Podczas mojej pracy nauczycielskiej zdarzyła się taka historia: w mojej grupie był chłopiec o imieniu Jasiek. Urodził się z wieloma schorzeniami – opóźnieniem rozwoju, problemami z sercem oraz rozszczepem wargi i podniebienia.

W mojej nauczycielskiej karierze zdarzył się taki przypadek. W mojej grupie był chłopiec o imieniu Kuba. Urodził się z wieloma wadami opóźnienie rozwoju, problemy z sercem, a do tego rozszczep wargi i podniebienia.
Do czwartego roku życia praktycznie nie dało się zrozumieć, co mówi, a dopiero po wielu zajęciach z różnymi specjalistami, w wieku sześciu lat, jego mowa stała się w miarę zrozumiała. Mówił wyraźnie przez nos, z charakterystycznym gardłowym brzmieniem, ale już dało się rozpoznać wypowiadane przez niego słowa.

Zbliżał się Dzień Kobiet, ostatni pożegnalny rok przedszkola. Postanowiliśmy powierzyć Kubie fragment wiersza do recytacji żeby się przełamał, bo miał kompleksy przez swoją mowę i blizny na ustach. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, jak duże ryzyko podejmujemy i na jaki stres narażamy chłopca. Ale przecież nie można wychowywać ludzi w cieplarnianych warunkach. On MUSIAŁ tego spróbować, żeby uwierzyć w siebie, udowodnić, że jest taki jak inne dzieci.

W dodatku bardzo tego chciał: gdy inne dzieci recytowały wiersze, Kuba powtarzał je po cichu, poruszając ustami.

Jemu właśnie przypadł we fragmencie wiersz o mamach. Jego mama bardzo się ucieszyła, że Jerzyk uczy się wierszyka nawet na to nie liczyła. Kuba też nie był pewien, czy mu zaufamy, bo różnił się od rówieśników.

Oboje bardzo się przyłożyli. Dzień w dzień Kuba powtarzał fragment przed lustrem, przed mamą, czasem po cichu, czasem głośno, przed rodziną, czasami współzawodniczyli między sobą.

W końcu nadszedł dzień występu. Nadeszła kolej Kuby na recytację wiersza. Wystraszony był niesamowicie, ale nie wycofał się. Powiedział, że występuje tylko dla mamy, właśnie po to się nauczył.

Wyszedł na scenę, ubrany elegancko, w garniturze i z muszką, stanął i zaczął czytać. Pięknie, wyraźnie zaczął. Jednak po chwili czy to z nerwów, czy może ze zmęczenia, zaczął się mylić. Doszedł do fragmentu:
Z klatki schodowej odpowiedział Witek: Mama jest pilotem? I co z tego? A u Kuby na przykład Mama jest (tu napięcie rosło, przypominał sobie trudne słowo) Mama jest… klima-to-lo-żką!

Na sali rozległ się lekki śmiech. Kuba się zaczerwienił, spuścił głowę, włożył ręce do kieszeni i się nadąsał, ale kontynuował:
A u Tomka i u Poli Obie mamy są

Klimatolożki! ktoś z ostatnich rzędów krzyknął figlarnie. I wtedy wszyscy puścili się śmiać na głos.

Kuba się odwrócił i wybiegł. Złapałem go przy schodach. Stał wtulony w ścianę, ocierając rękawem zły płacz. Uklęknąłem przy nim i powiedziałem, że ten, kto krzyczał, był nie w porządku, tylko głupio żartował. Zapytałem, czy chciałby spróbować jeszcze raz, powiedzieć wiersz mamie i mi. Tym razem ze słowem policjant. A ja, jeśli będzie trzeba, pomogę mu. Pociągał nosem i kręcił głową. Po chwili namysłu wyznał, że chce, dla mamy, ale się boi. Obiecałem, że będę stać obok, trzymać go za rękę i od razu podpowiem, kiedy będzie trzeba.

Zgodził się. Oddałem Kubusia pod opiekę pani woźnej, żeby otarła mu buzię, i wróciłem na salę. Gdy zakończył się kolejny występ, poprosiłem o głos.

Do dziś pamiętam swoje słowa, choć minęło już wiele lat:
Kuba ma sześć lat. Większość swojego krótkiego życia spędził w szpitalach i sanatoriach. Przeszedł więcej operacji niż miał urodzin. Przez długi czas nie mógł mówić, dopiero w tym roku nauczył się mówić wyraźnie. Dziś wziął się na odwagę i wyszedł przed państwem, żeby przeczytać wierszyk. I bardzo tego chce, ale tylko dla swojej mamy. Proszę, wysłuchajcie go. To dla niego ogromne wyzwanie.

W sali zapanowała cisza. Wyprowadziłem Kubę zza kurtyny, stawiał opór, patrzył w podłogę. Śmieszny, krępy chłopczyk ze sterczącą wargą. Opłakany, ale dzielny.

Dawaj, Kuba! zawołała jego mama.

Dalej, Kuba! krzyknął ten sam żartowniś z końca sali. Przykucnąłem przy chłopcu i wziąłem go za rękę.

Kuba, odważ się szepnąłem. Dla mamy. Kuba wziął głęboki oddech i zaczął od początku. Dobiegając do słów Z klatki schodowej odpowiedział Witek: Mama jest pilotem? I co z tego!, poczerwieniał, ale nie przestał:
A u Kuby na przykład Mama jest po-li-cjan-tem! A u Tomka i Oli Obie mamy in-ży-nier-ki!

I z wyzwaniem spojrzał na publiczność.

Takiej owacji nasza przedszkolna sala jeszcze nie widziała. Klaszczeli wszyscy rodzice, dzieci, wychowawczynie, cały personel. Niektórzy wstali. Kuba już nie mógł dalej mówić hałas był ogromny.

Ale nie musiał, już wszystko udowodnił.

Po uroczystości podeszła do mnie pani od rytmiki.

Ja cię kiedyś wsadzę na taczkę! powiedziała mi.
A ja się rozpłakałem. Wszystkie napięcia z tego dnia musiały znaleźć ujście. Kobieta westchnęła, zamknęła drzwi, usadziła mnie i ciągnęła dalej:
Niewiele brakowało, żebyś zepsuł całą imprezę, ale… Zwycięzców się nie sądzi. A dziś ty i Kuba triumfowaliście. Utrzyj nos i wracaj do dzieci.

Dlaczego wspominam ten dzień teraz, po trzynastu latach? Bo niedawno spotkałem mamę Kuby na ulicy i mnie poznała. Powiedziała, że Kuba w tym roku dostał się na studia, na miejsce dzienne z budżetu, od razu za pierwszym razem, zdał wszystkie egzaminy śpiewająco. I wiecie, na jaki wydział? Filologię polską!

Przekazała mi słowa syna: Gdyby nie tamten przypadek, zostałbym niepełnosprawnym do końca życia.

A co w tej historii jest najważniejsze? Wytrwałość, charakter… I to, co najważniejsze: z niepełnosprawnego chłopca wyrósł pełnowartościowy człowiek! Dzięki ludziom wokół! Bądźmy bardziej wyrozumiali i życzliwi!

Oceń artykuł
TwojaCena
Podczas mojej pracy nauczycielskiej zdarzyła się taka historia: w mojej grupie był chłopiec o imieniu Jasiek. Urodził się z wieloma schorzeniami – opóźnieniem rozwoju, problemami z sercem oraz rozszczepem wargi i podniebienia.