Prawdziwa Polka

Prawdziwa kobieta

Jadwiga, gdzie się podziewasz?! Przynieś ogórki! Ile mam jeszcze czekać?!

Głos męża wyraźnie już tracił cierpliwość, skoro aż podniósł głos, ale Jadwiga była zajęta. Starannie malowała właśnie lewe oko, czasem przerywając, by podziwiać efekt nowej, horrendalnie drogiej maskary. Jej prawe oko, po wszystkich zabiegach kosmetycznych, już powiększone o kreski i cienie takie, jakie jej przyjaciółka Gosia polecała tylko na wystawne wyjścia wyglądało na dwa razy większe, niż być powinno, i nawet trochę straszyło. Ale Jadwiga oczywiście nie zamierzała rezygnować z dalszych eksperymentów.

Nie miała głowy, żeby zerknąć na ogórki moczące się w wannie.

To wszystko przez to, że tydzień temu jej mąż Marek, ten sam, który teraz w kuchni czarował nad słoikami z ogórkami na zimę ni stąd, ni zowąd ogłosił swoją wolę:

Chcę, żebyś była prawdziwą kobietą!

I wręczył Jadwidze swoją kartę z oszczędnościami, zbieranymi przez rok.

Szok to mało powiedziane.

Najpierw chciała oczywiście wywołać awanturę. No bo jak?! Skoro Marek zdołał zaoszczędzić taką sumę, a ukrył ją przed wspólnym domowy budżetem, to może nie tylko nie przekazywał całej pensji, ale w czymś jeszcze kłamał. I jak tu się połapać w czym konkretnie? Myśli natychmiast zaczęły kłębić się w głowie. Co to w ogóle znaczy?!

Ale zanim się odezwała, przyszła jej do głowy druga myśl. Usiadła z wrażenia na stołku w kuchni, zupełnie zapominając o niedogotowanym barszczu wykipiającym na kuchence.

Co znaczy: prawdziwa kobieta?!

To było…

No właśnie! Miała ochotę krzyczeć na cały świat i potłuc na kawałki swój nowy, podarowany na imieniny przez teściową serwis, o którym śniła jak o czymś niedostępnym. Był niesłychanie drogi i Jadwidze nawet by się nie przyśniło, że może go dostać. A teściowa podarowała! Gdy Jadwiga płakała ze wzruszenia, obracając talerze w rękach, teściowa tylko się śmiała:

Oj, Jadzia! Co ty taka głupiutka, co? Dla ciebie wszystko bym zrobiła! Tylko bądźcie szczęśliwi!

Dlaczego tak zrobiła, Jadwiga nigdy nie zrozumiała, bo teściowa nie tłumaczyła nigdy swoich decyzji. Najpierw przytuliła synową, potem syna, wycałowała wnuki i ruszyła do siebie. Nigdy nie lubiła zostawać gdzieś na dłużej zawsze tłumaczyła, że na gospodarstwie sama robota się nie zrobi.

Jadwiga nawet nie próbowała się sprzeczać. Przysyłała wnuki na weekendy, pilnowała, by dzieci były grzeczne, i zawsze wymyślała coś, by sprawić teściowej radość, tej, która przyjęła ją do rodziny bez wyrzutów i ocen.

Miała powody do wyrzutów najbliżsi też o to dbali, więc skąd miała się spodziewać lepszego przyjęcia po stronie kobiety, którą przed ślubem widziała tylko raz w życiu? Wtedy to Marek przywiózł Jadwigę z synkiem do matki. Jadwiga długo nie chciała wysiąść z auta, raz oglądając się na śpiącego synka, raz pytając Marka:

Może lepiej nie? Co ja jej powiem? A ona mi? Wyrzuci nas, zobaczysz.

Skąd taki pomysł?! dziwił się Marek.

Po tym, co zrobiła mi ciotka, jak urodziłam Franka: wyrzuciła mnie z domu, mówiąc, że przyniosłam wstyd, więc nie jestem już rodziną! Myślisz, że twoja mama czeka na mnie z otwartymi ramionami? Z dzieckiem na rękach, naprawdę?!

Nie uprzedzaj faktów! Może cię zaskoczy.

Jadwiga nie chciała żadnych niespodzianek, ale wracać też nie wypadało. Wzięła więc synka na ręce i poszła za narzeczonym.

Pani Barbara, matka Marka, faktycznie ją zaskoczyła. Przywitała się powściągliwie, uważnie przyglądając się przyszłej synowej, po czym po prostu wyciągnęła ręce:

Daj mi go. Położę go w swoim łóżku, zmęczony z podróży…

Jadwiga, sama nie wiedząc czemu, oddała synka. Ten nawet nie protestował. Przymknął oczka, przytulił się do Barbary, która zaczęła nucić coś pod nosem i syn natychmiast zasnął ponownie.

Babcią nazwał Barbarę już, kiedy tylko łapił pierwsze słowa. A ona nie protestowała, czym ostatecznie zdobyła serce Jadwigi.

Syna urodziła wcześnie, zaraz po maturze. O ojcu dziecka wiedziała cała wieś i aż huczała od plotek. Gadały, czy to Paweł Bugaj ożeni się z Jadwigą Nowak, czy tylko pokręci się, jak z innymi dziewczynami przed nią. Paweł miał paskudną opinię, o czym Jadwiga świetnie wiedziała, więc omijała go szerokim łukiem.

Ale Paweł był cwany, wiedział, jak rozkochać dziewczynę słowem i spojrzeniem. Jak nie działały czary uśmiechu sięgał po groźby, a dziewczynom nie pozostawało nic innego, jak milczeć.

Jadwiga jedyna nie zamilkła.

Wracając raz z miasta, gdzie odwiedzała ciotkę, zasiedziała się i zmuszona była iść piechotą przez pola, bo kierowca autobusu do ich wsi już nie jechał.

Specjalnie dla jednej mam kursować? Idź pieszo, pogoda ładna, przejdziesz się, a ja wracam do domu!

Nie miała wyjścia.

Paweł swoim fiatem maluchem dopadł ją niedaleko wsi.

Jadwiga, gdzie tak późno, sama? Wsiadaj, podwiozę.

Nie trzeba, Pawle. Poradzę sobie! odsunęła się, ale już nie zdążyła…

Do domu wróciła w podartej sukience, we łzach. Nie wchodząc do domu, w którym spała schorowana matka, poszła prosto do piwnicy, by do rana próbować zmyć z siebie zapach i dotyk Pawła. Płakała, przeklinając swoją naiwność i myśląc tylko o tym, jak to ukryć przed matką chorego serca.

Wzburzenie może wszystko spowodować, wie pani? tłumaczył lekarz.

Czy Jadwiga go rozumiała? Doskonale! Oprócz mamy nie miała nikogo. Nawet ciotka się nie liczyła, choć wtedy Jadwiga jeszcze tego nie wiedziała. Woziła jajka i mleko do miasta, pomagała w gospodarstwie bo od rodziny się nie odmawia, prawda?

Matka nigdy nie dowiedziała się, co się stało. Jadwiga była w piątym miesiącu, kiedy odeszła cicho, we śnie, zostawiając córkę samą na świecie.

Ciotka, która przyjechała pomóc, od razu wypięła się na Jadwigę i jej dziecko.

Sama narobiłaś, sama sobie radź! Dlaczego od razu nie poszłaś do dzielnicowego?! Teraz byłabyś za mąż, a nie… Nie licz na mnie!

Ledwo stojąc na nogach i niewiele widząc od łez, nawet nie od razu zrozumiała, co jej powiedziano. Po kilku dniach, gdy wszystko dotarło, poszła na komisariat.

Jadwiga, czemu milczałaś tyle czasu? złapał się za głowę dzielnicowy. Oj, ja mu pokażę!

Pawła zamknęli.

Okazało się, że ten łapiduch miał dzieci po całej wsi. Aż siedmioro! Matki dzieci najpierw udawały nieświadomość, ale potem popuściły języka i sprawa ruszyła z miejsca.

Matka Pawła, gdy zapadł wyrok, publicznie przeklęła Jadwigę, splunęła jej pod nogi i życzyła, żeby urodziła chore dziecko lub wcale nie urodziła.

Ale mieszkańcy wsi Jadwigi nie skrzywdzili. W nocy bramę Bugajom ktoś wysmarował smołą, a po paru miesiącach sprzedali dom i musieli się wynosić.

Tymczasem Jadwiga urodziła zdrowego, krępego chłopca zupełnie bez podobieństwa do Bugaja. Cały był do Nowaków: nos i uszy po dziadku, którego pamiętała jak przez mgłę, włosy i ciemne oczy po babci.

Sąsiedzi pomogli z gospodarstwem, z ubrankami dla małego. Ktoś przyniósł nawet kołyskę. Pieniądze po mamie Jadwiga wydawała roztropnie. Wiedziała, że samo urodzenie to dopiero początek samotne wychowywanie dziecka to zadanie z gwiazdką.

Ledwo ochłonęła, gdy z miasta przyjechała ciotka, z dwoma braćmi jej matki. Ich Jadwiga do tego dnia na oczy nie widziała, bo z matką byli skonfliktowani.

Posłuchaj, Jadzia Musisz się wyprowadzić. Ten dom jest nasz, rodziców, i będziemy go sprzedawać. Póki matka żyła, była umowa: ona mieszka, my nie ruszamy. Teraz wszystko się zmieniło.

To gdzie ja pójdę?

To twoja sprawa. Damy ci udział po matce. Przecież nie jesteśmy potworami, a reszta należy do nas.

Jadwiga zamyśliła się. Za tę część, którą oferowali, nie kupi we wsi nawet szopy. Trzeba będzie przenieść się do miasta a tam bez pomocy nikogo nie miała. Tu przynajmniej sąsiedzi pomagają, w mieście obcy świat. Ciotka patrzyła wilkiem. Nawet do kołyski podeszła i odwróciła się z pogardą, mamrocząc, że Jadwiga lepiej by zrobiła nie rodząc.

Ale Jadwiga już jej nie słuchała. Synka nikomu w krzywdę nie da. Po to go rodziła!

Rodzina wyjechała, a Jadwiga się rozkleiła. Jak tu nie płakać, gdy trzeba żegnać rodzinny dom?

W tym czasie plotki dotarły do każdego domu. Kłócili się i oceniali, ale też pomagali. Nazajutrz przyszedł do jej domu dzielnicowy.

Jadzia, mam rozwiązanie. W sąsiedniej wiosce wdowa sprzedaje połowę domu. Znam ją. Sama już nie daje rady. Dom duży, dzieci już porozjeżdżały się. W weekend cię tam zabiorę, poznasz ją, zobaczysz i zdecydujesz.

Dziękuję! Jadwiga prawie rzuciła się mu na szyję.

No to dobrze! A co z Frankiem?

Rośnie!

Zrobiwszy minę baranka do dziecka, dzielnicowy wyszedł. Jadwiga pogłaskała zdjęcie mamy, stojące na honorowym miejscu:

Damy sobie radę, mamusiu! Nic się nie martw!

Z panią Teresą Nowicką, właścicielką domu, Jadwiga szybko znalazła wspólny język.

Nie bój się mnie, Jadzia. Jestem łagodną osobą, ale nie znoszę bałaganu. Jeżeli będzie porządek i spokój, to się dogadamy. I maluchowi też pomogę jak pójdziesz do pracy. Ale na pogaduszki i spacery nie licz!

Czy praca znajdzie się w wiosce? Bardzo by się przydała

Znajdzie się! Moja koleżanka szuka sprzedawczyni do sklepu. Ma ich tu trzy. Chcesz, polecę cię?

Chcę!

Tak trzymać! I dwa kłopoty z głowy.

To właśnie w sklepie Jadwiga poznała Marka. Przyjechał do wioski, by pomóc matce, a ta wysłała go po zakupy.

Jadwiga zapakowała mu towar i nawet nie zauważyła, jak opowiada mu o sobie, o Franku, o pani Teresie, która stała się prawdziwą babcią, i o swojej przeszłości… Choć nigdy nie była rozmowna, przy Marku nie mogła się powstrzymać.

Marek słuchał i żegnał się już wiedząc, że nie będzie miał spokoju przez te wiśniowe oczy Jadwigi i jej cichy głos.

Nie wrócił jednak od razu. Jak miał opowiedzieć kobiecie, do której zapałał uczuciem, o swoim życiu? O żonie, która zniknęła bez śladu, zostawiając mu dwójkę małych dzieci, których babcia nie mogła pilnować przez chorobę dziadka? O synkach, które śmieją się i przytulają, ale nieraz płaczą nocą za kimś, kogo nawet nie pamiętają?

Marek nie wiedział, jak wyznać to Jadwidze, więc tylko kręcił się znów wokół sklepu, aż wreszcie odważył się wejść.

Nie wiedział jednak, że Jadwiga już wszystko o nim wie podpytała panią Teresę.

Ile lat ma ten twój starszy? zastrzeliła go pytaniem na wejściu.

Trzy kończy w tym tygodniu.

A młodszy?

Roczek minął.

Tak jak Franek

Jadzia…

Przedstawisz dzieci, potem zobaczymy.

I tak się zeszli.

Ślub był cichy i rodzinny. Po wszystkim pojechali nad Bałtyk z dziećmi Jadwiga cieszyła się z tej wycieczki jak dziecko. Nigdy nie widziała morza.

No bo jak tu się nie cieszyć, gdy ma się w końcu dom i własną rodzinę?!

Lecz szczęście trzeba było wywalczyć. Najpierw starszy syn zachorował i Jadwiga dwa miesiące spędziła z nim w szpitalu, zostawiając młodszych pod opieką teściowej.

Potem pojawiła się biologiczna matka chłopaków, żądając zwrotu dzieci. Wtedy Jadwiga pokazała pazur: nie oddała dzieci, pojechała do rodzinnej wioski po radę do dzielnicowego, przeszła wszystkie formalności w sądzie, aż w końcu mogła zostać matką także na papierze.

Była żona nie poczekała nawet na wyrok sądu zniknęła. Po ogłoszeniu decyzji, teściowa ściskając Jadwigę powiedziała:

Teraz mogę być spokojna o wnuki!

Czas płynął, dzieci rosły, a Jadwiga była wciąż tą samą: trochę nieśmiałą, bardzo spokojną, uśmiechniętą, lubianą w całej wiosce. Każdy wiedział łagodność Jadwigi to tylko do czasu. Jak ktoś dotknie rodziny, rzuci się, jak lwica bronić bliskich.

I nagle słyszy, że ona ma nie być kobietą?!

Przez całą noc po otrzymaniu karty nie mogła spać. Przewracała się, co chwilę podchodziła do lusterka, przyglądała sobie się raz z jednej, raz z drugiej strony, próbując zrozumieć, co jest nie tak. Męża nie spyta obraziła się. Następnego ranka, wyprawiając dzieci do przedszkola i szkoły, ruszyła do Gosi, najlepszej przyjaciółki.

Gosia, co robić?!

Gosia była taka jak Jadwiga, trochę z głową w chmurach. Najmądrzejszym wydawał się jej poradnik z kobiecych magazynów skoro są, muszą pisać coś wartościowego! Po zgarnięciu wszystkich gazetek, zrobiły sobie w kuchni czytelnię. Po pół godzinie już wiedziały: prawdziwa kobieta powinna się zdrowo odżywiać, właściwie ubierać, dobrze malować i… robić wszystko idealnie, bo inaczej to niby nie kobieta, tylko dodatkiem do świata, i to nie zawsze z kokardką.

Kokardki Jadwiga kupować nie zamierzała, ale do Krakowa z Gosią pojechała. Kupiła sobie dobrą kosmetykę, nową koszulę nocną i przepiękne szpilki, których w domu bała się nawet wyciągnąć z pudełka by chłopaki nie zepsuli.

Ale Marek nie docenił starań Jadwigi. Niemal kończyła cieniować powieki, gdy do łazienki wparował Marek, a ona odruchowo wbiła sobie pędzelek w oko! W tej chwili stwierdziła, że bycie prawdziwą kobietą wcale jej się nie podoba.

Jadzia, co się stało?! Marek aż podskoczył ze strachu widząc, jak żona podskakuje na jednej nodze, łzy jak grochy z oczu, próbuje trzeć powiekę.

Twoja wina! wycedziła przez zęby Jadwiga, przypominając sobie, że powinna zmyć makijaż a nie rozmazując go jeszcze bardziej. Chcesz kobiety?! To co ja niby jestem?!

Marek, gdy pojął sytuację, złapał żonę, zatrzymując cały jej popłoch w łazience.

Daj, świrku! Pomogę.

Delikatnie przemywając jej twarz, przemawiał spokojnie:

Jestem gamoniem, ale ty nie lepsza. Przecież wiesz, że nie umiem ładnie mówić. Zamiast pytać, wymyśliłaś sobie sama i się obraziłaś!

To po co mi dałeś pieniądze i zarzut, że nie jestem kobietą? próbowała protestować, ale Marek utulił ją mocniej.

Bo ile my już razem mieszkamy, a sobie nigdy niczego nie kupiłaś. Wszystko dzieciom i mnie, nawet moją matkę obstawiasz prezentami, a siebie nigdy! Tak nie może być! Dałem ci pieniądze, żebyś kupiła coś, co tylko TY chcesz, jak dowolna kobieta na zakupach!

Wtedy Jadwiga wybuchła takim śmiechem, że aż sama nie wierzyła. Dzieci przybiegły, myśląc najpierw, że mama płacze, więc trzeba było czasu, by je uspokoić.

Wieczorem, gdy dzieci już spały, wyszła na ganek, podniosła umytą twarz do gwiazd i uśmiechnęła się do wspomnień z tego dnia.

Wszystkich ukisiłem! wyjdzie do niej Marek i usiądzie obok na schodach.

Dobrze przykryte?

Nie wątpię ogórki będą mistrzowskie!

I dobrze, przydadzą się… Jadwiga uśmiechnie się i położy mężowi dłoń na brzuchu.

No nie mów! I ty mi nic nie powiedziałaś?! Marek wykrzyknie, obejmując ją mocno.

Kiedy miałam? Ty tylko ogórki i wymagania… Dla mnie wiecznie nie masz czasu!

Chciała coś jeszcze dodać, ale Marek uciszył ją pocałunkiem. Najpierw na przypomnienie, że kobieta nie powinna o sobie zapominać, a potem przytulił mocniej, żeby wiedziała, że jej miejsce jest tuż przy jego sercu, trochę na ukos, dokładnie tam, gdzie dusza oddycha.

Oceń artykuł
TwojaCena
Prawdziwa Polka