Przypadkowe spotkanie
Puchówka Urszuli grzała już tylko na dole. Puch zbił się, a z wierzchu kurtka przypominała cienki płaszczyk, przez który wszelkie wiatry hulały swobodnie. Dół ratowały wełniane spodnie i stare filcowe buty, a na ramiona przez rękawy narzucała gruby, wełniany szal, żeby nie zmarznąć zupełnie.
Samochód, którym miała wrócić do domu i na który liczyła, zawiódł tym razem Jola, koleżanka z handlu, nie dojechała. Stały więc we dwie otoczone torbami na poboczu i łapały okazje. Ich bagaże i tak nie zmieściłyby się do jednego auta, więc rozeszły się każda w swoją stronę, próbując szczęścia osobno.
Kiedy Urszula pracowała jeszcze u kogoś, nie martwiła się takimi rzeczami. Ale pieniędzy wiecznie brakowało samotnie wychowywała dwójkę dzieci i ostatnio coraz częściej ruszała na handel z Jolą. Więcej pieniędzy w jej życiu się nie pojawiło, a towar przywieziony jeszcze nie został sprzedany. Problemów za to przybyło.
Towar trzeba było rano zawieźć na targowisko, wieczorem go stamtąd zabrać do domu, a potem taszczyć na czwarte piętro, latając na raty, o ile akurat syn nie był w domu i nie mógł pomóc.
Jeszcze niedawno śpiewała w głos Zmieniajmy świat!, a teraz te zmiany wkradły się do jej życia bardzo nieproszonym sposobem zakład, w którym pracowała, zamknięto, jej miejsce skreślono z listy. Mąż już dawno przepadł, więc nie zostało nic innego jak ruszyć na handel choć zawsze zarzekała się, że to jej zupełnie nie odpowiada.
Stała więc przy drodze, w mokrej brei śniegu pod nogami, w gruncie rzeczy całkiem jeszcze młoda kobieta, lecz z popękanymi wargami, zaczerwienioną twarzą od ciągłego stania na zimnie, a z oczu ciekły łzy od zimnego wiatru.
Samochody pryskały brązową wodą z kałuż na boki, omijając ją szerokim łukiem. Urszula starała się nie patrzeć na ten szary syf pozwalała sobie patrzeć na dachy domów i gałęzie drzew, gdzie śnieg jeszcze był czysty i biały. W jej życiu wystarczająco dużo brudu nie warto nawet zatrzymywać na tym wzroku.
Znów machnęła ręką łapiąc auto i w końcu obok zatrzymał się brudny jak wszystko wokół opel na gdańskich numerach.
Na Grunwaldzką za rozsądną cenę? spytała otwierając drzwi i natychmiast zamarła.
Poznała go od razu. Jakby te wszystkie lata wcale nie minęły. Niewiele się zmienił, a jeśli już, to tylko jeszcze bardziej się przystojniał. Ten sam poważny, nieco tajemniczy wzrok, lekko uniesione brwi, cień uśmiechu.
Zanim otrząsnęła się z zaskoczenia, on wysiadł, szybko wrzucił jej torby do bagażnika.
Osiadła ciężko na przednim fotelu, poprawiła szalik i odruchowo zaczęła się tłumaczyć przed sobą już niemal gotowa tłumaczyć się i jemu, czemu akurat dzisiaj wygląda tak żałośnie. Bo on musiał ją przecież poznać.
A może…
Tyle lat… ile?
***
Miała wtedy dwadzieścia dwa. Skierowano ją na praktyki przed dyplomem do leśnictwa gdzieś pod Radomiem. W Warszawie czekał już na nią narzeczony Rafał wszystko zaplanowane: praktyka, dyplom, ślub.
Co mogłyby zmienić trzy miesiące praktyk? Zupełnie nic…
Zamieszkała u Marii, starszej kobiety, która także pracowała w leśnictwie i opiekowała się starym, półgłuchym teściem. Urszula była otwarta, łatwo zjednała sobie Marię i razem czuwali nad staruszkiem.
Kiedyś, na jej oczach, staruszek zasłabł. Pobiegła po pomoc a w wiosce nikogo nie było. I akurat ulicą jechał traktor. Zatrzymała pojazd ruchem dłoni, z traktora wyskoczył młody, dobrze zbudowany chłopak. Wysoki, poważny, miał ten dziwny magnetyczny spokój.
Wpadli do domu, chłopak podniósł dziadka i zaraz z Urszulą wsiedli do traktora. Bała się wtedy, czy dowiozą go na czas. Zdążyli do felczera, a tam akurat podjechała karetka. Chłopak także wsiadł do ambulansu, zostali razem do końca.
Dopiero gdy już wszystko było dobrze, zaczęli rozmawiać. Okazało się, że pracuje w tej samej instytucji, mieszka w sąsiedniej wsi. Nazywał się Wojtek.
Ale późno już było. Dziadka zostawili w szpitalu, a sami musieli szukać miejsca na nocleg.
Chodź. Mama kolegi mieszka niedaleko. Przenocujemy, a rano wrócimy ze wszystkimi do wsi.
Urszula przeczuwała, że chłopak jest w porządku, zgodziła się. I naprawdę spała jak dziecko na puchatych pierzynach u pani Basi, bardzo gościnnej kobiety.
Przy śniadaniu dowiedziała się, że Wojtek był raz żonaty, ma synka, a eks-żona odeszła zostawiając mu dziecko. Przy pracy prowadzi hodowlę świń, sprzedaje mięso, buduje dom od podstaw. Czuła, że gospodyni ją podpytuje licząc, że Urszula zainteresuje się Wojtkiem.
Ale ona tylko się uśmiechała. Miała przecież narzeczonego: świeżo upieczonego inżyniera, młodego i zdolnego. I w ogóle nie rajcowały jej rozwody ani dzieci.
Po tej przygodzie coraz częściej wpadała na Wojtka: tu na zrębie, tam w stołówce, czasem zwyczajnie na ulicy. Maria dobrze go znała, dziadka ze szpitala też z nim razem przywiozła.
Spodobałaś się Wojtkowi, mrugnęła do niej kiedyś Maria. Zapytałam go, aż spłonął jak gimnazjalista. Uważam, że pasujecie do siebie.
Daj spokój! Przecież mam Rafała.
Narzeczony, a nie mąż. A Wojtek to solidny facet. Całą chlewnię sam postawił. Sprzęt kupuje. No i ma synka, tylko matki mu brakuje.
Urszuli ściskało się serce. Bo coraz częściej, mimowolnie, szukała go wzrokiem. Był postawny, konkretny, wokół niego zawsze jakaś energia, coś przyciągającego. I wszyscy traktowali go z szacunkiem.
A porozmawiaj z Prudnikiem, doradzali starzy leśnicy.
Tu, na praktykach, była gościem, wysoko postawiona panienka z miasta, szczupła, elegancka, w płaszczu o prześmiesznym, beżowym kolorze zbyt jasnym na tutejsze błoto. Raczej unosiła się nad nim, niż chodziła. Przy niej mężczyźni prostowali się, ważyli słowa, stawali poważniejsi.
Pani Urszulo, podwiozę.
Wcale nie było daleko od leśnictwa do wsi, ale lał deszcz, więc podeszła z Wojtkiem do traktora.
A kto pilnuje Twojego synka? spytała, bo dla niej mężczyzna z dzieckiem to był już ktoś dorosły, choć był od niej starszy może dwa lata.
Przejdźmy na Ty, dobra? Synek jest z mamą. Sąsiadka zagląda do nich, czasem prowadzi do szkoły. Radzimy sobie…
Jak ma na imię?
Staś, odparł z ojcowską czułością, Rozkręcony jak dynamit, trzeba mieć oko. Babcia narzeka. Spojrzał na nią: Nie podoba Ci się u nas?
Skąd! Ciekawe miejsce…
Jak się pogoda poprawi, wszystko się zazieleni. Wtedy dopiero zobaczysz, jakie tu piękne okolice. Rzekę mamy… Tylko latarnie nocą nie działają. Ale to naprawimy.
Jechali już ciemną ulicą. Gmina oszczędzała na prądzie, latarnie nie świeciły z tym naprawimy Wojtek brał na siebie odpowiedzialność za całą wieś.
Ach, wtedy nie rozumiała, że to odpowiedzialność jest najważniejszą cechą mężczyzny.
Jego zaloty stały się jawne. Wpadał z drwami do Marii, woził leki dla dziadka. Urszula walczyła z sobą.
Nie mogła wyobrazić sobie życia na wsi. W mieście niewiele ją trzymało, poza Rafałem i przygotowaniami do ślubu. Wyobrażała sobie, jak matka przeżyje, że jej córka inżynierka przyprowadzi do domu rozwiedzionego wieśniaka hodującego świnie.
Zostaniesz w tej wsi? dziwiła się, unosząc brwi.
Wyobrażała sobie minę matki, która odkłada na wesele każdy grosz.
Wieczorami, przy szczekaniu psów i wiatrowych podmuchach, Urszula wyobrażała sobie życie u boku Wojtka. Czuła, że by ją kochał, szanował, był wdzięczny, gdyby zaakceptowała synka. Że będą mieli też swoje dzieci, do niego podobne.
Ale to wszystko wydawało się bardzo dalekie. Był przecież Rafał, złote obrączki już kupione, sprawa zamknięta. Czuła wstyd nie można tak zawieść ludzi.
Lecz rosnące napięcie ta niejasna, słodka emocja rodzącego się uczucia, w połączeniu z wiosną, mieszały jej w głowie.
Wydawało się, że Rafała nigdy naprawdę nie kochała, a Wojtka kocha bardzo. To, że narzeczony czekał w domu, dodawało dramatyzmu, który czynił ich relację jeszcze bardziej romantyczną.
I kiedyś, w szczególnie emocjonalnej chwili, łzy w oczach, sama sprowokowała bliskość. Nie rozumiała, skąd się to wzięło czy to pożegnanie z przeszłością, czy z tą pierwszą wiejską miłością. On najpierw protestował, ale w końcu uległ.
Dla niej to był pierwszy raz ale całość była tak piękna, że nie żałowała.
Ciągle jednak nie mogła się zdecydować. Głupota? Naiwność? A może brak doświadczenia życiowego.
Ale oto pewnego dnia, kiedy szła po wodę do studni, spotkała przysłowiowy przełom. Zobaczyła jasnowłosego chłopczyka wdrapującego się na cembrowinę. Groziło to nieszczęściem. Urszula przyspieszyła kroku.
Ej, co ty robisz! Nie wolno tam wchodzić, możesz spaść. Gdzie Twoja mama?
Rozejrzała się. Drogą biegła jakaś dziewczyna szara, niewyraźna. Chłopiec spojrzał na Urszulę gniewnie, wyrwał się jej i rzucił w spódnicę dziewczyny z żałosnym płaczem.
On się niemal wpakował, ja tylko…
Staś, nie płacz, mówiłam ci. Znasz zasady.
Dziewczyna spojrzała na nią trochę smutno, nieprzyjaźnie.
Zagapiłam się. Uciekł. Dziękuję.
Wzięła chłopca i odeszła.
Staś? Czyżby to syn Wojtka…? Zrobiło jej się dziwnie. To obce dziecko takie nieprzystępne. Jak się z nim przywiązać, jeśli odpycha?
A po kilku dniach przyszła do niej mama Wojtka pani Barbara. Płakała i mówiła, że Staś przywiązał się do tej dziewczyny, Ewy biednej, wychowywanej przez babkę, że Ewa kocha Wojtka, a wszystko było dobrze, zanim Urszula pojawiła się we wsi rozbijaczka rodzin.
Urszula była zdumiona. Rozbijaczka ona? Przecież to Wojtek o mało nie rozbił jej zaręczyn! Czuła się raczej pokrzywdzona, a nagle zobaczyła, że była powodem czyjegoś nieszczęścia.
Wojtek błagał, żeby została. Odprowadzał na stację, powtarzał, że matka z Ewą wymyślają niestworzone rzeczy, że Ewa nie jest dla niego. I tak było cicha, nieśmiała, przy nim nikła zupełnie.
Ona milcząca, jakby zawsze zawstydzona, stwierdziła Maria, Zupełnie nie dla siebie. Ale Ty…
Urszula jednak była już obrażona i nie chciała słyszeć, że właziła komuś w życie. Ma swoje, miejskie. Wszystkie swoje wątpliwości zostawiła na peronie, już go wtedy nie słuchała wracała do narzeczonego.
Takim go potem zapamiętała: koszula w kratę, szerokie barki opuszczone; na czole zmarszczka, wzrok zgaszony. Stał długo na peronie.
Płakała w pociągu.
Życie jednak leczy. Wyszła za Rafała, życie rozkręciło się na nowo.
**
Osiadła znów na tym brudnym fotelu przedniego siedzenia, poprawiła szalik i poczuła, że chce się tłumaczyć przygotowana na to, że wyjaśni, dlaczego dziś wygląda tak nieatrakcyjnie. On też musiał ją poznać.
Albo Może bardzo się zmieniła? Przytyła, usta spierzchnięte, śmieszna puchówka, szalik…
Ile to już lat?
Szesnaście. Tak, minęło szesnaście lat.
Początkowo jechali w milczeniu.
Eh, pogoda nie do życia, rzuciła, kiedy jakiś passat ochlapał ich wodą z kałuży.
To tylko w mieście tak. Za miastem czysto, drogi przejezdne, odśnieżone.
Bywa Pan tam często?
Często. Takie czasy, kursuję.
Dziękuję za podwiezienie, bo dzisiaj samochód zawiódł. Ja zwykle też jestem zmotoryzowana, ale… Oczywiście zapłacę.
Spojrzał na nią tym tajemniczym wzrokiem z dawnych lat, w którym była nutka żalu. I zrozumiała poznał ją.
Cześć, powiedziała cicho.
Cześć, Urszulo.
Poznałeś mnie? Myślałam, że już nie pamiętasz.
Pamiętam, odparł poważnie, patrząc na drogę.
A pod żebrami Urszuli ścisnęło się coś od tego głosu, rąk, spojrzenia. Zrobiło jej się gorąco, zdjęła szalik z głowy.
Jak się miewasz, Wojtku? wydusiła.
Zamilkł na chwilę, jakby odpędzał wspomnienia.
W porządku. Kręci się jakoś. Ty zresztą też widzę…
Nadal w leśnictwie?
Nie, uśmiechnął się, Leśnictwa już nie ma. Upadło z początkiem lat dziewięćdziesiątych. Teraz na swoim.
Teraz to chyba najlepiej. A Ty, masz farmę?
I farmę, i małą firmę. Mięso, wyroby garmażeryjne.
Teraz wszyscy handlują…
Przypomniała sobie, jak widziała nazwisko Prudnik na etykiecie kiełbasy Zakłady Mięsne Prudnik. Wtedy jeszcze się uśmiechnęła, że może ktoś o tym samym nazwisku.
Twoje wędliny? Te z Prudnika?
Tak. Nie smakują?
Ależ smakują! Mama specjalnie za nimi jeździ. Nie spodziewałam się… Naprawdę gratuluję.
Jakby chciał się usprawiedliwić za sukces, zaczął: Zaczęliśmy od małej hodowli, potem była okazja dużo ludzi bez pracy, rozbudowałem fermę. Potem już i sklep, i zakład, no i jakoś poszło.
Gratuluję, zrobiło jej się głupio. Ona w przylizanym puchowcu, filcach i kaloszach, kiedyś damulka z miasta, a on dawny traktorysta, teraz szef własnej, dobrze prosperującej firmy. Zamienili się miejscami.
Jak Twój synek?
Wojtek uśmiechnął się.
Już trzech.
Trzech synów?
Tak. Twój dorósł?
Syn i córka, przyznała Urszula, ocierając pot z czoła.
Staś w wojsku, sporo przeżyliśmy jeździł na niebezpieczne misje. Ewa całkiem posiwiała, ale wraca tej wiosny, chwała Bogu. Środkowy syn w technikum, najmłodszy jeszcze w piątej klasie.
Ewa… czyli jednak ożenił się z tą cichą Ewką.
Chciała mu teraz powiedzieć, jak bardzo żałuje tamtego wyboru. Jak nie raz płakała przez lata. Teraz, widząc go, jeszcze bardziej.
Rafał okazał się marnym mężem. Na początku jeszcze trzymał fason, pracował jako inżynier, wyprowadzili się nawet pod Wrocław, mieli służbowe mieszkanie. Dzieci małe, trudności niemało ale wszystko było do przejścia.
Rafał jednak pokłócił się z przełożonym, odszedł, wpadł w pijaństwo. Stracili mieszkanie, musieli wrócić do teściowej. Potem zastali bez dachu nad głową i wtedy Urszula złożyła pozew o rozwód i wróciła do matki. Tata dawno nie żył, wsparcia już mieć nie mogła.
Chciała mu to opowiedzieć, ale powiedziała tylko:
Mój Kacper w dziesiątej klasie. Córka w ósmej. Czas leci…
Leci…
Milczeli. O rzeczach najważniejszych chciało im się obojgu mówić, ale każde bało się, że to ważne tylko dla nich samych.
Urszula poczuła ukłucie winy wobec Wojtka, ale zaraz przypomniała sobie jego zapłakaną matkę i Ewkę właśnie dla nich się wycofała. Wtedy była obrażona, duma nie pozwalała jej zostać, ale teraz… była tylko smutna.
A jak Ty? zapytał nieco od niechcenia.
Ja? Skończyłam, zostałam sama z dziećmi. Teraz na swoim, poprawiła włosy, Jest ciężko, wiadomo.
Rafał…?
Pamiętasz go jeszcze? zdziwiła się.
Pamiętam, Urszulo. Widziałem cię jako pannę młodą. Jechałem samochodem za waszym orszakiem pod salę weselną.
Co?
Tak. Dzień przed ślubem Maria mi powiedziała, żebym się pogodził. Wsiadłem w auto, jechałem aż pod restaurację, ale nie odważyłem się wyjść. Wróciłem, oświadczyłem się Ewie.
O Boże. Gdybym wiedziała…
I dobrze, mówił z czułością, Wyglądałaś wtedy na bardzo szczęśliwą.
Przez chwilę, uśmiechnęła się przez łzy, Po pięciu latach byłam z powrotem u mamy.
Szkoda, pokręcił głową.
Przywykłam, dodała odważnie, Okazało się, że daję sobie radę. Dzieci mam czyste, uczą się dobrze. Na targu ciężko, zmieniam buty kilka razy dziennie, miejsce mam dobre przewiewne, ale klienci się schodzą.
Powiedziała to z dumą, by pokazać, że nie jest aż tak żałośnie, jak się może wydawać. Może nie dorobiła się tyle, co on, ale nie głoduje.
Wojtek siedział z marsową miną, słuchał w milczeniu.
Jak tam dom, jak Ewa?
Wzruszył ramionami, jakby myśli miał gdzie indziej.
Hm… Ewa piecze chleb.
Sama?
Kiedyś sama, teraz już i sklep, i piekarnia. Znasz może Stary Piec?
Oczywiście. Chyba raz byłam nawet. To ona tam…
Tak. Dla niej postawiłem. Umie wypiekać chleb, otworzyliśmy razem biznes.
I wtedy przypomniała sobie, jak czekała tam w kolejce, koleżanka pokazała jej właścicielkę drobna, zapracowana brunetka, w białym fartuchu i dziewczęcej fryzurze. Miała wtedy wrażenie, że już gdzieś ją widziała.
Wszystko się ułożyło.
Zbliżali się do jej bloku.
Jeszcze kawałeczek, ten budynek z cegły, zielona brama.
Ale Wojtek niespodziewanie zatrzymał się przy kwiaciarni. Wyskoczył, wrócił z pięknym bukietem białych chryzantem. Otworzył jej drzwi i położył kwiaty na kolanach jej wełnianych spodni.
Patrzyła na te kwiaty i rozmazywały jej się przed oczami. Szybko otarła łzy przecież twierdziła, że jest silną kobietą.
Pomógł jej z torbami, zaniósł na czwarte piętro po schodach, przez zniszczoną klatkę. A ona tuliła bukiet i czuła się zagubiona jak nigdy.
Wejdziesz? spytała cicho, choć wiedziała, że dom nieposprzątany, w każdym kącie porozkładany towar do sprzedaży, a w pokoju matka ze swoimi pytaniami.
I dobrze by było, gdyby się zgodził, zobaczył, zrozumiał, może pożałował.
Nie, Urszulo, muszę już jechać. Dużo mam dzisiaj na głowie, ujął ją za nadgarstek, przez chwilę ściskał z czułością, jakby na pożegnanie.
Zbiegł po schodach szybko.
Zawołać? Opowiedzieć?
Patrzyła za nim, rozumiejąc nagle, że jemu było jeszcze trudniej. Z tym odkryciem zrobiło jej się lżej.
Wciągnęła torby do mieszkania.
W drzwiach już stała matka pytania, problemy, rodzinne nowiny, a ona nic nie słyszała. Ciągle na przegubie czuła ciepło tamtej ręki. Zdejmowała buty, wieszała kurtkę, działała na autopilocie.
Mama kręciła się wokół, sypała wiadomościami, nie zauważała, że córka dochodzi do siebie.
Dopiero po chwili Urszula, już przebrana, spytała:
Mamo, pamiętasz jak przed ślubem opowiadałam Ci o chłopaku z moich praktyk? No, ten, co kiedyś jeździł traktorem… Pamiętasz?
Coś tam kojarzę. A czemu pytasz?
Bo dziś go spotkałam.
I co?
Pamiętasz te wędliny Prudnik, które tak chwalisz? To jego. A jego żona to właścicielka Starego Pieca.
Matka zamilkła z filiżanką w ręku, spojrzała na córkę z bólem w oczach. Milczała przez chwilę, po czym, jakby uspokajając siebie i Urszulę, powiedziała:
Przeznaczenia nie oszukasz. Gdyby się dało przewidzieć, ludzie by się pobili o szczęście.
I zrobiło się jej żal matki.
Oj, mamo. Żyjemy, jest OK. Dziś sprzedałam dwa garnitury, trzy kurtki. Damy radę, nie martw się.
To prawda, córko. Gdyby człowiek wiedział, gdzie upadnie, to by słomę podłożył. Wiesz jak to jest, matka zamyśliła się.
Wkrótce wrócił syn. Wysoki, poważny chłopak, o tajemniczym spojrzeniu. Urszula znowu zobaczyła w nim rysy jego prawdziwego ojca.
A cała rodzina uwierzyła wtedy, że jej trzykilogramowy syn urodził się siedmiomiesięczny nikt nie miał wątpliwości, nikt nie podejrzewał jej o lekkomyślność.
Chłopak usiadł do stołu.
Mamo, tylko się nie denerwuj. Znalazłem pracę w stadninie koni. Płacą od roboty, ale nie martw się, nauka nie ucierpi. Przysięgam, mamo
Urszula westchnęła. Jeszcze wczoraj by wymówiła swoje, dzisiaj…
Dobrze, Andrzejku. Jesteś dorosły. Każda praca to coś szlachetnego. Przydadzą Ci się pieniądze. Nie mam nic przeciwko.
Chłopak szczęśliwy zanurkował do talerza. Coś się zmieniło w jego mamie, choć nie wiedział jeszcze co. Ale było mu ciepło od tej matczynej zgody.
A Urszula długo nie mogła zasnąć. Nie płakała, nie żałowała, była opanowana. To dziwne uczucie nie dawało jej spokoju.
Patrzyła na białe chryzantemy, rozmyślała o losie, dzisiejszym spotkaniu, o tym, że każde z nich rusza dalej własną drogą.
Dawno temu tamto spotkanie podzieliło jej życie na pół przed i po. Teraz znowu miała to samo wrażenie.
Oboje będą mieli jeszcze swoje szanse i radości. Już się nie spotkają ale zawsze będą jakoś na siebie wpływać.
Wszystko, co się dzieje, ma swój sens.
Dzisiejsze spotkanie było właśnie po to by zrozumieć coś najważniejszego.



