umiała.

Grzegorz ją znalazł. Przyszedł cicho do jej kącika, usiadł obok. Nie gadał, tylko objął drżące ramiona. I ona, pierwszy raz w życiu, nie odepchnęła. Przytuliła się, czując ciepło jego ciała. Łzy cieknęły jej jeszcze po twarzy, ale już się nie szarpała. Siedziała cicho, słuchając jego oddechu, w końcu szepnęła:

A co tam jest, za lasem? Co dalej?

Miasto odpowiedział zdziwiony pytaniem. Duże miasto, domy, sklepy, kościoły.

A jeszcze dalej?

Kolejne miasto, a potem, mówią, morze. Daleko gdzieś.

Zamilkła. Morza nigdy nie widziała nawet rzekę przepłynąć się bała. Ale nagle zatęskniła za tym morzem. Zamarzyła uciec stąd, gdzie ją bili, gdzie harowała po łokcie i nazywano pociągową klaczą, nawet imienia nie mając. Zachciała być człowiekiem. Obróciła się do Grzegorza, wzięła go za twarz swymi spękanymi rękoma i patrząc mu prosto w oczy, pierwszy raz zapytała:

Zabierzesz mnie? Ożenisz się ze mną?

Grzegorz się zmieszał. Był lekkomyślny, lubił popisywać się przed dziewczynami, ale na poważne decyzje nie był gotowy. Kręcił się, tłumaczył, że poczekać trzeba, że nie tak łatwo, że pieniędzy nie ma. Ale Danuta już go nie słuchała. Coś w niej pękło stała się inna, odważna, niecierpliwa, niemal szalona we własnej nagłej desperacji. Sama ciągnęła go do siebie, sama całowała, szeptała, że może wszystko znieść, byle być przy nim. Tamtej nocy zgubiła swój miedziany krzyżyk noszony od dzieciństwa zerwał się sznureczek i wpadł w ciemność. Nie szukała go. Widać tak już ma być powiedziała cicho.

Grzegorz przyjeżdżał jeszcze dwa razy. Spotykali się ukradkiem w stogu, w piwnicy, za wsią w łozinach. Danuta rozkwitła chodziła swobodnie, z podniesioną głową, na twarzy rumieniec i nieśmiały, nowo nabyty uśmiech.

A potem wszystko się skończyło. Ślub panieńki odbył się hucznie, z wódką i harmonistą, a młody pan zabrał żonę do miasta. Grzegorz wyjechał razem z nimi. Danuty nawet pożegnać nikt nie zawiadomił. Dowiedziała się od kucharki: Twój już pojechał, Danutka. Z panem. Szukaj go wiatru w polu.

Danuta czekała. Wieczorami wychodziła na drogę, patrzyła w piaszczystą ścieżkę prowadzącą do lasu. Stawała godzinami, trzymając ramiona skrzyżowane na piersi, patrząc w dal, aż słońce zachodziło i na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Jadła coraz mniej, coraz mniej spała. Piękna twarz wychudła, oczy się zapadły, paliły gorączkowym blaskiem. Babka Agnieszka pomstowała, szturchała ją, nazywała idiotką, ale Danuta tylko się głupkowato uśmiechała. Była przekonana: wróci. Czuła to w każdej, zmęczonej komórce swego ciała.

Minęło lato gorące, parne, z burzami i ulewami. Przyszła jesień, mglista, szara, z nieskończonym słotami i gubiącymi się liśćmi. Danucie spodobało się patrzeć na daleki pas horyzontu, gdzie lasy sięgają nieba. Wydawało się jej, że kiedyś w końcu Grzegorz wróci. Nikogo o niego nie pytała. Gdy ją zagadnięto, tylko się uśmiechała. Dla niej wszystko tłumaczyły złe siły nie pozwalały mu być przy niej. Wiedziała też, że skoro w tej szarej biedzie był choć krótki jasny czas, kiedy całowała Grzegorza, to musi i on tego pragnąć. Na pewno. Trzeba tylko czekać. Mówiła krótko, mało. Niemal cały czas wyglądała na zamyśloną, nerwowo śpieszyła z pracą, żeby jak najwięcej zrobić. W wolnych chwilach siedziała i patrzyła przez okno nie patrząc na nic. Dni, miesiące, lata zlewały się w jeden zamazany czas. Danuta czekała.

Pewnego październikowego dnia, kiedy drzewa stały nagie, a pola poczerniały, Danuta grzebała się w już własnym ogródku, gdy nagle podniosła głowę. Na skraju pola, tuż pod lasem, zobaczyła samotną sylwetkę mężczyzny. Serce jej stanęło. Była pewna, że to Grzegorz. Porzuciła łopatę i pobiegła, nie czując nóg, wymachując ramionami i krzycząc ochrypniętym głosem:

Poczekaj! Pocze-kaj!

Mężczyzna nawet się nie obejrzał; chyba nie słyszał. Danuta dobiegła do przepłyniętej rzeki, zdezorientowana krążyła po brzegu. Pływać nie umiała, a on był już po drugiej stronie. Wspięła się na kłodę leżącą nad wodą, z dłonią przy czole patrzyła tęsknie za uciekającą sylwetką. Bała się zapłakać żeby nie zniknął, nie rozpłynął się we mgle łez. Już nie było widać jasnej głowy, tylko zarys sylwetki, malejącej, znikającej w dali. Danuta stanęła na palcach, wyciągała się, by choć troszkę być bliżej. Wytężała wzrok ale już nic nie dostrzegła, tylko zieloną, bezkresną łąkę.

Znalazła ją sąsiadka, gospodyni okopująca maliny. Podeszła do Danuty i westchnęła:

Co tak siedzisz? Po co pobiegłaś?

To był Grzegorz powiedziała Danuta bez odwrócenia głowy.

Jaki Grzegorz?

Stajenny… Z panem młodym kiedyś przyjeżdżał.

Z tego byłego majątku? Coś ty, po co ci on?

Czekam na niego.

A na co czekać? wzdychała kobieta. On dawno rozstał się z dawnym życiem, żonaty jest grubo od wojny. Mieszka w Zajączkach, jak mieszkał. Podobno już niedomaga, dzieci ma kupę, żona ledwo sobie radzi. A może i już nie żyje, taki schorowany był. Po co płaczesz?

Ha-ha-ha! zaśmiała się nagle Danuta, siedząc w błocie. Włosy w nieładzie, spódnica podwinięta, kolana białe w słońcu. Śmiech był ostry, rozpaczliwy.

Wariatka, jeszcze się śmieje! kobieta przeżegnała się. Może i już na cmentarzu, a ona się śmieje. Tfu!

On młody, ładny, zdrowy Danuta wskazała na siebie. Oczy błyszczały gorączkowym blaskiem. A wiesz, kto ja jestem?

Kto?

Jestem jego żona! Dzieci nie mamy, bo w ciąży nigdy nie byłam.

Głupia, ile lat minęło, jak był młody! Już pod pięćdziesiątkę! kobieta pociągnęła ją za ramię. Chodź już.

Danuta patrzyła na nią mętnymi oczami:

Po co kłamałaś? Po co?

Biedna” pomyślała sąsiadka, cofając się. Oszalała, nie daj Boże skrzywdzić i szybko się przeżegnała, oddalając się od obłąkanej Danuty.

Od tego dnia cała wieś otwarcie uznała ją za pomyloną. Danuta już nie płakała, nie czekała rozdzierająco. Pracowała wciąż cicho na swoim zagonie, jeszcze zawzięciej niż dawniej, jakby próbując pracą zagłuszyć ból. W wolnych chwilach siadała na ganku i patrzyła na las, za którym wyobrażała sobie morze. W oczach miała pustkę tak wielką, że wszyscy przeżegnywali się na jej widok.

Dopóki jeszcze nie całkiem ją starość złamała, w samym środku czerwca, kiedy w powietrzu unosił się zapach kwiatów i lip, Danuta wkładała czystą, świeżą koszulę, uczesywała długie włosy z pasmami siwizny, wychodziła na łąkę i długo stała, patrząc przed siebie tam, gdzie niebo stykało się z niebieskim lasem na horyzoncie. Stała prosta, choć już nie piękna, a jej sylwetka miała w sobie coś tak starego, czekającego całe wieki. Jeśli ktoś z ciekawości pytał, na kogo czeka, odpowiadała cicho, z lekkim uśmiechem:

Na moje szczęście. Tam jest, za lasem. Grzegorz mój obiecał dziś przyjechać.

O, święta naiwność! Biedna kobieta!

A tylko wiatr szumiał w koronach drzew, cicho płynęła rzeka, a daleko, za lasami i miastami, szemrało dla niej nieznane morze, którego nigdy nie zobaczyła, znając je tylko z nazwy i ze snów.

Skrzypnęły drzwi jej chałupy. Halina przyszła do pieca. Danuta spojrzała jej pustymi, wyblakłymi oczami.

No i jak? Nogi lepsze? zagadnęła Halina.

Babcia wymruczała niewyraźnie. Halina przysunęła się bliżej.

Co? Nie słyszę!

…żebym już umarła… Nie, już nie wróci. Tylko umrzeć pozostało…

Oceń artykuł
TwojaCena
Puste życie Kasi