Pamiętam, jak dawno temu jedna z moich znajomych, Agnieszka, trafiła do szpitala z chorobą, którą dzisiaj wszyscy już dobrze znają. Przebieg tej choroby był bardzo ciężki oba płuca miały poważne zmiany. Podczas gdy leżała na oddziale zakaźnym w szpitalu w Warszawie, straciła pracę. Kiedy wreszcie, po długich zmaganiach, wróciła do domu na Pradze, nikt nie oczekiwał od niej, żeby zaraz rzuciła się do szukania nowej posady. Zresztą, wtedy wszędzie była bieda, sytuacja w kraju niepewna, a każdy mocno trzymał się swojego stanowiska. Na dobrą pracę nie było szans, a nawet do spożywczaka jako kasjerka by jej nie przyjęli, bo organizm jeszcze nie doszedł do formy. Dlatego Agnieszka spokojnie rozglądała się za czymś w swoim zawodzie, równocześnie zabierając się zdalnie za różne zajęcia z domu.
W tych dniach, kiedy miała czas, postanowiła zrobić porządki takie porządne, jakich już dawno nie robiła. Najpierw zabrała się za komputerowe biurko, gdzie od lat piętrzyły się papiery i stare notatniki. Nagle natknęła się na jeden zeszyt. Zdziwiła się, bo była pewna, że nie jej, i nawet nie wiedziała, skąd się wziął u nich w mieszkaniu. Może spisała w nim czyjeś adresy albo stare numery telefonu do kolegów z liceum? Otworzyła zeszyt i od razu wypadł z niego plik paragonów. Ale na każdej stronie, znajomym pismem jej męża, Andrzeja, widniały spisane wydatki: krem do twarzy, witamina D, zastrzyki (2 zabiegi).
Palce Agnieszki zaczęły drżeć, gdy zrozumiała, co czyta. Wyszło na jaw, że Andrzej bardzo skrupulatnie odnotowywał wszystkie zakupy robione dla niej dokładnie sumując nie tylko wydatki na leczenie, ale i drobniejsze rzeczy do domu. Wszystko podliczał co kilka tygodni, dzięki czemu przy jednej z ostatnich notatek pojawiła się suma blisko 450 000 złotych! Każdy wydatek związany z chorobą Agnieszki, nawet najskromniejszy, miał swoje miejsce w zeszycie.
Byłam pod wrażeniem opanowania Agnieszki, kiedy mi to opowiadała. Bo ona nie pobiegła od razu do Andrzeja, nie obrażała go przy każdej okazji, ani nie robiła mu awantur przy obiedzie; nie dorzuciła mu też żadnych niespodzianek do bigosu. Spokojnie poczekała, aż mąż wróci po pracy do mieszkania pachnącego pieczonym sernikiem, podała mu kolację i wysłuchała, jak minął mu dzień. Dopiero potem, kulturalnie, bez ostrych słów czy gniewnego tonu, zapytała o zeszyt.
A Andrzej odpowiedział jej spokojnie: co tu złego? Przecież kiedyś mieli osobne budżety, prawda? Teraz inwestował sam. Jak znów zacznie zarabiać, to ona dołoży więcej, aż wszystko się wyrówna. A za pieniądze, które oszczędzi przez ten czas, planował kupić sobie nowy laptop, bo na starym nie mógł już instalować żadnych gier
Takie to były czasy życie, nawet w rodzinie, potrafiło zaskoczyć niejednym rachunkiem.




