Podczas mojej pracy jako nauczyciel zdarzyła się wyjątkowa sytuacja – do mojej grupy przyszedł chłopiec, Kubuś, który urodził się z wieloma schorzeniami: opóźnieniem rozwoju, problemami z sercem oraz rozszczepem wargi i podniebienia.

Była w mojej pracy nauczycielskiej taka sytuacja, która mocno zapadła mi w pamięć. Do mojej grupy w przedszkolu chodził chłopiec, Krzysio Jabłoński. Urodził się z wieloma wadami miał opóźniony rozwój, problemy z serduszkiem, a do tego rozszczep wargi i podniebienia.

Przez pierwsze cztery lata życia zupełnie nie wiadomo było, co Krzysio mówi. Dopiero po wielu wizytach u specjalistów i ciężkiej pracy nad mową, około szóstego roku życia, jego wypowiedzi stały się zrozumiałe. Wciąż mówił przez nos i miało to specyficzne, gardłowe brzmienie, ale można już było rozszyfrować, co chce przekazać.

Zbliżał się właśnie Dzień Kobiet, Krzysio był wtedy w ostatniej, „zerówkowej” grupie, tuż przed szkołą. Postanowiliśmy, że on też powinien dostać swoją kwestię do recytowania wiersza żeby się przełamał, bo sam miał olbrzymie opory przez swoją mowę oraz przez blizny na ustach. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, jak dużego wysiłku i stresu to będzie go kosztowało. Ale człowieka nie zatrzyma się pod szklanym kloszem musiał tego spróbować, by uwierzyć w siebie i pokazać, że jest taki sam jak inni.

Tym bardziej, że on tego bardzo chciał gdy dzieci ćwiczyły wierszyki, Krzysio za nimi powtarzał, poruszając ustami bez głosu.

Dostał fragment wiersza o mamach. Jego mama, pani Zuzanna, była bardzo wzruszona nie liczyła, że jej syn dostanie swoje zadanie. Krzysio też nie wierzył, że mu pozwolimy wiedział, że różni się od innych dzieci.

I tak, codziennie z wielkim zaangażowaniem oboje ćwiczyli ten wiersz: przed lustrem, razem, osobno, cicho i głośno, przed rodziną, na wyścigi, jak tylko mogli.

W końcu nadszedł dzień występu. Przyszła kolej na Krzysia. Dzieciak stresował się bardzo, ale nie wycofał się mówił, że chce czytać tylko dla mamy, po to się nauczył tego wierszyka.

Wyszedł na scenę w eleganckim garniturku z muszką. Zaczął spokojnie, dość głośno i wyraźnie. W połowie się jednak wyraźnie zmęczył, jakby coś go przestraszyło, zaczął się jąkać. Dobiegł do wersów:
 
Ze schodów odpowiedział Wojtek:
Mama pilotem? No i co z tego? A u Krzysia, na przykład, Mama jest (tu bardzo się skupił, usiłując sobie przypomnieć trudne słowo)
 
Mama klim klimy klimatyzator!
 
Na widowni rozległy się śmieszki. Krzysio spąsowiał, opuścił głowę i wsunął ręce do kieszeni, ale nie przerwał:
 
A u Tomka i u Jagody Mamy są
Klimatyzatory! zawołał ktoś z końca sali. Tym razem już wszyscy wybuchnęli śmiechem.
 
Krzysio obrócił się na pięcie i wybiegł z sali. Dogoniłem go przy schodach. Stał tam, wtulony w ścianę, i ocierał łzy rękawem, zły i załamany. Uklęknąłem przy nim i powiedziałem, że ten, kto krzyknął, źle zrobił i to był bardzo głupi żart. Spytałem, czy chce spróbować jeszcze raz, dla mamy i dla mnie, tym razem ze słowem milicjant. Obiecałem mu, że będę stał obok i jeśli tylko się potknie podpowiem od razu.

Z początku tylko kręcił głową, pociągał nosem i wzbraniał się. Po chwili jednak przytaknął cicho: chce spróbować dla mamy, ale boi się bardzo. Uspokoiłem go, że będę z nim za rękę przez cały czas.

Poprosiłem opiekunkę, żeby otarła mu buzię i wróciłem na salę. Po kolejnym występie wyszedłem na scenę i poprosiłem rodziców o uwagę. Choć od tego wydarzenia minęło wiele lat, do tej pory pamiętam swoje słowa:
  
Krzysiowi ma sześć lat. Większość swojego krótkiego życia spędził w szpitalach i sanatoriach miał więcej operacji niż urodzin. Długo nie mógł mówić, ale dzięki wytrwałości w tym roku nauczył się już mówić wyraźnie i zebrał odwagę, by przed wami wystąpić. Bardzo prosi, byście mu pozwolili przeczytać wiersz, tylko dla swojej mamy. Proszę, wysłuchajcie go to dla niego wielki wysiłek.

Sala ucichła. Wyprowadziłem Krzysia zza kulis szedł z głową w dół i niepewnie stawiał kroki. Mały, krępy chłopiec z wystającą dolną wargą i łzami w oczach stał tam cały skupiony.

Krzysiu, dasz radę! zawołała jego mama.
Krzysiu, do dzieła! dorzucił ten sam żartowniś z końca sali. Usiadłem obok chłopca i ująłem jego rękę.
Pamiętaj, Krzysiu, dla mamy szepnąłem.

Krzysio wziął głęboki oddech i zaczął od początku. Gdy dotarł do wersów
Ze schodów odpowiedział Wojtek:
Mama pilotem? No i co z tego!
 
znów się zaczerwienił, ale brnął dalej:
A u Krzysia, na przykład, Mama mi-li-cjant!
A u Tomka i u Jagody Obie mamy inżynierki!

Rozejrzał się po sali z odwagą. Taka owacja przedszkolnej sali jeszcze nie spotkała klaskali wszyscy: rodzice, dzieci, wychowawczynie, panie z kuchni. Niektórzy na stojąco. Krzysio nie był już w stanie powiedzieć więcej sala zatonęła w brawach.

Ale już niczego więcej nie musiał udowadniać.

Po zakończeniu uroczystości pani Ewa, nasza pani od muzyki, podeszła do mnie z boku.
Powinno się ciebie wyśmiać powiedziała szczerze że doprowadziłaś do prawie katastrofy na święcie, ale Zwycięzców się nie ocenia. Ty z Krzysiem jesteście zwycięzcami. Idź, opanuj emocje i wracaj do dzieci.

Popłakałem się wtedy cały stres i napięcie wybuchły nagle. Pani Ewa kiwnęła głową i pomogła mi się uspokoić.

Dlaczego właśnie dzisiaj wspominam tę historię, po tylu latach? Bo niedawno spotkałem na ulicy panią Zuzannę, mamę Krzysia. Poznała mnie i opowiedziała, że Krzysio w tym roku dostał się na filologię na Uniwersytet Warszawski, i to na studia dzienne wszystkie egzaminy świetnie zdał! Przekazała mi również jego słowa: Gdyby nie tamten dzień, dalej czułbym się niepełnosprawny.

Co jest najistotniejsze w tej historii? Upór, wewnętrzna siła Najważniejsze, że z chłopca, któremu dawano etykietę niepełnosprawnego, wyrósł prawdziwy człowiek, i to dzięki ludziom, którzy go otaczali! Bądźmy dla siebie bardziej wyrozumiali i dobrzyA kiedy już odeszła, zostałem przez chwilę w miejscu, patrząc za nią i z trudem łapiąc powietrze, jakby serce musiało się nauczyć nowych uderzeń. Przypomniałem sobie tamtą salę, łzy, śmiech i ciszę, która nagle potrafiła stać się największą siłą. Uświadomiłem sobie, że po latach nikt nie pamięta drobnych pomyłek, niefortunnych dowcipów czy jąkania. W pamięci pozostaje odwaga, nie poddanie się i moment, w którym każdy z nas choćby przez chwilę może być światłem dla drugiego człowieka.

I wtedy zrozumiałem, że każdego dnia, wśród drobnych spraw, mamy szansę być dla kogoś tym bodźcem, który odmieni cały świat. Tak jak wtedy dla Krzysia cząstką wiary i odwagi były mama, pani Ewa, cała przedszkolna sala, i moje ciche wsparcie. Wystarczy czasem mały gest drobne dasz radę!, podana dłoń, odrobina cierpliwości.

Dzisiaj, gdy wracam wspomnieniami do tamtego występu, wiem, że prawdziwe zwycięstwo to nie medal czy owacje, ale odkrycie, że możemy wyrosnąć ponad własny lęk i sprawić, że ktoś inny też w to uwierzy.

Czegóż chcieć więcej od bycia nauczycielem? Może tylko tego, by każdy zakłopotany mały Krzysio wiedział, że zawsze znajdzie się ktoś, kto pozwoli mu spróbować jeszcze jeden raz.

Oceń artykuł
TwojaCena
Podczas mojej pracy jako nauczyciel zdarzyła się wyjątkowa sytuacja – do mojej grupy przyszedł chłopiec, Kubuś, który urodził się z wieloma schorzeniami: opóźnieniem rozwoju, problemami z sercem oraz rozszczepem wargi i podniebienia.