Podczas gdy nasze dzieci z wnukami gnieżdżą się w ciasnej kawalerce, rodzice mojego zięcia żyją bezt…

Dawno temu, gdy patrzę na minione lata, zawsze czuję pewien smutek, myśląc o tym, jak potoczyło się życie mojej córki po ślubie i jakie relacje mieliśmy z jej teściami. Córka, Jagoda, wyszła za mąż niestety, nie miała szczęścia ani do męża, ani do jego rodziny. My zawsze staraliśmy się dawać naszym dzieciom wszystko, co najlepsze, a oni… cóż, zostawali z pustymi rękami. Minęło już osiem lat od ich ślubu, a my wciąż musieliśmy się zmagać z tą rodziną.

Gdy pojawił się problem z mieszkaniem, teściowie mojego zięcia szybko zaznaczyli swoje stanowisko nie mają z nami nic wspólnego i nie zamierzają pomagać. Zmuszeni byliśmy sprzedać nasze własne, wygodne mieszkanie z cegły w Krakowie, które było ciepłe i zadbane, by kupić Jagodzie i jej rodzinie własne lokum. Nie chcieliśmy odchodzić z miejsca, gdzie było nam dobrze, ale przecież najważniejsze jest, by dzieci miały własny kąt. Wyremontowaliśmy mieszkanie, kupiliśmy nowe meble wszystko bez jakiegokolwiek wsparcia od jego rodziców.

Ja również pomagam przy wnuczkach. Jagoda jest obecnie na urlopie macierzyńskim z najmłodszą córeczką, a starsza wnuczka, Basia, poszła właśnie do pierwszej klasy. Wożę ją codziennie samochodem do szkoły, bo córka nie jest w stanie sama się ze wszystkim wyrobić przecież trzeba obudzić dziecko, ubrać, dopilnować młodszej i jeszcze dotrzeć na czas do szkoły! Razem z dziadkiem na zmianę uczestniczymy w wychowaniu naszych wnucząt.

Tymczasem teściowie Jagody, jak zwykle, udają, że cała sprawa ich nie dotyczy i że nie jest to ich zmartwienie. Patrzę na to i nie mogę zrozumieć, jak można być tak zimnym wobec własnych wnuków.

Tak było od samego początku. Proszę sobie wyobrazić swojego syna nie wsparli nawet groszem przy okazji wesela. Dzwoniłam do nich przed ceremonią: Dzieci się pobierają, spotkajmy się, porozmawiajmy. Usłyszałam jedynie:
A co, jeśli rozwiodą się za miesiąc? Przecież teraz siedemdziesiąt procent par rozwodzi się w pół roku, tak mówią statystyki!

Ostatecznie to my, ja i mąż, zorganizowaliśmy wesele, a później kupiliśmy młodym mieszkanie. Oni zaś pojawili się na weselu jak obcy i przynieśli w kopercie ledwie 500 złotych. Nawet to przyjęliśmy ze spokojem przecież zięć wciąż miał kolejne wymagania.

Kupiliśmy im to mieszkanie osiem lat temu było to małe jednopokojowe, ale w sam raz dla dwojga. Teraz urodziły się już dwie wnuczki i oczywiście zaczęło brakować miejsca.

Uważam, że zięć mógłby wykazać się większą inicjatywą. Mówiłam mu: Jeśli nie jesteś w stanie zarobić więcej, poproś może rodziców o jakąś pomoc? On jednak stanowczo odpowiadał:
Nie mogę ich o to prosić!

Odpowiadałam mu więc:
Mogę sama z nimi porozmawiać, jeśli ty nie chcesz.
Zabronił mi nawet o tym wspominać.

Byłam zdumiona takim podejściem. Wstydzi się prosić własnych rodziców, a nie ma skrupułów brać od moich? Przez osiem lat sięgał do naszej kieszeni. Dlaczego nie spróbuje sam czegoś osiągnąć? Przecież ludzie jakoś zdobywają własne mieszkania. Mówiłam mu: Jesteś młody, poszukaj więcej możliwości, rozważ drugą pracę albo wyjazd za granicę.

Podobnie traktował moją córkę, a ona później płakała do mnie przez telefon i zarzucała, że się wtrącam. On twierdził, że teściów nie da się zmienić, tacy już są i nie pomogą.

Jestem rozżalona. Oni żyją sobie jak pączki w maśle, jeżdżą do sanatorium, a ty nawet nie możesz zwrócić im uwagi. Zięć, widać, nie pozwala. Taki oddany syn! Ale dla własnej teściowej i teścia już nie ma tyle serca.

Oceń artykuł
TwojaCena
Podczas gdy nasze dzieci z wnukami gnieżdżą się w ciasnej kawalerce, rodzice mojego zięcia żyją bezt…