W Holandii spędziłem 15 lat mojego życia i pewnie zostałbym jeszcze dłużej, ale zacząłem podupadać na zdrowiu. Dzieci sugerowały, żebym jeszcze trochę został, bo wtedy miałbym emeryturę z zagranicy, ale ja podjąłem decyzję o powrocie.
Od 20 lat jestem wdowcem, mam dwoje dorosłych dzieci, które założyły już własne rodziny. Przed wyjazdem pracowałem w pobliskim miasteczku w przetwórni owoców. Praca ciężka, w zimnie, ale jakoś dawałem radę.
Gdy córka wychodziła za mąż, wziąłem pożyczkę na zorganizowanie wesela. Myślałem- powoli spłacimy, przecież żona też pracuje. Niech córka ma ten swój dzień. Później wszystko zaczęło się sypać, jak kostki domina. Najpierw zachorowała żona i po krótkiej chorobie zmarła. Zostałem sam z synem i z pożyczką do spłaty. Było ciężko i nie raz obaj musieliśmy zaciskać pasa, ale nie narzekaliśmy.
Gdzieś tak półtora roku po śmierci żony, syn powiedział, że jego dziewczyna jest w ciąży i chcą wziąć ślub.
Siłą wyższa, dziecko powinno mieć ojca. Jako że nigdy nie wyróżniałem żadnego swojego dziecka, postanowiłem i synowi wyprawić wesele. Kolejna pożyczka, ale warto było – syn był bardzo szczęśliwy. Córka z mężem mieszkała w mieście, w wynajętym mieszkaniu, więc młodzi zamieszkali ze mną na wsi.
Pewnego razu wracając z pracy, spotkałem w autobusie dawnego kolegę. Od słowa do słowa opowiedzieliśmy sobie, o tym jak nam się żyje.
Koledze wiodło się dobrze, pracował za granicą, a teraz przyjechał na ślub chrześniaka. Gdy opowiedziałem mu o sobie zaproponował, że załatwi mi pracę w Holandii.
– Bracie- mówił. Tam w trzy lata zarobisz tyle, co tutaj w dziesięć.
Byłbyś chętny jechać? Praca sto procent pewna i legalna- kusił.
Nie miałem nic do stracenia, więc się zgodziłem. Znajomy miał tylko zadzwonić w jedno miejsce i następnego dnia dać mi znać, co załatwił.
Dzieci przyklasnęły temu pomysłowi i tydzień później jechałem już Holandii. Trochę się bałem, bo ja mając 50 lat po raz pierwszy jechałem za granicę. Obawiałem się, czy poradzę sobie z pracą przy kwiatach i najważniejsze, czy mój kolega będzie na mnie czekał.
– A co będzie, jeśli go nie będzie, jeśli tylko zażartował?
Na szczęście był.
Zacząłem pracować przy uprawie tulipanów. Praca była dość ciężka, ale pieniądze, które dostawałem były o niebo lepsze, niż to co dostawałem chłodni. Byłem, jak to się mówi „złotą rączką” i udało mi się naprawić kilka rzeczy. Od tego momentu pracodawca zaczął mi zlecać także inne prace, za które dostawałem dodatkowe pieniądze. W miejscu pracy miałem zapewnione zakwaterowanie i obiad. Śniadanie I kolacje musiałem zorganizować sobie sam. Potrzebowałem dla siebie niewiele pieniędzy, więc zostawiałem sobie parę euro, a resztę wysyłałem dzieciom. Córce chciałem pomoc w zakupie mieszkania, a synowi na remont naszego domu.
Po raz pierwszy do kraju wróciłem po 2 latach, na chrzest wnuczki.
Byłem pod ogromnym wrażeniem, jak syn spożytkował pieniądze, które przysłałem. Poszerzył i podwyższył dom, zrobiony był nowy dach. Co prawda, dużo jeszcze zostało do zrobienia, ale początek wyglądał imponująco. Córka też mówiła, że zaczynają się rozglądać za mieszkaniem. Byłem taki dumny z siebie, że dałem dzieciom dobry start, ale też i z dzieci, że nie roztrwonili pieniędzy na błahostki.
Zostałem w domu tydzień i z powrotem wróciłem do Holandii. Od tamtej pory starałem się przyjeżdżać każdego roku na parę dni. Tak minęło kolejne osiem lat. Mój dom i moje obejście było najładniejsze we wsi, a córka kupiła sobie mieszkanie. U niej jak i syna pojawiły się kolejne dzieci. I choć zdrowie zaczynało mi szwankować, to postanowiłem, że jeszcze chociaż rok, dwa postaram się popracować.
W ubiegłym roku wróciłem na dobre, chociaż dzieci były z tego powodu niezbyt zadowolone. Każde miało jeszcze jakieś plany. Ale nie dałem się przekonać. Chciałem już odpocząć.
W krotce po powrocie, zacząłem się czuć jak intruz we własnym domu.
Dom jest duży, a nie ma dla mnie w nim miejsca.
Synowa traktuje mnie jak zło konieczne, wnuki mijają mnie szerokim łukiem, a syn jest na mnie obrażony, bo nie chciałem dać mu pieniędzy na zakup drugiego samochodu.
Mam odłożoną pewną sumę pieniędzy, ale teraz zastanawiam się, czy nie kupić sobie malutkiej kawalerki.
Dałem dzieciom wszystko. Myślałem, że przy nich dożyję swoich dni. Okazało się, że bardzo się myliłem.



