Po co wam ten kredyt hipoteczny? Zamieszkajcie z nami, domek i tak kiedyś będzie wasz! mawiała moja teściowa.
To były czasy, gdy moja teściowa usilnie próbowała namówić nas, żebyśmy nie brali kredytu na mieszkanie. Twierdziła, że ich dom przejdzie na mojego męża bo przecież jest jedynakiem. Teściowa miała wtedy czterdzieści pięć lat, teść czterdzieści siedem oboje jeszcze młodzi, pełni sił.
Z Bartoszem mieliśmy po dwadzieścia pięć lat, właśnie zaczynaliśmy życie na własną rękę. Oboje pracowaliśmy i zarabialiśmy na tyle, żeby móc wynajmować kawalerkę w Warszawie. Jednak nie chciałam narażać na szwank naszych relacji rodzinnych przez codzienne drobiazgi. Dlatego niechętnie patrzyłam na wspólne mieszkanie z teściami.
Rodzice Bartosza mocno nas namawiali, byśmy do nich dołączyli. Moi rodzice Jan i Alicja mieli mieszkanie z trzema pokojami na Pradze, miejsca nie brakowało, ale czułam, że pod ich dachem będę wiecznie gościem, nie domowniczką. Tak samo nie wyobrażałam sobie być u siebie w rodzinnym domu Bartosza.
Pamiętam dobrze, gdy wybuchła kwarantanna właścicielka naszego wynajmowanego M2 na Mokotowie nagle musiała przyjąć tam rodzinę swojej chrześniaczki. Nie mieliśmy czasu znaleźć nowego lokum i zamieszkaliśmy z rodzicami Bartosza w ich domu pod Warszawą. Teściowie przyjęli nas życzliwie, teściowa pani Zofia nie była złośliwa, choć regularnie w delikatny sposób dawała mi znać, ze coś robię nie tak, jak powinnam. Zofia była jednak dużo łagodniejsza niż moja mama.
Już od dawna z Bartoszem myśleliśmy o własnym mieszkaniu na kredyt, ale wtedy stało się to jakby bardziej realne czas był odpowiedni do oszczędzania. Wiedziałam, że jeśli wrócimy do wynajmu, odkładanie na własny dom potrwa lata.
Mimo życzliwości teściowie mieli swoje zwyczaje i zasady, zupełnie inne od tych, jakie wyniosłam z domu. Próbowaliśmy się dostosować, ale często czułam się obca, jakby nie na swoim miejscu. W kuchni szybko ustaliło się, że to królestwo teściowej wspaniałej kucharki, choć z pasją do ostrych przypraw i cebuli. Gdy raz czy dwa chciałam ugotować coś sama, Zofia poczuła się urażona, jakby podważam jej gospodarność.
Teściowa miała swoją tradycję w piątkowe popołudnia porządki na błysk. Wracaliśmy z Bartoszem z pracy styrani, marzyliśmy tylko o łóżku, a ona krzątała się po pokojach, czasem z wyrazem zawodu, że nie pomagamy. Spytałam kiedyś czemu nie sprząta w soboty odparła, że weekendy są po to, by wypoczywać. Takich drobiazgów było wiele.
Pocieszałam się myślą, że to przejściowe, że Zofia nie robi mi na złość, tylko po prostu ma swój styl życia. Z Bartoszem ustaliliśmy, że nie powiemy rodzicom, że odkładamy na własne mieszkanie. Płaciliśmy połowę rachunków, dorzucali się do zakupów, a resztę pensji chowaliśmy do skarbonki. Kiedy kuzyn Bartosza, Marcin, kupił samochód, temat zszedł na własne cztery kółka. Bartosz powiedział podczas rodzinnego obiadu, że woli zbierać na dom.
Na mieszkanie trzeba latami odkładać zauważył teść, pan Kazimierz. Bartosz wyjaśnił, że nie oszczędzamy na kupno, ale na wkład własny do kredytu. Wtedy teściowa znowu powtórzyła swoją mantrę:
Po co wam te długi? Zamieszkajcie z nami. Przecież i tak kiedyś domek będzie wasz.
Próbowaliśmy tłumaczyć, że pragmaticzniej czulibyśmy się u siebie, ale teściowie uznali to za nieroztropne skoro jest dom, po co płacić bankowi? Gdy Zofia zrozumiała, że nie przekona nas racjonalnymi argumentami, przeszła do sentymentów mówiła, żebyśmy myśleli o dzieciach, nie o długach.
Każdego dnia wracała do tematu, próbując przekonać Bartosza. I choć jej słowa tylko odbijały się ode mnie, do męża zaczynały trafiać. Kiedyś przyznał mi rację mamy:
To faktycznie bez sensu, kredyt tylko nas zniewoli, a dom prędzej czy później będzie nasz. Żyjemy spokojnie pod jednym dachem, bez konfliktów powiedział.
Na co odpowiedziałam ze zgryzotą:
Pewnie za pięćdziesiąt lat dopiero wtedy będziemy panami na własnym.
Z tego czasu pamiętam, że Bartosz coraz częściej mówił o tym, że rodzice już nie młodzi, że mogą zachorować, a kredyt by nas dobił, kiedy przyjdzie mi iść na urlop macierzyński.
Ale ja chciałam swojego domu już teraz być panią swojego kąta, nie czekać, aż dom przejdzie w spadku Na nic zdały się prośby i tłumaczenia, bo pragnienie własnego miejsca rosło we mnie z każdym tygodniem, a dom teściów, choć przyjazny, był tylko tymczasowym przystankiem na drodze do samodzielności.




