Przeklęty stary dom
No, jesteśmy na miejscu! Wysiadamy! kierowca zatrzymał ciężarówkę przy krzywym, drewnianym płocie i wyłączył silnik.
Kinga delikatnie potrząsnęła Hanią, która smacznie chrapała, oparta o jej ramię.
Córeczko, już jesteśmy. Otwieraj oczka.
Zaspana Hania potarła oczy piąstką i rozejrzała się niepewnie, usiłując dojrzeć nowy dom.
Mamo, serio tu będziemy teraz mieszkać?
Tak, kochanie. No to chodź! Trzeba wyładować rzeczy i zobaczyć, co i jak.
Kinga zeskoczyła z wysokiego stopnia na ziemię i wzięła córkę na ręce. Za ciężarówką pojawił się Łukasz, który jechał osobno za nimi.
Wszystko w porządku?
Tak. A klucze gdzie?
Proszę były mąż podał jej pęk kluczy. Dokumenty na dom leżą na stole. Znajdziesz. W sobotę przyjadę po Hanię, jak ustaliliśmy.
Dobrze.
Pomogę z rzeczami i lecę, bo pracy mnóstwo.
Kinga tylko skinęła głową. W środku miała jeszcze rozstrojoną duszę, ale wiedziała, że skoro nie może nic zmienić trzeba żyć dalej! I lepiej, bez rozgoryczenia.
Pięć lat spędzili razem z Łukaszem. Miesiąc temu Kinga dowiedziała się, że mąż ma inną. I to już nie byle romans oni planują rodzinę
Wtedy Kinga poczuła się jakby jej świat osunął się do drugiego wymiaru. Wszystko wydało się nagle zamglone. Co dalej? Jak żyć?! Nie potrafiła nawet zacząć myśleć. Jeszcze wczoraj miała stabilny tył męża, spokój, oparcie, a dziś? Pstryk! I koniec A wiara w ludzi? Pfff. Skoro najbliższy tak zawiódł, to co mówić o reszcie?! Przecież z Łukaszem żyli pogodnie, prawie się nie kłócili, zawsze rozmawiali po ludzku! Dlatego niczego się nie domyśliła.
To nie był po prostu cios. Ona się kompletnie rozsypała.
Kinga robiła na autopilocie co trzeba: dbała o Hanię, sprzątała, gotowała, pracowała, ale zebrać się do kupy, czy zaplanować choć krok do przodu nie dawała rady.
Mieszkanie, gdzie mieszkali, należało do rodziców Łukasza.
Kinga miała tylko starą ciocię, Danutę, w sąsiednim mieście. Jedyna bliska osoba. Ponieważ trudno jej było często odwiedzać ciocię, zatrudniła panią z sąsiedztwa, żeby kupowała produkty, leki i doglądała starszej pani. Po rodzicach Kinga miała odziedziczone niewielkie mieszkanie, które wynajmowała; każda połowa czynszu wpływała na jej konto i na konto cioci Danusi. Kinga wiele razy proponowała, by ciocia wymieniła swój domek na wygodniejsze lokum bliżej miasta, ale za każdym razem słyszała nie.
Łukasz wyłożył sprawę jasno nie będzie awantur ani histerii. Bo taka już była natura Kingi. Liczył, że po prostu zamknie się w sobie. Gdy już nie mógł dłużej ukrywać, bo życzliwi wszystko jej powiedzieli, przyszedł do domu, poczekał aż Hania uśnie i zawołał Kingę do kuchni.
Wiem, że już wszystko wiesz. Nie będę się tłumaczył. Tak wyszło. Mamy dziecko i musimy zadbać, żeby Hania na tym nie ucierpiała. Co dalej z tobą?
Na razie nie wiem… Kinga obejmowała kubek dłońmi, wpatrzona w stół.
W środku szalał huragan. Pytania dlaczego? i za co? skakały jak wiewióry po głowie. Ale na zewnątrz nie pokazywała nic. Nie chciała, żeby mąż zobaczył, co w niej się gotuje. Owszem, miał rację. Trzeba myśleć o dziecku.
Może trzeba rozwiązać umowę z najemcami mieszkania?
Nie trzeba. To ja zawiniłem wobec ciebie i Hani. Pogadałem z rodzicami i… Kinga, co powiesz na przeprowadzkę?
Gdzie? Kinga spojrzała na jeszcze-męża.
Wiesz, u mojej mamy w sąsiednim mieście został dom po dziadkach. Nie nowy, trzeba coś podłubać, ale solidny i ciepły. Ciocia Danusia mieszka przecież na sąsiedniej ulicy, prawda? Mama chce przepisać dom na ciebie i Hanię. Co ty na to?
Odprawa? parsknęła Kinga, ale już myślała.
To rzeczywiście był najlepszy wariant. Mijać byłego na spacerach czy w sklepienie miała najmniejszej ochoty. Wszystko wokół przypominało jej dawne dobre czasy i bolało. Spacerując z córką po parku, natychmiast widziała oczami wyobraźni, jak spędzali tu czas wspólnie.
Teraz musiała zadbać o przyszłość. O swoją i przede wszystkim córki.
Co traciła? Miasteczko małe, ale była szkoła, ośrodek zdrowia, wszystko na wyciągnięcie ręki. I jedyna bliska osoba. Hania jeszcze mała, potrzebuje opieki. Łukasz już się tak starał nie będzie. Trzeba będzie poszukać pracy…
Kinga kiwnęła zdecydowanie:
Zgadzam się.
Słusznie! Łukasz wstał. Jutro obgadacie szczegóły z mamą, pójdziecie do notariusza. Zadzwoni do ciebie. Jadę.
Wychodząc, zawahał się na progu i bez patrzenia szepnął:
Przepraszam… Nie chciałem, żeby tak wyszło.
Kinga nie odpowiedziała. Zamknęła za nim drzwi, osunęła się po ścianie i, gryząc swetrowy rękaw, zaczęła cicho wyć byle nie obudzić Hani.
To nie był płacz, to był autentyczny wilczy skowyt. Przypomniała sobie dokument o wilkach. Teraz czuła się bardziej jak ranna wilczyca niż kobieta.
Wyła długo. Od łez odeszła cała złość do męża. Zostało puste, wypalone miejsce. I jedną, uparcie powracającą myślą: musisz znaleźć coś dobrego, czym to wypełnisz, bo inaczej ugrzęźniesz na dnie i już się nie wygrzebiesz.
Następne tygodnie były takie, że Kinga starała się nie myśleć o niczym, tylko o przeprowadzce i formalnościach.
I tak stanęła przy krzywym płocie nowego domu, patrząc na olbrzymi, zupełnie zarośnięty sad. Domu zza drzew nie było widać, tylko fragment dachu i kawałek werandy.
Hania pociągnęła ją za rękę:
Mamo, no co tam stoisz?! Chodźmy już!
Przeszły dróżką, minęły starą jabłoń i zobaczyły dom.
Kinga pomyślała: nie buda, a dom. Taki trochę zniszczały, ale jeszcze solidny, z małym gankiem i ładną, przestronną werandą z kolorowymi szybkami. Jesienny sad wokół wołał o zdjęcie, więc Kinga sięgnęła po aparat i cyknęła kilka fotek. Patrząc na tę swoją przyszłą przystań, poczuła, że jej się tu naprawdę podoba zwłaszcza ta ilość roboty, jaka ją czekała. Hania stała obok jak zamurowana, z palcem w buzi. Kinga pociągnęła ją za pompon na czapce:
Wyjmij paluszek z ust, łobuziaku! Podoba ci się domek?
Maaaaamo, on jest taki śliczny!
Zgadzam się. Ale idziemy sprawdzić, co jest w środku. I wymyślić, gdzie będziesz spać.
Taak! Dawaj szybciej!
Weszły po stopniach, przeszły przez ganek do środka. Przestronny korytarz, z którego były wejścia do kuchni i pokoi. Kinga chodziła od drzwi do drzwi, rozmyślając o ustawieniu mebli.
Dom był niewielki. Kuchnia, dwa pokoiki na dole, jeden na górze i duży pokój gościnny z okrągłym stołem i starym abażurem, oplecionym dzierganą chustą. W środku trochę wilgotno; chyba dawno nie grzano. Ale mimo to Kinga wyczuła domowe ciepło.
Kinga! Wszystko wyładowane i rozliczyłem się z chłopakami! zajrzał Łukasz. Chodź, pokażę ci, jak włączyć ogrzewanie i bojler.
Szybko przeszkolił Kingę, pożegnał się i odjechał.
Kinga ruszyła do kuchni.
Postawiła czajnik i wyciągnęła z torby pojemniki z jedzeniem, by nakarmić córkę. Na gaz wsadziła gulasz i z pudełka wyjęła środki czystości czas przetrzeć stół.
Kuchnia niewielka, ale swojska. Dwa duże okna na sad, przy jednym stał stół, który Kinga zaczęła szorować. Hania siedziała i machała nogami, podziwiając szafki i kolorowy abażur.
Nagle coś głośno pacnęło w szybę. Hania pisnęła, Kinga aż podskoczyła. Na parapecie od strony ulicy rozparty był wielki rudy kocur.
Dzień dobry bardzo! Straszyć kogoś to obowiązek taki? odetchnęła Kinga. Hania, patrz jaki piękniś!
Kocur patrzył na Kingę bez mrugnięcia.
No i co się gapisz? Wchodź, skoro już przyszedłeś! Coś się dla ciebie znajdzie.
Kocur skoczył z parapetu i zniknął.
Wielka mi łaska śmiała się Kinga. Haniu, ręce myć! Obiad czas.
W kuchennych drzwiach… kocur. Jakim cudem? Przecież wszystko było zamknięte!
Kot patrzył spokojnie, lekko mrużąc ślepia.
Kinga się aż uśmiechnęła.
Z pojemnika odłamała trochę gotowanego kurczaka i położyła na starym talerzyku.
No chodź, częstuj się!
Kot dostojnie podszedł i delektował się kolacją.
Kinga sprawdziła drzwi. Wszystko na cztery spusty, ale na dole zobaczyła niewielką klapkę stare wejście dla kotów.
Proszę bardzo! Gość znał tu własną trasę.
Wróciwszy do kuchni, Kinga zobaczyła, że Hania siedzi na podłodze przy kocie i coś mu opowiada; kudłaty słuchał z uwagą. Kinga zaśmiała się wreszcie, pierwszy raz od wielu dni:
Rozmówcy od siedmiu boleści!
Córka i zwierzak synchronicznie odwrócili głowy Kinga przysięgłaby, że kocur wzruszył ramionami tak samo jak mała, takie to było zabawne.
Zapukało do drzwi. Kinga groźnym palcem pogroziła Hani:
Siedzisz tu! i poszła otworzyć.
Dzień dobry! Ja jestem sąsiadka, Paula Grzegorzewska. Ale mów mi po prostu ciocia Paula. Trzymaj! wyciągnęła litrowy słój mleka. Od mojej kózki! Na zdrowie!
Dzień dobry! Kinga nieco zaskoczona, ale powitała gościa z manierami. Jestem Kinga. Miło poznać! O rany, jeszcze ciepłe! Wielkie dzięki! Kinga chwyciła słoik i zaprosiła gościa dalej.
Ciocia Paula długo się nie namyślała i weszła do środka.
Kinga odstawiła mleko przy kuchence, a Hania odwróciła się na powitanie:
Dzień dobry! Jestem Hania.
Cześć, Haniu! A ja ciocia Paula.
Miło mi! A wie pani, czyj to kot?
Jak to kto?! Mój rozbójnik! Zwie się Gustaw. Jak będzie za dużo jadł pogonić do mnie, bo podtykamy mu w domu, ile wlezie. Jeszcze się rozleniwi i przestanie myszy łapać.
A są tu myszy? Hania aż otworzyła buzię.
No jasne. I u was też będą. W domach zawsze są myszy, zwłaszcza jesienią. Więc…
Mamo, musimy mieć Gustawa! To znaczy kota!
Kinga się uśmiechnęła:
Cierpliwości! Ciociu Paulo, zna pani może kogoś, kto chciałby dorobić? Muszę ogarnąć sad i dom, sama nie dam rady.
Mam! Idź do Mieczysława, mieszka za trzecią bramą, zieloną. Porządny facet, złota rączka. Wszystko zrobi, grosze weźmie.
Dziękuję! A może napije się pani herbaty? Dopiero przyjechałyśmy, ale mam ciastka i cukierki.
Chętnie uśmiechnęła się ciocia Paula.
Popijały razem herbatę, ciocia Paula opowiadała o miasteczku, o swojej rodzinie, po czym zapytała:
Powiedz, Kinia, jak to się stało, że tu trafiłaś?
Po spadku dostałam dom Kinga starała się ukryć uczucia, chociaż sama dla siebie zironizowała. Szczegółami dzielić się nie chciała.
A wiesz, on już z 20 lat stał pusty i zaklejony deskami. Młodzi już zapomnieli, ale starsi pamiętają to dom z famą, przeklęty.
Aż tak? A co się stało niby?
Nic, dziecko, nie bój się tak zaraz! Po prostu nikt tu długo nie mieszkał. Ktoś chorował, ktoś tracił bliskich, ktoś szczęścia nie miał… No i tak się utarło. Dom stary, ponad sto lat, przebudowywany tyle razy, a jakoś nie chciało się w nim ludziom zagnieździć. Kupiec miejscowy budował go dla narzeczonej. Po ślubie dziewczyna rok nie przeżyła, zmarła na jakąś chorobę. Handlarz dom sprzedał, odjechał, a potem już poszło. I od tego czasu dom nie dla ludzi…
Kinga kręciła w palcach łyżeczkę.
Ciekawe… No trudno! Jaki wpadł, taki jest! Zobaczy się, co z tego wyjdzie. Jesteśmy odważne dziewczyny, prawda Haniu? Tak łatwo się nas nie przestraszy! Zobaczy się, o co tu chodzi!
Minęło kilka miesięcy.
Kinga zadomowiła się w nowym miejscu. Hania chodziła do przedszkola, a Kinga pracowała w lokalnym atelier fotograficznym, zarabiając całkiem nieźle na fotografowaniu uroczystości. Kiedyś fotografia była jej hobby, ale w ciąży z Hanią zrobiła kursy i zaczęła dorabiać. Robiła dziecięce sesje, próbowała studia. Teraz te umiejętności były nieocenione.
Kinga ogarnęła dom i ogród z pomocą niezastąpionego Mieczysława, którego przyprowadziła ciocia Paula.
Wysoki, postawny, pozdrowił krótko:
Mów mi po prostu Mieczysław. Tak się przyjęło.
Wysłuchał Kingi, zakasał rękawy i wziął się do roboty.
Wyczyścili razem sad mnóstwo starych drzew owocowych, krzewy. Kinga zrozumiała, że jak porządnie zadba, to Hania będzie miała owoców do woli. Potem razem z Mieczysławem naprawili dach, ganek, werandę. Roboty było co niemiara, ale warto.
Dom odżył. Rano Kinga wychodziła na ganek z kubkiem gorącej herbaty, gładząc nowiutką poręcz i wiedziała tego właśnie jej potrzeba: spokoju…
Przejęła opiekę nad ciocią Danusią i codziennie odwiedzała ją z Hanią, nawet na chwilkę przed powrotem do domu. Miała pewność, że to była najlepsza decyzja w życiu. Uspokoiła się już i prawie przestała mieć żal do Łukasza.
Ten często odwiedzał córkę, a to trochę łagodziło sytuację. Przecież nie zostawił dziecka pomógł… A to, że się im nie ułożyło? Bywa. Kinga już nie wygrzebywała przeszłości żadnych głębnych analitycznych rozbiorów. Też nie była święta czasem skupiała się na córce, zaniedbując męża. Ważne tylko, by Hania wiedziała: mama i tata co prawda osobno, ale ją oboje kochają.
Ciocia Danusia podsumowała:
I bardzo dobrze, Kinia! Nie chowaj urazy. Nawet mała troska, jak ją pielęgnujesz, może urosnąć do wielkiego smutku. Zapomnij zło! Skup się na dobrych rzeczach. Patrz, jaką masz córę! To najważniejsze. Tylko to pamiętaj! Reszta niech przeminie! Nie żyw urazy, bo ona ciebie potoczy. Jesteś potrzebna dziecku pogodna! Dzieci wszystko widzą, wszystko czują. I zapamiętają ten czas jaką mama była? Pomyśl, co Hanka będzie pamiętać?
Kinga przytakiwała.
Z czasem poznała wszystkich sąsiadów na ulicy. Raz po raz ktoś z sąsiedztwa wpadał na kawę. Młode matki z dziećmi, więc Hania miała towarzystwo. Starsi też dom omijali tylko wtedy, gdy już się im własna wnuczka znudziła.
Tak trafiła na ciocię Marię, kawałek dalej. To ona nauczyła Kingę piec chleb. Hania była zachwycona już nie stroiła fochów na mleko, bo jak w ręce wcisnąć świeżą, chrupiącą piętkę, zaraz szklanka pustka i Kinga śmiała się, wycierając dziecku białe wąsy.
Potem zaprzyjaźniła się jeszcze z jednym sąsiadem dziadkiem Jankiem. Przyszedł z ogromną michą truskawek, jakich Kinga nie widziała nigdy:
Księżna tak się ten rodzaj zwie. Przyzwyczaisz się, to ci pokażę jak sadzić i uprawiać.
Kinga, po tym jak Mieczysław pomógł jej z werandą, ustawiła tam duży stół, wyszorowała kolorowe okienka i wypolerowała drewnianą podłogę. W rogu bujany fotel, który Hania pokochała. Co wieczór siedziała w nim z rudym cwaniakiem Gustawem, który od pierwszego dnia postanowił mieszkać na dwa domy. Teraz Kinga bardzo ostrożnie rano wychodziła na schody, po tym jak raz prawie zadeptała na rzędy myszek rozłożonych pod progiem. Gustaw robił swoje, choć i tak wpuściłaby go zawsze, bo Hania była zachwycona.
Jedyną sąsiadką, której Kinga nie polubiła, była Zofia. Trochę starsza, niesamowicie natrętna i gadatliwa. I to by jeszcze pikuś, gdyby tylko paplała. Ale Zofia była profesjonalną plotkarą. Kinga początkowo nie ogarniała co się dzieje, później starała się zmieniać temat przy najbliższej okazji, by nie słuchać obrabiania tyłków sąsiadom.
Ciociu Paulo, co robić? żaliła się Kinga. To strumień plotek!
Kinia, na nią nie poradzisz. Przestaniesz ją wpuszczać puści takie famy, że się nie wypłuczesz, choć już cię wszyscy znają. Ot, człowiek kiepski. Ja ją zniechęciłam.
Jak?!
A prosto! Mam koty, ona ma alergię.
To może i ja kota przygarnę… albo psa
Kinga zaczęła się nad tym zastanawiać.
Zofia już zorientowała się, że Kinga ma nadstawione ucho, do którego można wlać każdą plotę, a za ton nie odpędzi za grzeczna. Więc chodziła regularnie.
Kinga nalewała herbatę, wzdychała i nuciła sobie w myślach, by nie słuchać. Zofia mogła gadać do sufitu, niepotrzebne jej było echo.
Po jakimś czasie Kinga zauważyła dziwną prawidłowość. Zawsze, gdy Zofia do niej szła, coś się działo.
Raz pękła jej nowa spódnica na wbitym nie wiadomo skąd gwoździu. Kinga dałaby sobie rękę uciąć, że go nie było! A Mieczysław szlifował poręcze i progi dwa dni z dokładnością zegarmistrza.
Zofia była tego dnia w lekkim szoku, nawet plotkować nie zdążyła.
Następny raz źle usiadła na krześle i spadła. Niemożliwe, bo krzesło było między stołem i ścianą spaść nie sposób.
Czy to pomogło, czy znalazła lepsze towarzystwo, ale zaczęła przychodzić rzadziej.
Pewnego ranka Kinga, przycinając krzewy przy bramie, usłyszała rozmowę Zofii z ciocią Paulą.
Ty nic nie rozumiesz, Paulo. Sama z dzieckiem, a facet się nie kręci? Nie wierzę! Dom zadbany, sad jak z obrazka, no chyba ktoś tu pomaga…
Bzdury gadasz, Zofio! Przecież to Mieczysław jej pomagał, płaciła mu za robotę.
A dom?
No co dom?
Cała okolica wie, że to dom przeklęty! Powinna już stąd uciec, a ona mieszka dalej, ludzi przyciąga. Do mnie nikt nie przychodzi, a do niej tłumy. Dlaczego?
Bo to nie miejsce czyni człowieka, ale człowiek miejsce! Kinga jest w porządku, to ludzie do niej lgną. Idź lepiej, bo mleko mi kipi na kuchni! No, już!
Kinga cicho wycofała się, z uśmiechem politowania. No bywa, są różne typy!
Mamo! Gdzie jesteś?! zawołała Hania z ganku.
Tu, kochanie! Już idę! Umyłaś ząbki?
Jeszcze nie… ale popatrz!
Kinga spojrzała w kierunku palca. Przez alejkę szedł Gustaw, w pysku niosąc małego, równie rudego jak on, kociaka. Doniósł pod samą Kingę, spojrzał z wyrzutem. Kinga pochyliła się, wyciągnęła ręce i dostała swój kudłaty podarunek, który wydawał się bardzo niezadowolony z tego obrotu spraw.
Dziękuję, Gustawie! Uważasz, że trzeba?
Kot pomruczał znacząco, odwrócił się i podreptał w stronę domu cioci Pauli. Uznał misję za zakończoną.
No to jak, Haniu, rzeczywiście nam trzeba. Jak się nazywa?
Gustaw!
Kinga podniosła kotka na wysokość oczu:
Witamy, panie Gustawie Gustawowiczu! Dobra, dzieci do domu! Czas na śniadanie.
Hania roześmiała się głośno, popchnęła drzwi do werandy, a z domu buchnęło już ciepłem.



