Proste, ludzie szczęście

Złapał ją za rąbek jej płaszcza. Alicja nie mogła nawet krzyczeć – nagle jej głos zniknął. Na ulicy nie było zbyt wielu ludzi. Dziesiąta wieczorem. Z jakiegoś powodu zdecydowała się pójść na skróty i nie wezwała taksówki. Postanowiła pójść na spacer. Zimowy las był niedaleko, a jego piękno jak w bajce. Tylko nagle zerwał się wiatr i śnieg. Nawet droga była nie widoczna. Podniosła kołnierz i zdała sobie sprawę, że ktoś jest w pobliżu.

Odwróciła się – ogromny pies stał i patrzył na nią bez mrugnięcia.

Alicja bała się psów. Od dzieciństwa. Dawno, dawno temu pies sąsiada ją ugryzł. Od tamtej pory ich unikała. A kiedy zbliżył się do niej jakiś pies, jej serce biło gwałtownie, dłonie się pociły, a paskudny lepki strach ogarniał ją całą. Na szczęście wtedy w pobliżu byli ludzie. I było jasno.

A teraz?

-Odejdź, proszę. Nic Ci nie zrobiłam. Idź stąd. Nie dotykaj mnie. Matko..- wyszeptała Alicja i zakryła twarz rękoma.

Kobieta rozpłakała się bezgłośnie. Ledwo trzymając się na nogach, usiadła w zaspie śniegu. Dróżki były tam regularnie odśnieżane, przez co sterty śniegu leżały to tu, to tam. Alicja dochodziła powoli do siebie, kiedy coś ciepłego dotknęło jej policzka. Otworzyła oczy. Przerażająca psina polizała jej twarz, jednak zrobiła to bardzo czule. Później odwróciła się i złapała w pysk rękawiczkę, która upadła kobiecie. Westchnęła jak człowiek i znowu lekko wzięła ją za krawędź płaszcza, jakby ciągnęła za sobą.

Alicja wciąż bała się psa. Był wielki i potężny. Co prawda, strach zaczął już nieco ją opuszczać. Zwierzę nie zaatakowało, a wręcz przeciwnie- zachowało się bardzo przyzwoicie.

– Czego chcesz?! Wracaj do właściciela. Zgubiłaś się, czy co? Jak możesz tak straszyć ludzi! Czy Twoi opiekunowie zwariowali? – mruknęła nieco spokojniejsza już kobieta.

Próbowała wstać, jednak okazało się być to cięższe, niż myślała. Pies jednak ponownie  złapał ją za rękaw i pociągnął w górę. Udało się wstać, jednak zwierzę starało się ciągnąć ją w bok, do lasu.

– Chcesz spacerować? Zapraszasz mnie ze sobą? Nie, dziękuję. Idź się bawić! Ja muszę już iść!- próbowała się odsunąć, ale pies zagrodził drogę. Wydawał się nawet warczeć, ponownie ciągnąc płaszcz.

– Co to jest! – zawołała bezradnie Alice.

I wtedy zauważyła staruszka. Był w dużych, filcowych butach i spacerował z małym psem. Krzyknęła na niego. Pomyślała jednak, że to na próżno. W pobliżu miała przecież ogromnego psa.

Starzec podbiegł. Co dziwne, pies całkowicie zignorował małego kundelka, stojąc cały czas spokojnie obok wciąż przerażonej kobiety.

– Czego chcesz, kochanie? Coś nie tak z twoim psem? – zapytał dziadek, podbiegając.

-To nie jest mój pies! Przybłąkał się tutaj. Zawołałam Pana, abyśmy spróbowali odejść razem. Ja próbowałam, ale on cały czas mnie gdzieś ciągnie. Chyba chce się bawić.

Starzec wziął na ręce swojego małego przyjaciela i podszedł do ogromnego psa. Mężczyzna spojrzał na niego wyczekująco.

– Jaki mądrala! Twój Pan wychował Cię bardzo dobrze. Nie bój się, ten pies nie jest niebezpieczny. Rasa jest poważna, ale on jest wytresowany do perfekcji. Widzisz, pies jest bardzo spokojny, nie rzuca się na ludzi i swoich towarzyszy, miły. Nawiasem mówiąc, to chłopiec. Jak się nazywasz, kolego? Co tu robisz? Zamarznięty jesteś! -powiedział mężczyzna.

A pies, tym razem lekko biorąc rękaw, puścił natychmiast i zaczął biec, szczekać i wskazywać w stronę lasu.

– Posłuchaj, woła nas ze sobą! Prosi, żebyśmy z nim poszli! Mówię ci to jako weterynarz! – starzec rozłożył ręce.

– Gdzie on woła? Po co? Na spacer, czy co? – zapytała zdziwiona Alicja.

 

– Nie sądzę. Musimy iść! – starzec szedł za psem przez zaspy.

– Co się dzieje.. Gdzie Pan idzie? A pański  pies? Proszę zaczekać, ja też idę – Alicja rzuciła się za nim.

W lesie było bardzo ciemno. Ala włączyła latarkę w swoim telefonie. Rottweiler szedł powoli, chociaż było jasne, jak chce biec. Ale wciąż się rozglądał, jakby bał się, że ta dwójka zawróci. Alicja i stary weterynarz szli w szeregu wzdłuż ścieżki.

– Gdzie on jest? Proszę poświecić! Zagubił się, czy co? – szepnął niespokojnie mężczyzna.

A potem usłyszeli histeryczne szczekanie. Pobiegli szybko przez śnieg. Nieco dalej od ścieżki leżał mężczyzna. Alicja poczuła swój puls – tak! Ściągnęła rękawiczkę i drżącymi rękami zaczęła wybierać numer.

– Artur, przyjedź pilnie! Tam, gdzie jest kawałeczek lasu, niedaleko od sklepu, wyjdę po Ciebie! Jeszcze raz go obejrzę. Wygląda na atak! – powiedziała w pośpiechu.

– Jestem pielęgniarką. –wyjaśniła towarzyszowi.

Wkrótce mężczyzna, na noszach został zabrany do karetki. Nagle otworzył oczy. Z trudem wypowiadał słowa:

-Proszę… Paszport i klucze są w kieszeni. Tarantino… mój pies. Proszę go nie porzucać. Nie może pójść do schroniska, nie przeżyje zdrady po raz drugi. Nie mam tutaj nikogo innego. Proszę tylko go pilnować…Zapłacę, proszę!

– Zaopiekujemy się nim. Proszę się nie martwić i wyzdrowieć! –zdeklarował radośnie starzec.

Karetka odjechała. Pies siedział obok ludzi. Opuścił swoją dużą głowę i zadrżał trochę. Alicja nieśmiało podała mu rękę. Popatrzył na nią nieszczęśliwy, pełen łez. Nawet  nie wiedziała, że ​​psy mogą płakać.

-Cóż, moja droga. Musisz się nim zaopiekować. Chciałbym go przygarnąć, ale oprócz Mani mam jeszcze biednego psa i kota, które zabrałem z ulicy.  Nie martw się, powiem Ci jak się nim zająć. Znaleźliśmy w lesie smycz. Najwyraźniej kiedy właściciel poczuł się źle, odpiął go. Trzeba zadbać o psa, już i tak wiele przeżył.- weterynarz zamyślił się.

Pies z rezygnacją poszedł za swoją nową panią i jej towarzyszem. Cały czas dorównywał im kroku. Wydawało się, że spełnił swój obowiązek, że jego ukochany właściciel jest już bezpieczny. Teraz pozostało tylko czekać. W mieszkaniu psina napiła się łapczywie wody i od razu zasnęła w fotelu. Alicja, otrzymawszy szereg rad, pożegnała się z nowo poznanym staruszkiem. Postanowiła zostać na noc w mieszkaniu jego właściciela i  zająć się psem.

To wszystko było dziwne. Oby pies. Obce mieszkanie.  Gdyby ktoś jej powiedział, że wplątałaby się w taką historię, nie uwierzyłaby. W końcu zasnęła. Obudziło są ciepłe lizanie nosa i policzków. Pies odskoczył na bok, ponownie wskazując na drzwi.

– Chcesz pójść na spacer? Dobrze, pójdziemy do mojego domu zabrać kilka rzeczy. Na razie zamieszkam z Tobą. Tylko mnie nie ciągnij!- rozkazała Alicja.

Psina całą drogę szła potulnie obok. Kobieta mieszkała z matką, którą ostrzegła wczoraj, że nie wróci na noc. Gdy dotarli na miejsce, starsza kobieta spojrzała okrągłymi oczami zdziwiona na córkę, która stała w drzwiach z wielkim psem.

– Alu, kochana.. ale kto to jest? Nie boisz się go? Jakiż on jest ogromny!- lamentowała matka.

-Mamo, to jest Tarantino. Jest nieszkodliwy. I bardzo sprytny. Nie zdążyłam powiedzieć Ci wczoraj, co się wydarzyło! – zaczęła wyjaśniać Alicja.

W tym momencie rozbrzmiał dźwięk telefonu. To mężczyzna, który wczoraj pomógł kobiecie. Chciał przyjechać w odwiedziny, zatem Alicja podała mu adres.  Niedługo później wszyscy razem pili herbatę, a Tarantino leżał spokojnie przy drzwiach.  Kobieta wkrótce zabrała czworonoga do jego lokum, a nowo poznany weterynarz, został u matki, która poprosiła go  przybicie półki.

Kilka dni później, Alicja postanowiła zadzwonić do szpitala. W słuchawce usłyszała:

-Dziękuję z całego serca! Uratowaliście mi życie, ale też mojego psa. Dzień wcześniej podpalono mi samochód. Byłem taki zdenerwowany… Poszedłem z psem na spacer, kiedy poczułem się źle, serce mnie kuło i nie mogłem oddychać. Szepnąłem tylko psu, aby uciekał i ratował siebie, bo mnie już nie pomoże. Zboczyliśmy ze ścieżki, wokół żywej duszy nie było, bo była już noc. Zapomniałem zabrać telefon. Zanim zemdlałem, modliłem się aby psa przygarnęli dobrzy ludzie. On już dużo przeszedł, pierwsi właściciele potraktowali go bardzo źle. Przez rok bał się ciemności, nie dał się dotknąć, cały się trząsł. Gdy usłyszał głośne dźwięki, od razu drżał. Ledwo udało mi się go wyciągnąć z tego stanu. Gdyby nie Ty… To duży, poważny pies. Mogłaś się go przestraszyć. A on nieszkodliwy jest, jak kotek. Tarantino jest dobry, łagodny.  Nazwałem go na cześć mojego ulubionego reżysera.  Nawet nie sądziłem, że może mi tak pomóc…Jak on się ma? Pilnujesz go, Alicjo?

– Tarantino tęskni za Tobą. Chcesz abyśmy jutro przyszli koło szpitala? Mógłbyś zobaczyć nas przez okno.- zaproponowała Alicja.

Następnego dnia, pod okna szpitala, przyszła cała czwórka. Alicja, Tarantino, stary weterynarz i Helena- matka kobiety. Młoda kobieta nie zauważyła nawet, kiedy jej mama i weterynarz zaczęli rozmawiać ze sobą i spotykać się coraz częściej. Wówczas w lesie było słabo widać mężczyznę. Teraz, przez szpitalne okna, patrzył na nich prawie zdrowy, przystojny mężczyzna. Pies był bardzo szczęśliwy na widok właściciela: podskakiwał, machał ogonem i łapkami. Kiedy mężczyzna opuścił szpital, ponownie spotkali się wszyscy.

Alicja wraz z mamą nakryły stół. Stary weterynarz opowiadał o tamtejszym wieczorze, kiedy znaleźli nieprzytomnego mężczyznę, który nawiasem mówiąc, nazywał się Paweł. Atmosfera była ciepła i przytulna.  Tak, pojawiły się kłopoty. Ale już odeszły, gdy zobaczyły, że poza ludzką obojętnością są na świecie jeszcze dobrzy, kochający ludzie, którzy nie są obojętni na cierpienie innych.

Matka Alicji zniknęła cicho wraz ze swoim kawalerem — starym weterynarzem Władysławem. Alicja głaskała psa. Strach minął, nie bała się już. Paweł patrzył na nią z podziwem. Coś dobrego śniło się Tarantino, jakby uśmiechał się po swojemu, po psiemu.

A w powietrzu unosiło się proste, ludzie szczęście.

Oceń artykuł
TwojaCena
Proste, ludzie szczęście