Zbliżały się urodziny mojego męża. Nie były one okrągłe, więc postanowiliśmy świętować w rodzinnym gronie. Chcąc sprawić przyjemność Pawłowi, postanowiłam upiec jego ulubione ciasto. Podczas, gdy ja przygotowywałam wszystkie, potrzebne składniki, nasza mała córeczka, cały czas kręciła się wokół mnie i zadawała mi mnóstwo pytań. Zosia miała wtedy trzy lata. Była bardzo dociekliwym dzieckiem, chciała wiedzieć wszystko. Aby nie plątała się pod nogami, posadziłam ją na krześle i cierpliwie odpowiadałam na wszystkie jej pytania. Ciekawość dziecka musi być zaspokojona.
Podczas, gdy ja robiłam ciasto, Zosia zdążyła zapamiętać nazwy wszystkich składników. Kiedy upiekłam biszkopty, zaczęłam je nasączać moim specjalnym likierem wiśniowym.
– Mamo, co to jest ten soczek, ma naprawdę fajny smak.
Mały palec wskazał na butelkę likieru.
– To likier.
– Czy mogę go pić?
– Nie!
– Dlaczego?
– Jest bardzo szkodliwy dla dzieci!
– Czy to trucizna?
– Prawie.
Moja córka zagryzła w zamyśleniu dolną wargę. Podczas gdy ja przygotowywałam krem, Zosia pospiesznie zsunęła się z krzesła i pobiegła do salonu, gdzie mój mąż oglądał telewizję.
Kilka minut później, do kuchni wszedł Paweł.
– Aniu, czy Ty mnie chociaż trochę lubisz?
Zaskoczyło mnie to pytanie.
– Co masz na myśli? Przecież dobrze Cię traktuję. Widzisz, że piekę Twoje ulubione ciasto.
– Dlaczego postanowiłaś mnie otruć?
Moja brew wygięła się w łuk ze zdziwienia.
– Zosia przybiegła i szepnęła mi do ucha, że nie powinienem jutro jeść ciasta, bo mama dosypała do niego trucizny.
Ta historia stała się żartem w naszej rodzinie. Mój mąż długo mi wypominał z uśmiechem, że chciałam go otruć w jego urodziny.



