Zima nie szczypała już gołych stóp Danuta dawno przestała je czuć. Tylko wiatr smagał twarz, ręce i szyję, przeszywał klatkę piersiową ledwie osłoniętą nocną koszulą. Siwe włosy, oblepione śniegiem, ciążyły niczym sople. Gęsta zamieć świszczała i raziła, a Danuta już nie wiedziała, dokąd idzie, błąkając się po własnym podwórzu. Przylgnęła plecami do zamarzniętego płotu, spleciła ręce na piersi i jęknęła:
Żeby już umrzeć! Weź mnie, Panie Boże Umarłabym już
I pewnie odeszłaby tamtej nocy, zamarzając na śmierć, gdyby nie sąsiadka Lucyna, która wyszła sprawdzić krowę czy nie zaczęła się cielić. Zauważyła, że drzwi u Danuty stoją otworem, a przez szparę świeci światło.
Danusia! Ty tam się kręcisz w tych ciemnościach?
Ale Danuta stała tylko w kącie podwórza, ukryta za drzewami i świszczącym śniegiem, zaciskając dalej oczy i powtarzając bez przerwy: umrzeć, umrzeć
Lucyna rzuciła się do bramy, wbiegła na podwórko.
Danuta, gdzie jesteś? Danuto, matko boska, co ty wyprawiasz?!
Danuta nawet gdyby chciała, nie mogła już odpowiedzieć. Westchnęła tylko, osunęła się po płocie w dół i coś niezrozumiale mrucząc, opuściła rozczochrane, posiwiałe włosy na kolana. Skuliła się. Po jej zapadniętych, szarych policzkach spływały łzy. Potem ktoś ją podniósł i próbował zaciągnąć, ale gdzie tam sztywna już była ze starości i zimna.
No ty głupia babo! Poczekaj, już lecę! rzuciła Lucyna i pobiegła do domu po męża. W dwójkę wciągnęli Danutę do izby.
Danuta z tego już nie wstała. Rano przyszła młoda pielęgniarka, zdziwiona, że w takim wieku, dziewięćdziesiąt jeden lat, nawet się nie przeziębiła, tylko stopy miała odmrożone. Nachyliwszy się nad Danutą spytała:
Powinnam panią zabrać do szpitala. Chce pani, żebym wezwała karetkę?
Stara kobieta smutno spojrzała na jej gęste, czarne włosy, różowe policzki, i uparcie pokręciła głową.
Nie trzeba mi nigdzie. Tu zostanę. Nie trać na mnie, dziewczyno, czasu. Nic mi nie potrzeba. Idź z Bogiem.
Leżała w ten sposób dwa tygodnie. I po co, dlaczego wyszła tej nocy na podwórko boso, w koszuli? Wszyscy uważali, że to jej własna głupota, lecz ona widziała w tym coś tajemniczego, niemal losowego. Wieczorem, na dzień przed tym wszystkim, siedziała na łóżku przy nikłym świetle i pruła stary, wełniany skarpet; jej palce znały tę pracę na pamięć. Myśli były bardzo daleko, wzrok utkwiony w ścianę. Uśmiechała się jakoś dziwnie, do dalekich wspomnień.
Od dziecka nie spotkało jej w życiu nic dobrego. Tylko praca i bieda, jeden ciężki dzień za drugim, wszystko ciemne, aż jeden raz rozbłysnął promyk szczęścia przelotny, nieuchwytny akt miłości.
Jego imię brzmiało Grzegorz.
Grzesiu Grzesieńku szeleściła niezgrabnie staruszka, uśmiechając się jeszcze szerzej, coraz niewyraźniej.
Czy jej się to śniło, czy jawą było, że idzie przez pole za las, tam gdzie kończył się majątek dziedziczki. Utrząsała oczy dłonią od słońca i patrzyła w dal, czekając. Obiecał, że przyjdzie. W piersi mieszkał strach i nadzieja. Zobaczyła w migotliwej mgle postać. Rzuciła się, szczęśliwa, wołając: Grzesiu! Grzesiu!
Przy tych marzeniach zasnęła. W nocy obudziła się, poruszyła niespokojnie w łóżku. Spojrzała w okno zamieć, szyby brzęczą. Rzuciła koc na bok, wyciągnęła ręce przed siebie i po ciemku, błądząc ścianą, doszła do drzwi.
Zaraz wrócę, już idę
Wyszła, pchnęła drzwi nogą, bosa, nieprzytomna. Wytrzeszczała wzrok w oślepiający biały wir nad wsią. I znowu wyciągnęła rękę: jakby prosiła:
Grzesiu!..
Lód przeniknął ją aż do wnętrza. Bosymi stopami dotknęła lodowatych schodków, zeszła na ścieżkę. Szła przed siebie, za płot, walcząc z żywiołem.
Grzesiu! Jestem tu! Grzesiu!
Podeszła do płotu, zagląda na drogę, biegnie wzdłuż, tam i z powrotem I wtedy poczuła, że nogi już odmawiają posłuszeństwa. Chciała wrócić, ale nie mogła. Zgubiła się. Tylko śnieg, płot, drzewa Tak ją znaleźli sąsiedzi.
Lucyna przychodziła, przynosiła jedzenie, rozmawiała, rozpalała w piecu. Była też młoda pielęgniarka, zmieniała bandaże, smarowała śmierdzącą maścią stopy, kazała mierzyć temperaturę. Danuta robiła, co trzeba, ale gdy zostawała sama, patrzyła w sufit pustym wzrokiem. Nasłuchiwała dźwięków z zewnątrz: szczekanie psów, skrzypienie sań, śmiechy dzieci.
Coraz częściej dusił ją sen. Otwierała oczy: świt albo noc, polana w piecu strzelały, z dachu kapało nieśmiało. Boże, kiedy ja już umrę? Umarłabym powtarzała.
Jeszcze jako mała dziewczynka zrozumiała jedną rzecz: jej los to stromy, błotnisty stok zarosły cierniem. Można tylko staczać się w dół, obijając o twarde korzenie i kamienie, bez nadziei na pomocną dłoń. Tak żyli wokół wszyscy, nie oczekiwała niczego innego. Przywykła, że życie to długie, męczące opadanie, i można tylko znieść to w milczeniu, zaciskając zęby.
W tamtym roku wiosna przyszła późno i marudnie. Zamiast ciepła zimne wiatry, deszcz, drogi zamieniły się w błoto. Śnieg zszedł dopiero w maju, odsłaniając szarą, zmęczoną ziemię jak stara, zużyta derka. Drzewa długo nie chciały puścić liści, sad był czarny, nagi, jakby wypalony. Danuta, z ciężkim mokrym chustką na głowie, szła przez błotną drogę od studni. Wiadra kołysały się na żerdzi, rozlewając lodowatą wodę na spękane bose stopy. Po drugiej stronie drogi, przy chwiejącym się płocie, stali mężczyźni, skuleni pod drobnym kapuśniakiem. Gadali półgłosem, spoglądając na nią, ale Danuta szła dalej, nie podnosząc oczu. Od dawna była przezroczysta, część szarego tła.
Danuta! zawołała babka Stefania, z którą kiedyś służyły u pani dziedziczki. Głos był nieznoszący sprzeciwu. Pędem do sklepu! Powiedz Wojtkowi, by odmierzył najlepszego płótna dla panienki. I nie guzdraj się! Wieczorem mają być goście z miasta, trzeba stół nakrywać. I narwij kwiatów!
Danuta cicho odstawiła wiadra na ganek, starając się nie rozlać ani kropli, starannie obtarła brudny fartuch i ruszyła w kierunku skraju wsi. Miała dwadzieścia dwa lata, ale czuła jakby życie już ją pominęło. Dwanaście lat temu, po śmierci ojca i matki, zgorzkniała wdowa, dziedziczka, przyjęła ją do pomocy za kromkę chleba. Danuta wtedy była chudą, zalęknioną dziewczynką, drżała na każdy szmer, każdy krzyk. Teraz wyrosła na silną, śniadą dziewczynę z ciężkimi od pracy dłońmi, zawsze spuszczonymi oczami, w których dawno zgasł ostatni blask.
Pracowała od świtu do zmroku, do zadzwonienia w uszach i bolących nóg. Rąbała drzewo w jesiennym deszczu, doiła kozy w zimnym kurniku, dłubała glinę do pieca, prała w przerębli, póki palce nie traciły czucia. Plewiła ogród pod słońce, a wielkie, kuszące owoce porzeczek i malin zwisały tak blisko, że aż kręciło się w głowie od zapachu, ale nie wolno było zjeść ani jednej dziedziczka liczyła każdy owoc, a za niedobór karała pokrzywą: Nie dla ciebie to rośnie, łajzo! Danuta nauczyła się nie patrzeć na boki, wyrywała chwasty z wściekłością, zaciskała wargi, żeby nie płakać. Starała się być dobra by choć czasem zostawić ją w spokoju. Całymi dniami jej drobne plecy migały wśród gęstwin ogrodu, a wielkie, soczyste owoce kusiły i tylko prosiły, by je zerwać. Danuta jednak znosiła to wszystko.
W soboty paliła w bani. Dźwigała ciężkie wiadra z rzeki, rozgrzewała kamienie do utraty tchu, aż dostać można było zawrotów głowy, a przed oczami latały czerwone kręgi. Potem w dusznym, parnym wnętrzu szorowała grubą szczotką szerokie, miękkie plecy pani. Czasem aż robiło jej się ciemno przed oczami. Babka przewracała się leniwie, jedno ramię, potem drugie, i kazała wciąż szorować. Potem wycierała ją do sucha, pomagała ubrać się w czyste, dźwigała do domu. Miała od tego mętlik w głowie, czuła mdłości. Babka zrzędziła, szczypała ją w bok, a czasem, mając lepszy nastrój, klepała ją po policzku i nazywała wołem roboczym. Danuta była do tego przyzwyczajona. Innego życia nie znała, o innym nie marzyła. Nawet nie czuła urazy. Jakaś twarda, niewidzialna ściana oddzielała ją od świata ściana znużenia i pogrzebanych nadziei. Było jej wszystko jedno: jak wygląda, co kto mówi, nawet dziewczęce spotkania wydawały jej się obce. Mężczyźni i chłopcy też się do niej przyzwyczaili, już nie mieli żadnych myśli czy ochoty. Stary stajenny Józef powiedział raz: Jej uroda nie dla ludzi, tylko dla Boga. I tak by pewnie i zostało, gdyby nie jedno wydarzenie.
Stało się to na początku czerwca; w powietrzu wreszcie dało się poczuć lato, a łąki rozkwitły zielenią. Oczekiwano gości. Młoda panna, blada i słaba, miała przyjąć młodego panicza z miasta, co mówiono przyjechał na zaloty. Danutę posłano na łąkę po polne kwiaty do salonu. Zeszła w dół, ostrożnie stąpając bosymi stopami po śliskiej trawie, gdy nagle na ścieżce stanął jej naprzeciw obcy chłopak. Był w granatowej kamizelce na białej koszuli, czarne włosy z pomadą błyszczały nawet w pochmurny dzień. To był Grzegorz stajenny z sąsiedniego majątku. Stał rozstawiając nogi i patrzył na nią, jakby ją wyceniał na targu.
Dzień dobry, ślicznotko rzucił z uśmiechem, przyglądając się jej dużym, opalonym ramionom i wysokiej piersi opinanej wyblakłą bluzką.
Danuta nie spojrzała mu w oczy. Cicho odeszła w bok, chcąc go ominąć, ale zagrodził jej znów drogę.
Czego tu stoisz? mruknęła, patrząc pod nogi.
A jak ci na imię?
Kto wysoko wołał, ten wie, ty nie musisz i już na niego nie patrząc minęła go bez słowa.
Grzegorz nie odpuszczał. Przez kilka tygodni przyjeżdżał co sobotę z paniczem. Danuta słyszała jego głośny, pewny siebie głos, czuła jego lepki wzrok gdy bieliła ściany albo zmywała naczynia. Zjawiał się to przy studni, to przy stodole, to z tyłu pod gankiem. Rzucał żarty, próbował ją uszczypnąć, a ona zawsze ucinała to milczeniem, jakby go nie widząc. Raz, gdy weszła do pustej stodoły po mąkę, złapał ją nagle i przycisnął do worków. Danuta nawet nie krzyknęła. Odezwał się w niej odruch, jakiś prastary instynkt: odepchnęła go tak mocno, że poleciał do ściany, uderzając głową o słup. Nawet się nie wystraszyła; spojrzała na niego z góry z lodowatym spokojem.
Ale z tobą się porobiło
Poprawiła chustkę, otrzepała spódnicę i wyszła. Grzegorz siedział długo, pocierał głowę i patrzył za nią. W jego oczach pojawiło się coś nowego: już nie tylko pożądanie, ale i dzikie zaciekawienie. Przywykł do pokornych dziewuch, a ta ni to wół, ni święta była twardsza niż myślał.
A Danuta? Nie można powiedzieć, że była obojętna, ale to, co działo się w jej sercu, było zupełnie nowe. Nie myślała o nim ani nie marzyła był raczej jakimś zapalnikiem do przebudzenia. Czymś jasnym, ożywczym.
Danuta częściej się uśmiechała. Chciała znów poczuć tę cichą, kłującą radość, którą niechcący w niej wzbudził. Wstawała wcześniej, żeby zobaczyć wschód słońca, doiła krowę, patrzyła przez okno jak mgła tli się nad trawą, rosa błyszczy na listkach. Pragnęła rzucić się w tę zieleń i śmiać się lecz zaraz wracała do obowiązków. Tak minął miesiąc.
Zaloty Grzegorza nie przynosiły skutków raz tylko wywalczył pocałunek w piwnicy, po czym Danuta spoliczkowała go tak mocno, że ochota mu przeszła. Ale nie ustawał. Któregoś dnia, kiedy nosiła wiadra z wodą, chciał jej pomóc, a ona uśmiechnęła się do niego cicho. Innym razem długo patrzyła na niego z okna, gdy krzątał się przy koniach. Dla niej to niewiele znaczyło, ale Grzegorz się nie poddawał. Ich historia jednak długo nie trwała.
Pewnego razu Grzegorz stanął w obronie chłopca przyłapanego na kradzieży w majątku. Dziedziczka kazała go wychłostać. Danuta widząc to, zadrżała cała i podbiegła, gotowa podstawić własne ręce, ale stajenny ją odepchnął. Wtedy chwyciła drąg i chciała go powstrzymać. Tłum zamilkł. Podejście przerwał Grzegorz, który wyrwał stajennemu bat i uderzył go w brodę.
Idź stąd! Ja pani wszystko opowiem! Wynoś się!
Baby rzuciły się otoczyć chłopaka, wypytywać, jak się nazywa, pocieszać. Chłopak szlochał.
Moja mama wczoraj umarła Umarła!
Danuta na te słowa zamarła. Jakby cegłą dostała w twarz wróciły jej wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. Chwyciła się za szyję, zerwała zerwany sznurek z krzyżykiem i uciekła do swojej izby. Rzuciła się na łóżko. Trzęsła się od łkania, palce zaciskały się w sienniku. Płakała z żalu do siebie, z bezsilnej złości, z tęsknoty za czymś, czego nigdy nie miała, nawet nazwać nie umiała.
Grzegorz ją odszukał. Skradając się, wszedł do izby, usiadł obok. Nie gadał, tylko objął ją za ramiona. Ona, pierwszy raz w życiu, nie odepchnęła go. Przytuliła się, czując ciepło jego silnego ciała. Jeszcze łzy spływały jej po policzkach, ale płacz ucichł. Siedziała w milczeniu, wsłuchana w jego oddech, aż zapytała szeptem:
A co tam, za lasem? Co dalej?
Miasto odpowiedział, lekko zdziwiony pytaniem. Wielkie miasto. Kamienice, sklepy, kościoły.
A potem?
Potem inny świat. Pociągi. A dalej morze, mówią. Gdzieś daleko.
Zamilkła. Nigdy nie widziała morza, rzekę przepłynąć się bała. Ale nagle zapragnęła je ujrzeć. Chciała uciec stąd, gdzie ją bito, popychano, gdzie nazywano ją wołem i nawet imienia jej nie pamiętano. Chciała być człowiekiem. Złapała Grzegorza za twarz, spojrzała mu w oczy jak nigdy:
Zabierzesz mnie stąd? Weźmiesz za żonę?
Grzegorz się speszył. Był lekkomyślny, lubił popisać się przed dziewczynami, lecz na poważniejsze kroki nie miał odwagi. Kręcił, mówił, żeby poczekać, żeby zarobić trochę grosza. Ale Danuta już go nie słuchała. Jakby przestała być sobą stała się nagle odważna, niecierpliwa, nawet szalona. Sama go przytulała, całowała, szeptała, że gotowa na wszystko, byle z nim odejść. Tamtej nocy zgubiła swój miedziany krzyżyk sznurek pękł, i upadł gdzieś w ciemności. Nawet nie szukała. Widać tak miało być powiedziała dziwnym, prawie uroczystym głosem.
Grzegorz przyjechał jeszcze dwa razy. Spotykali się ukradkiem: w stodole, w piwniczce, za wsią w wiklinach. Danuta rozkwitła, zaczęła chodzić inaczej, z podniesioną głową, a w oczach rozbłysnął blask, na policzkach pojawił się rumieniec. Uśmiechała się nieśmiało i niepewnie, jakby się dopiero tego uczyła.
Potem wszystko się skończyło. Wesele panny odbyło się hucznie, z muzyką, a młody panicz zabrał żonę do miasta. Grzegorz naturalnie również pojechał z nimi. Danucie nikt nie powiedział. Dowiedziała się od kucharki: Wyjechał twój, Danutko. Tylko wiatr został na gościńcu.
Danuta czekała. Codziennie wieczorem wychodziła na drogę, wlepiała oczy w zakurzoną wstęgę prowadzącą do lasu. Stała, z rękami założonymi na piersi, patrzyła długo, aż zapadł zmierzch i pierwsze gwiazdy. Przestała jeść, przestała spać. Jej ładna twarz schudła, oczy zapadły i paliły się gorączką. Stefania przeklinała, popychała, rzucała w nią miską, ale Danuta tylko uśmiechała się błogo. Była pewna: wróci. Musi. Czuła to każdym upodlonym nerwem swojego ciała.
Minęło lato, upalne i burzowe, nadeszła jesień. Danuta zaczęła patrzeć na linię horyzontu, gdzie las sięgał nieba. Wydawało jej się, że jak będzie czekać, Grzegorz wróci. Już nikogo nie pytała o niego. Jeśli słyszała, to nie rozumiała, uśmiechała się. Wiedziała: jeśli było coś pięknego w tym smutnym życiu, jeśli najwięcej pragnęła tych dni, kiedy całowała Grzegorza, to i on tego też pragnie. Trzeba tylko czekać. Pracowała jak szalona i gdy mogła, siedziała, wpatrzona w dal. Dnie, miesiące, lata mieszały się w jedną szarość. Czekała.
Pewnego końca października, gdy drzewa stały już nagie, a pola czerniały od wilgoci, Danuta krzątała się na swoim ogródku, gdy nagle uniosła głowę. Na końcu pola, na skraju lasu, dostrzegła samotną męską postać. Serce jej przystanęło. To musiał być Grzegorz. Upuściła łopatę, biegła ile sił, z rozpostartymi ramionami, wykrzykując chrapliwym głosem jego imię:
Zaczekaj! Zaczeeeekaj!
Mężczyzna nawet nie spojrzał, pewnie nie słyszał. Dobiegła do rzeczki wezbranej od deszczu, nie umiała pływać. Stanęła na brzeżku i przez dłoń patrzyła za oddalającą się sylwetką. Bała się zapłakać, by nie zniknął wraz ze łzami. Już rozmył się w oddali, już nie widziała nic, tylko bezkresną zieloną łąkę.
Znalazła ją sąsiadka, krzątająca się przy malinach.
Co siedzisz, babo, po co lecisz?
To był Grzesiek odrzekła Danuta.
Jaki Grzesiek?
Stajenny co dawniej przyjeżdżał z paniczem.
Z sąsiedniego dworu? I po co ci on?
Czekam.
A na co czekać, babo. On dawno żonaty, mówiłam ci, mieszka w Okuniewie, jak dawniej. Pewnie już dawno nie żyje, podobno kaleką został, głód, bida dzieci gromada.
Nie łgaj wyrzekła Danuta i w głosie jej brzmiało okropne szaleństwo.
Skąd łżę? Głupia jesteś! Ludzie widzieli, leży chory. Tyle lat minęło, już mu pewnie pięćdziesiątka stuknęła. Ty co się śmiejesz?
Cha cha cha! huknęła Danuta, siedząc w trawie. Włosy w nieładzie, spódnica podwinięta, nagie nogi białe na słońcu. Śmiać się zaczęła głośno, dziwnie, nie po ludzku.
Głupia, jeszcze się śmieje sąsiadka przeżegnała się szybko. Pewnie już nie żyje, a ona się cieszy.
Młody, piękny, zdrowy pokazała na serce a ja? Wiesz kto ja?
Kto?
Jego żona. Dzieci nie mamy, bo nie byłam z nim brzemienna.
Głupia, ile lat temu to było! Dawno temu!
Danuta patrzyła mętnymi oczami na sąsiadkę:
A po co ty kłamałaś? Po co?
Biedna pomyślała tamta baba, cofając się szybciej. Wariatka, niech cię Panie Boże chroni.
Od tego dnia wieś otwarcie uznała ją za pomyloną. Danuta już nie płakała ani nie czekała w dawnym, rozpaczliwym sensie. Pracowała jeszcze ciężej niż dawniej, jakby próbowała udusić ból ciężką robotą. Gdy mogła, siadała na progu i gapiła się na las, za którym według niej było morze. W oczach miała pustkę, aż ludzie się żegnali i omijali ją z daleka.
Póki jeszcze nie do reszty złamała się starością, nawet w najcieplejszy letni dzień, gdy powietrze pachniało piwoniami i lipami, Danuta zakładała czystą koszulę, rozczesywała swoje siwe już włosy, wychodziła na łąkę i długo patrzyła przed siebie tam, gdzie niebo stykało się z linią lasu. Stała nieruchomo, już bez urody, ale jeszcze prosta, jakby wrastała w ziemię i czekała nie latami, a wiekami. Gdy ktoś z litości lub ciekawości pytał, na kogo tak czeka, odpowiadała cicho z jasnym uśmiechem:
Na szczęście. Jest za lasem. Grzesiu mój dziś miał przyjechać.
Ot, baba biedna, pomieszana!
I tylko wiatr szumiał w koronach drzew, rzeka leniwie płynęła, a gdzieś bardzo, bardzo daleko, za lasami, za polami, za miastami szumiało nieznane jej morze, o którym tylko słyszeć mogła.
Skrzypnęły drzwi chaty. Lucyna przyszła rozpalić w piecu. Danuta popatrzyła na nią pustymi, wyblakłymi oczami.
No jak tam twoje nogi? spytała Lucyna.
Stara kobieta coś wymamrotała.
Co? Nie słyszę!
…umrzeć by już Nie, on już nie wróci. Tylko śmierć mi została
Człowiek w życiu może tak cicho zgasnąć, że świat nawet nie zauważy. I dziś już wiem szczęścia się nie doczekałem, ale nauczyłem się jednego: lepiej szukać życia tam, gdzie można je odnaleźć, niż przez całe dekady czekać na to, co dawno minęło. Czas nie wraca, a serca stygną szybciej niż śnieg na dachu.



