Pani Zofiо, proszę poznać. To Jagoda, nasza nowa pracownica. Będzie u pani w zespole.
Zofia oderwała wzrok od monitora i zobaczyła dziewczynę na oko dwudziestoparoletnią. Ciemny blond, włosy starannie zebrane w kucyk, a na twarzy otwarty, choć odrobinę nieśmiały uśmiech. Jagoda przestępowała z nogi na nogę, mocno tuliła do piersi cienką teczkę z dokumentami.
Miło mi bardzo lekko skinęła głową. Tak się cieszę, że mnie przyjęliście. Obiecuję, że dam z siebie wszystko.
Szef, pan Jarosław Pawłowski, już niemal zniknął w drzwiach, ale jeszcze zerknął w ich stronę.
Pani Zofio, z logistyką związana pani jest już dwadzieścia lat. Proszę wdrożyć Jagodę w system, trasy, relacje z przewoźnikami. Za miesiąc ma ogarniać swój rewir samodzielnie.
Zofia skinęła głową i przyjrzała się nowej. Dwadzieścia trzy lata… Mogłaby być jej córką, gdyby Zofia w ogóle miała dzieci. W swoich pięćdziesięciu pięciu już dawno pogodziła się z faktem, że rodzina to nie jej historia. Ma za to dobrą robotę, mieszkanie z pelargonią na parapecie i kota Bonifacego.
Usiądź tu, wskazała sąsiednie biurko. Zaraz się weźmiemy do roboty.
W pierwszym tygodniu Jagoda myliła kody przewoźników i zapominała, co trzeba wpisać do rejestru. Zofia spokojnie poprawiała, tłumaczyła od nowa, rysowała schematy na karteczkach.
Patrz, tu dałaś Poznań, a towar jedzie do Poznania Dolnośląskiego. To prawie czterysta kilometrów różnicy, rozumiesz?
Jagoda czerwieniła się aż po uszy i natychmiast poprawiała błąd. I, rzecz jasna, znów gdzie indziej coś poplątała.
Pod koniec drugiego tygodnia już było widać postępy. Jagoda łapała wszystko w lot, każdą uwagę Zofii zapisywała w sfatygowanym notesie z kotkami na okładce.
Pani Zofio, a czemu z tym przewoźnikiem nie robimy? Przecież mają niezłe ceny.
Bo już dwa razy nie dowieźli na czas. Reputacja ważniejsza od rabatu, zapamiętaj.
Jagoda pokiwała głową, notując pilnie. Po czym rzuciła ni stąd, ni zowąd:
Pani piecze sama te drożdżówki? Bo tu od pani tak pięknie pachnie.
Zofia parsknęła pod nosem. Następnego dnia przyniosła większy pojemnik z drożdżówkami z kapustą. Jagoda pałaszowała w czasie przerwy z takim zachwytem, jakby właśnie otworzyła czekoladę po miesiącu postu.
Moja babcia takie piekła, dziewczyna delikatnie wycierała okruszki z blatu. Już jej nie ma od dwóch lat. Bardzo mi jej brakuje.
Zofia niespodziewanie położyła dłoń na jej dłoni. Jagoda nie odsunęła się, wręcz przeciwnie delikatnie się uśmiechnęła.
Potem były szarlotka, ciasteczka z twarogiem, miodownik Jagoda uznała, że lepszego nie jadła. Zofia zauważyła, że piecze coraz więcej, żeby zawsze ją poczęstować. Coś jakby przyjemne ciepło zaległo jej w duszy.
Pani Zofio, mogę zapytać o radę? Nie o pracę…
Pytaj śmiało.
Chłopak się oświadczył, ale jesteśmy razem dopiero pół roku. Myśli pani, że to za wcześnie?
Zofia odłożyła papiery, długo patrzyła na podenerwowaną Jagodę.
Skoro się wahasz, to znaczy, że za wcześnie. Jak trafisz na tego jedynego, nie będziesz pytać.
Jagoda westchnęła z ulgą, jakby Zofia zdjęła jej z pleców cały plecak kamieni.
Pod koniec trzeciego tygodnia sama już prowadziła negocjacje, sprawdzała trasy, łapała cudze błędy. Zofia patrzyła na nią z cichą dumą udało się, wychowała następczynię.
Jest pani dla mnie jak mama, tylko fajniejsza. Moja to wiecznie coś wypomina, a pani zawsze wspiera.
Zofia zamrugała i odwróciła się w stronę okna.
No, dosyć już tej czułości. Wracajmy do roboty.
Ale uśmiech nie schodził jej z twarzy do końca dnia.
Jagoda rozkwitła przez ten miesiąc. Zofia zauważyła, jak śmiało rozmawia z przewoźnikami, jak szybko radzi sobie z zamówieniami, jak świetnie ogarnia bazę danych. Przerosła oczekiwania.
…Na piątkowej odprawie pan Jarosław wyglądał bardziej ponuro niż zazwyczaj. Siedział na środku stołu, bawił się długopisem i długo nic nie mówił.
Sytuacja trudna, rzucił w końcu. Rynek siadł, trzech ważnych klientów przeszło do konkurencji. Zarząd postanowił zoptymalizować kadry.
Zofia spojrzała po kolegach. Wszyscy wiedzieli, czym pachnie optymalizacja. Zwolnienia.
W najbliższym miesiącu będą decyzje w każdym dziale, ciągnął Jarosław. A póki co działamy normalnie.
Po spotkaniu Zofia wróciła do biurka i ukradkiem zerknęła na Jagodę. Siedziała z oczami wlepionymi w ekran i palce zawisły nad klawiaturą.
Pięćdziesiąt pięć lat. Zofia znała rachunek ekonomiczny. Miała najwyższą pensję w dziale, ogromny staż a więc i spora odprawa. Księgowi pewnie już ostrzą zęby. Przykro, cholernie przykro, ale da sobie radę. Emerytura tuż-tuż, trochę oszczędności na koncie, kredyt spłacony.
A Jagoda? Dziewczyna zmieniła się nie do poznania. Przestała żartować w czasie przerwy, nie domagała się dokładki szarlotki, patrzyła na Zofię jak przez szybę, gdy ta o coś pytała.
Jagoda, co się dzieje? przysunęła się Zofia do jej biurka. Przejęłaś się przez te zwolnienia?
Dziewczyna drgnęła, krzywo się uśmiechnęła.
Nie, wszystko okej. Zmęczenie tylko.
Ale Zofia widziała, że okej to to raczej nie jest. Ech, biedne dziecko. Ledwo się zatrudniła, ledwo rozwinęła skrzydła i już musi się martwić. Niesprawiedliwe jak polska zima.
Kolejne dwa tygodnie ciągnęły się w nerwowej niepewności. Współpracownicy szeptali po kątach, zgadywali, kto poleci pierwszy. Jagoda siedziała cicho, działała sprawnie. Zofia kilkukrotnie łapała jej dziwny, ukradkowy wzrok, ale zrzucała to na ogólną nerwowość.
W czwartek po lunchu na wewnętrznej poczcie mignęła wiadomość: Pani Zofio, proszę do dyrektora.
Zofia wstała, poprawiła żakiet. No to już. Dwadzieścia lat w firmie, a teraz do widzenia. Była przygotowana.
Weszła do gabinetu i zamarła w progu.
Naprzeciwko dyrektora siedziała Jagoda wyprostowana, z teczką na kolanach, twarz bez emocji.
Proszę, niech pani usiądzie, Jarosław wskazał wolne krzesło. Musimy wyjaśnić parę ważnych spraw.
Zofia rzuciła okiem na szefa, potem na Jagodę. Ta nie patrzyła w jej stronę.
Jagoda bardzo się przykładała, stwierdził Jarosław przeglądając papiery. Wykryła też istotne błędy w pani pracy, pani Zofio.
Zofię zatkało. Głowa odmawiała posłuszeństwa Jagoda, kotki na notesie, błędy. Ta sama Jagoda, która zajadała jej drożdżówki i pytała o rady sercowe.
Przeanalizowałam dane z ostatnich ośmiu miesięcy odezwała się Jagoda, patrząc tylko na szefa, jakby Zofii w pokoju nie było. Znalazłam jedenaście poważnych rozbieżności. Złe kody tras, niezgodności w dokumentach, pomieszane daty wysyłki.
Otworzyła teczkę, wyciągnęła wydruki z podkreślonymi markerem wierszami. Zofia od razu poznała swój charakter pisma.
Uważam, że lepiej poradzę sobie sama. Pani Zofia jest doświadczona, ale wiek robi swoje. Dla firmy korzystniej będzie mnie zostawić niższy koszt, wyższa efektywność. To tylko matematyka.
Jarosław odchylił się w fotelu i postukał palcami w blat.
Co pani na to, pani Zofio?
Zofia wstała, podeszła po dokumenty, przekartkowała podkreślone linijki. Błędy, które nie były błędami.
Nie będę się tłumaczyć odłożyła papiery. Przez dwadzieścia lat zrozumiałam jedno: nie da się wszędzie robić po podręczniku. Liczy się efekt towary docierają, klienci zadowoleni, złotówki na koncie.
Ale takie błędy mogą wszystko wywrócić! Jagoda pochyliła się do przodu, a w głosie zabrzmiało coś nieoczekiwanie żywego. Chcę dla firmy jak najlepiej!
Jarosław uśmiechnął się smutno.
Wie pani, Jagoda, kogo tu naprawdę nie potrzebujemy? Tych, co potrafią wsadzić współpracownika na minę, byle tylko sami zostać.
Jagoda pobladła.
O tych błędach dobrze wiem dodał szef. To nie pomyłki, to lata doświadczenia. Pani Zofia zna skróty, jakich nie uczą na szkoleniach. Dzięki temu papierkowa robota nie blokuje nam biznesu. Na papierze wygląda to na złamanie procedur, w praktyce to mistrzostwo. Jeszcze się nie nauczyła pani rozróżniać.
Jagoda ścisnęła podłokietniki.
Odpracuje pani dwa tygodnie i koniec. Proszę złożyć wypowiedzenie do końca dnia zamknął teczkę dyrektor.
Proszę… głos Jagody się załamał Ja nie chciałam… Potrzebuję tej pracy, mam kredyt, dopiero wszystko ruszyło…
Trzeba było pomyśleć wcześniej. Może pani wyjść.
Jagoda wstała, teczka wypadła jej z rąk, kartki rozsypały się na podłodze. Zbierając je ukradkiem łkała, chowając mokrą twarz. Cichutko zamknęła za sobą drzwi.
No widzi pani, Zofio, pokręcił głową Jarosław. O mały włos nie dała się pani „wkręcić”. Przytuliła pani węża.
Zofia milczała. W środku była pusto i dudniąco.
Pracuje pani dalej, póki nas całkiem nie zamkną dodał. Takich jak pani nie wyrzuca się na śmietnik. Jasne?
Kiwnęła głową i wyszła.
Jagoda siedziała przy swoim biurku, wpatrzona w monitor. Gdy Zofia mijała ją, dziewczyna spojrzała ukradkiem spod mokrych rzęs spojrzenie zimne jak lód, pełne pretensji.
Zofia nie odwróciła się. Usiadła przy swoim stanowisku, włączyła program do obsługi zleceń.
Drożdżówki w pojemniku na parapecie zostały nietknięte do samego wieczora.




