Prawdziwa kobieta

Prawdziwa kobieta

Zosiu, gdzie ty jesteś?! Przynieś te ogórki! Ile mam jeszcze czekać?!

Sądząc po podniesionym głosie, mąż był już mocno zirytowany. Ale Zosia była zajęta. Starannie malowała lewe oko, co chwilę kończąc przejeżdżać nową, piekielnie drogą maskarą po rzęsach, i podziwiała efekt w lusterku. Prawe oko, dzięki cieniom, eyelinerowi i tuszowi, od których Ola przyjaciółka Zosi mówiła, że tak to można się malować tylko do opery, zrobiło się dwa razy większe niż zwykle i trochę nawet straszyło. Ale zatrzymać się na tym Zosia nie zamierzała.

Nie miała teraz czasu spoglądać na ogórki, które moczyły się w wannie.

A wszystko to przez to, że ledwie tydzień temu jej mąż, Wojtek, ten sam, który teraz pichcił w kuchni i zamykał słoiki z ogórkami na zimę, oznajmił niespodziewanie:

Chciałbym, żebyś stała się prawdziwą kobietą!

I wręczył jej swoją kartę z oszczędnościami, zbieranymi przez cały rok.

Zosia była w takim szoku, że prawie spadła z taboretu.

Najpierw miała ochotę awanturę wykręcić. Bo skoro Wojtek ukrył przed nią jakieś oszczędności, to co jeszcze przed nią ukrywał? Może wcale nie oddawał całej pensji? A może coś jeszcze? Myśli kłębiły się jedna za drugą, złościła się coraz bardziej.

Ale zaraz przyszła jej do głowy kolejna myśl. Zamiast wrzeszczeć, jak planowała, osunęła się na taboret w kuchni i zapomniała zupełnie o niedogotowanym barszczu, który już wykipywał na kuchence.

Prawdziwą kobietą? To jak to rozumieć?!

Aż się zagotowało w niej wszystko. Chciała wrzasnąć, potłuc nowiutki, jeszcze niedawno podarowany przez teściową serwis ten, o którym marzyła jak o żadnej innej rzeczy na świecie. Porcelana kosztowała fortunę; Zosi śniła się po nocach. A teściowa po prostu ją podarowała! Zosia aż się rozpłakała, oglądając talerze, a teściowa, śmiejąc się, powiedziała:

Oj, Zosieńko! Co ty taka naiwna jesteś? Ja dla was wszystko zrobię, tylko bądźcie szczęśliwi!

Dlaczego teściowa tak postąpiła, Zosia nie wiedziała, ale nie próbowała pytać. Przytuliła ją, syna, wycałowała wnuki i wróciła do siebie nigdy nie lubiła długo gościć u kogoś, bo gospodarstwo czeka.

Zosia nie protestowała. Przywoziła dzieci na weekend, pilnowała porządku i za każdym razem zastanawiała się, jak jeszcze uszczęśliwić tę, która tak spokojnie przyjęła ją do rodziny.

Chociaż jej było za co wytknąć. Jeśli nawet najbliżsi dąsali się na nią, to co dopiero obca kobieta, którą raz w życiu przed ślubem widziała… Wojtek wziął ją kiedyś z synkiem na przedstawienie do matki, a Zosia długo nie mogła się zebrać, żeby wysiąść z auta, patrząc na śpiącego syna, dopytując Wojtka:

Może nie trzeba? Co ja powiem? A ona mnie… może wyrzucić!

Skąd ci to do głowy przyszło? dziwił się Wojtek.

Bo kiedy urodziłam Marka, ciotka mnie wyrzuciła z domu, miała dość hańby. A twoja mama niby mnie z dzieckiem na rękach od razu przyjmie? Na pewno nie…

Nie wyciągaj wniosków za szybko może jeszcze cię zaskoczy.

Zosia wcale nie chciała się zdziwić. Ale nie wraca się już przez zamkniętą furtkę musiała brać śpiącego synka na ręce i iść za Wojtkiem.

Danuta, mama Wojtka, faktycznie ją zaskoczyła przywitała się chłodno, popatrzyła w skupieniu, a potem wyciągnęła ręce:

Dasz? Położę go w mojej sypialni, bidulek się zmęczył.

I Zosia, sama nie wiedząc czemu, po prostu oddała jej synka. Ten ledwie się ocknął, objął Danutę za szyję, zamruczał coś pod nosem i znów zasnął.

Babcią Marek zaczął wołać Danutę, gdy tylko się nauczył i tym samym zdobyła Zosina serce.

Marek przyszedł na świat wcześnie gdy Zosia miała osiemnaście lat. Kto był ojcem, wiedzieli wszyscy w miasteczku i plotkowali, czy Jasiek Nowak się z nią ożeni, czy jak zwykle tylko pobawi, jak inne dziewczyny. Jasiek miał najgorszą opinię a Zosia dobrze o tym wiedziała. Starała się go unikać.

Ale Jasiek miał dar mówienia wiedział, jak zagadać, jak skraść duszę, a jak nie siłą brał, aż dziewczynie nie zostawało nic innego, jak udawać, że nic się nie stało.

Zosia nie była z tych, co milczą.

Wróciła kiedyś z miasta późno, autobus dojechał tylko do sąsiedniej wsi. Szła piechotą przez pola, kiedy Jaśkowy maluch ją dogonił.

Co tak późno i sama? Wsiadaj, podwiozę.

Nie trzeba, Jaśku, dziękuję! Sama pójdę!

Nie zdążyła nawet uciec…

Wróciła do domu w podartym płaszczu i zalana łzami. Zamiast wejść do mieszkania, poszła od razu do łazienki, próbując do rana zmyć z siebie Jaśkową nachalność. Płakała, złościła się, przeklinała własną nieostrożność i szukała sposobu, by mama się nie dowiedziała. Lekarz ostrzegł, że serce jej matki jest słabe i najmniejsze zmartwienie może ją zabić.

Czy Zosia rozumiała? Jak najbardziej. Poza mamą nikogo nie miała.

Mama nie dowiedziała się nigdy. Zmarła, gdy Zosia była w piątym miesiącu ciąży cicho, we śnie, zostawiając córkę całkiem samą.

Ciotka, która przyjechała pomóc, od razu się wyrzekła:

Sama się wpakowałaś sama sobie radź! Po co nie zgłosiłaś tego na policję?! Może by już żona z ciebie była, a tak… nie będę się wtrącać! Mam swoje sprawy!

Prawie nic wtedy Zosia nie rozumiała, była ślepa od łez. A kilka dni później zorientowała się wreszcie, że nie ma na kogo liczyć wtedy poszła na policję.

Zosiu, dlaczego wcześniej nic nie powiedziałaś?! złapał się za głowę policjant. Ja mu już pokażę!

I Jasiek trafił za kratki.

Wyszło wtedy na jaw, że niejedno dziecko miał po całej okolicy aż siedem! Matki dzieci początkowo milczały, potem zaczęły mówić i sprawa ruszyła.

Matka Jaśka, jak sąd wydał wyrok, publicznie przeklęła Zosię, życząc, by jej dziecko urodziło się chore lub wcale.

Ludzie we wsi nie dali jednak Zosi skrzywdzić. Tej nocy ktoś wysmarował ich bramę smołą i wymusili sprzedaż domu i wyjazd.

Zosia urodziła zdrowego, silnego synka, Mareczka, nic a nic niepodobnego do Jaśka cały w Zosi rodzinę. Nos i uszy po ojcu Zosi, którego sama prawie nie pamiętała, brązowe loki i oczy jak wisienki po babci.

Sąsiedzi pomagali przy gospodarstwie, przynieśli ciuszki, nawet kołyskę ktoś dał. Pieniądze po matce wydawała roztropnie, wiedząc, że urodzić to jedno, ale wychować samodzielnie to już wyzwanie.

Ledwo Zosia zaczęła jakoś się urządzać, nagle z miasta zjawiła się ciotka, a z nią bracia zmarłej matki, których Zosia nie znała.

Musisz się wyprowadzić! naburmusili się na progu. Dom jest rodzinny. Teraz podzielimy go sprawiedliwie. Matko żyła, nie było rozmowy, ale teraz wszystko się zmienia. Potrzeba nam pieniędzy. Będziemy sprzedawać.

A ja? zapytała cicho Zosia.

To już twoja sprawa. Damy ci część po matce, nie jesteśmy potworami. A dalej radź sobie.

Za te pieniądze nie kupiłaby nawet najmniejszej chaty w okolicy. Trzeba będzie przeprowadzić się do miasta. Ale tam nikogo nie ma, tylko obcy… Serca było szkoda.

I podczas gdy Zosia się martwiła, sąsiedzi szybko rozpuścili wieści po okolicy. Jedni kręcili nosem na rodzinę, inni na Zosię, nie rozumiejąc jej wyboru. Plotkowali, ale też pomagali. Następnego dnia przyszedł do Zosi miejscowy dzielnicowy.

Zosiu, posłuchaj… W sąsiedniej wsi pani sprzedaje pół domu. Dobra kobieta, wiem coś o niej. Mąż zmarł, dzieci się rozjechały, samotnie jej ciężko. Dom ogromny, zobaczysz w sobotę. Jak się dogadacie, zdecydujesz.

Dziękuję rzuciła Zosia, niemal rzucając się mu na szyję.

Jak Marek?

Rośnie powiedziała, po czym pogłaskała zdjęcie mamy.

Nie zginiemy, mamusiu! szepnęła. Jakoś damy radę.

Z Tatianą, właścicielką domu, od razu się polubiła.

Nie bój się, Zosiu. Jestem spokojna, tylko bałaganu nie lubię. Jeśli u ciebie porządek, i ze mną będzie zgoda. Pomogę z dzieckiem, jeśli będziesz pracować. Ale jak na spacer pójdziecie to beze mnie!

A jest praca w wiosce? Przydałaby się.

Pewnie! Moja koleżanka szuka sprzedawczyni do sklepu. Trzy punkty w okolicy, ostatnio nowy otworzyła. Polecić cię?

Bardzo proszę!

Tak więc trafiła Zosia do sklepu i tam poznała Wojtka. Przyjechał, by pomóc matce, którą prosiła, żeby coś dokupił.

Zosia pakowała mu zakupy i nawet nie zauważyła, jak wypaplała wszystko i o Marku, i o Tatianie, która została babcią dla synka, i o sobie… Nigdy dotąd nie była gadatliwa, a tu proszę! Rozgadała się.

Wojtek jej nie przerywał. Słuchał i wiedział już, że te oczy i głos Zosi rozbrzmiewać będą w nim często. Jeszcze nie wiedział, jak wyjaśnić, że jego życie to nie bajka. Żona go zostawiła, zniknęła w nocy, zostawiając dwójkę maluchów, jednym zaledwie trzy miesiące. Został sam z dziećmi matka była przy chorym ojcu i nie mogła pomóc. Chłopcy czasem płakali nocami, wołając matkę, której nie znali albo nie pamiętali.

Wojtek nie wiedział, jak o tym powiedzieć Zosi. Dlatego kręcił się w pobliżu sklepu i nie miał odwagi wejść.

Nie przewidział, że Zosia też o nim myśli. Popytała Tatianę, a gdy pojawił się ponownie, już wszystko wiedziała.

Twój starszy ile ma? wypaliła z progu.

Za parę dni skończy trzy lata.

A młodszy?

Właśnie roczek.

Jak mój Marek.

Zosiu…

Poznaj mnie z dziećmi, zobaczymy.

I tak się zaczęło.

Ślub wzięli kameralnie, tylko wśród najbliższych, a po weselu pojechali z dziećmi nad Bałtyk. Zosia cieszyła się tym wyjazdem jak dziecko nigdzie nie bywała wcześniej.

Jak tu się nie cieszyć? Miała wreszcie rodzinę, męża, dzieci, poczucie szczęścia.

Ale nie od razu wszystko było łatwe. Najpierw chorował starszy syn i Zosia spędziła z nim niemal dwa miesiące w szpitalu, powierzając młodsze maluchy teściowej.

Potem zjawiła się biologiczna matka chłopców, żeby je zabrać. Tu już Zosia pokazała pazur dzieci nie oddała, załatwiła sprawy w sądzie razem ze wsparciem dzielnicowego z rodzinnej wsi i została formalnie matką.

Tamta kobieta znikła, zanim sąd zdążył wydać wyrok. A Zosia odetchnęła z ulgą, gdy po rozprawie teściowa powiedziała:

Teraz już jestem spokojna o dzieci!

Czas płynął, dzieci rosły, a Zosia pozostawała taka jak dawniej nieśmiała, cicha, uśmiechnięta, ale wszyscy wiedzieli, że pod tą łagodnością kryje się lwica, gotowa skoczyć w obronie swoich.

I tak przyszła ta scena z prawdziwą kobietą.

Całą noc po wręczeniu karty spać nie mogła. Kręciła się, spoglądała w lusterko, próbując dojść, co z nią nie tak. Nie chciała pytać męża była obrażona. Rano, odprowadziwszy dzieci do przedszkola i szkoły, pobiegła do swojej przyjaciółki Haliny.

Halu, co mam robić?!

Halina była do niej podobna, też trochę z głową w chmurach. Postanowiła zaciągnąć rady od mądrych magazynów dla kobiet. Jeśli już ktoś pisał, to musi być coś z sensem!

Zebrała stos czasopism, zasiedli i dowiedziały się szybko, że prawdziwa kobieta musi się zdrowo odżywiać, odpowiednio ubierać, umieć się malować i w ogóle być idealną, bo jak nie, to nie wiadomo kto i jeszcze kokardy nie ma. A jak biednemu Zosi baniek nie dano!

Baniek nie kupiła, ale z Haliną pojechała do miasta, kupiła dobrą kosmetykę, śliczną koszulę nocną i piękne buty, których bała się w domu wyjąć, by dzieci nie zniszczyły.

Ale Wojtek wcale nie docenił jej wysiłków.

Kiedy kończyła malować cienie na powiece, drzwi do łazienki się otworzyły i Zosia trafiła pędzelkiem prosto w oko! I wtedy uznała, że wcale nie chce być prawdziwą kobietą.

Zosieńko, co ci?! krzyknął Wojtek, widząc, jak podskakuje na jednej nodze, popłakując i trąc oczy.

To przez ciebie! syknęła Zosia przez zęby, w końcu umyła z twarzy ten mozolny makijaż, który zdążyła rozmazać. Chciałeś kobiety?! To ja niby kto?!

Wojtek objął ją, jeszcze mocniej, przerywając jej bieg po łazience:

Czekaj, kochana! Daj, pomogę!

Otulił jej twarz dłońmi, delikatnie ją myjąc i mówił:

Jasne, głupi jestem, ale ty też niezła. Wiesz, że nie umiem się gładko wypowiadać. A ty nie spytasz, tylko wpadasz w złość!

To po co dałeś mi pieniądze i narzekałeś, że nie jestem kobietą? zapytała, próbując wymknąć się z objęć.

Bo, odkąd jesteśmy razem, dla siebie nigdy nic nie kupiłaś! Wszystko dla dzieci, dla mnie, nawet moją mamę rozpieszczasz, a siebie nigdy. To ja pomyślałem, dam ci pieniądze, wydasz na siebie, na co chcesz. Tak jak te kobiety, co w sklepach wszystko biorą na chybił-trafił.

Zosia wybuchła śmiechem, śmiała się tak długo, że aż dzieci przybiegły, myśląc, że płacze, i trzeba było długo uspokajać dom.

A wieczorem, gdy wszystko ucichło, Zosia wyszła na ganek, podniosła czystą twarz do gwiazd i uśmiechnęła się do siebie, wspominając ten rozgardiasz.

No! Ostatnich ogórków się pozbyłem! dołączył do niej Wojtek, siadając na schodku obok.

Dobrze zakręciłeś?

Jak trzeba! Ogórasy będą tiptop!

Oby! Przydadzą mi się bardzo! Zosia uśmiechnęła się i położyła rękę męża na swoim brzuchu.

Naprawdę?! I nic nie powiedziałaś?! zawołał Wojtek, przytulając ją mocno.

Kiedy tu ogórki, tu prośby, dla mnie czasu brak! droczyła się Zosia.

Chciała jeszcze coś dopowiedzieć, ale mąż nie pozwolił.

Najpierw ją pocałował, żeby pamiętała, czego kobieta nie może zapominać, potem przyciągnął do siebie mocniej by wiedziała, gdzie jej miejsce.

Tuż przy sercu, lekko z boku tam, gdzie dusza oddycha…

Dziś wiem jedno: prawdziwą kobietą nie zostaje się przez makijaż czy nowe pantofle. Wystarczy być sobą opanować, wybaczyć, przetrwać. A potem śmiać się i czuć, że dom to twoje miejsce.

Oceń artykuł
TwojaCena
Prawdziwa kobieta