Piotruś. Opowiadanie

Okno szpitalne było szeroko otwarte, uchylone przez pielęgniarkę, która przyszła rano. Powiew świeżego, wczesnoletniego powietrza igrał firanką, zieleniejące liście drzew migotały za oknem, jeszcze długo miało nie być upału.

Piotrek miał wycięty wyrostek. Ktoś mówił, że zabieg był trudny, ledwo zdążyli, lecz Piotrek nie znał strachu.

Zastrzyków się boisz? uśmiechała się rano pielęgniarka, wypuszczając powietrze ze strzykawki.

Piotrek jedynie przewrócił się na bok, jeszcze nie mógł wstawać.

Czym ona chciała go wystraszyć…

Znaleźli go w podwórzu. Tam go złapało. Wcale nie był bezdomny, dorastał w domu dziecka. Po prostu wracali z chłopakami z targu, gdzie próbowali na czarno coś zarobić, i nagle ścisnęło mu brzuch.

Właściwie żal miał o jedno przez niego Lenin i mały Szymek będą mieli w domu dziecka kłopoty. Po operacji przybiegła już wczoraj pani Karolina wychowawczyni, udawała zmartwioną. Po narkozie Piotrek ledwo wszystko pamiętał, wie tylko z twarzy, że była, że pochylała się nad nim, ale detali nie zdołał już przywołać.

Dlaczego nie złapało go, gdy byli już na terenie domu dziecka? Ścieżka niedługa, a tu… Cóż, stało się.

Obwiniał morele. Z targu dali im skrzynkę nadpsutych moreli, a one były takie słodkie, choć podobno popsute. No i zjedli… Za dużo.

Oj, bohaterze! Jak się czujesz? starszy lekarz z owłosionymi dłońmi obejrzał ranę. Najgorsze masz za sobą. Teraz już nie musisz się bać.

Ja i tak się nie bałem.

No, odważniak, tak? Ale pamiętaj, odważny. Na razie nic nie jesz. Żadnych słodyczy, żadnych pakunków! Jutro dostaniesz kisiel.

Piotrek kiwnął głową z szacunku. Wiedział, że nikt mu i tak nie przyniesie słodyczy. W domu dziecka wszyscy pewnie źli za samowolkę, za to, że narobił problemów pracownikom. Na targ przecież wymykali się przez dziurę w płocie, a on akurat musiał dostać ataku na powrocie!

A z tą odwagą lekarz miał rację. Piotrek musiał być odważny. Życie go nauczyło. Urodził się, bo pewnie zabrakło matce pieniędzy na aborcję. Miał dziesięć lat, rozważał to spokojnie, jak większość z domu dziecka.

Nie miał do niej żalu. Przeciwnie dziękował, że go urodziła. Mimo że zrzekła się go od razu i tak dziękuje.

Do trzeciego roku życia przebywał w domu niemowląt, potem trafił do domu dziecka w Łodzi, później przerzucili go do Częstochowy. Odkąd pamiętał walczył o przetrwanie.

Przypominały mu się bójki o jedzenie w stołówce. Chociaż panował w kraju spokój, kucharki i dyrekcja otwarcie wynosiły część produktów do domu, wynosiły skrzynkami.

A gdyby tylko o jedzenie kłócili się! Nie. Wszystko było powodem. Rósł silny. Siłą zdobywał. Kilka razy ręce złamał. Jeden raz fryzjerka na etacie, która wszystkich goliła na łyso, aż się rozpłakała patrząc na jego głowę blizna na bliźnie.

Płaczem i tak by nie pomógł. Piotrek w ogóle nie płakał.

A teraz mieli wystraszyć go nową blizną na brzuchu czy zastrzykami…

Śmiechu warte.

Uważał dorosłych za zimnych i wyrachowanych. Nie był ani maluszkiem, ani śliczną dziewczynką do polubienia. Był porywczy, trochę opryskliwy, czasem wręcz złośliwy.

Tylko nie próbuj mnie oszukać, Wronowski! Jak coś wykombinujesz, trafisz do izolatki! groziła mu pani Karolina często.

Nie sprzeczał się, ale szczególnie nie miał zamiaru się podporządkować. Miał swoje zasady i ścieżki.

Był tylko jeden dorosły, o którym Piotrek czasem myślał. Nie wiedział, jak dzieci rozmawiają w myślach z mamą, ale z tą kobietą, co mignęła kiedyś w jego życiu, gadał często w głowie.

Miał sześć lat, gdy pojawiła się w ich domu dziecka. Wtedy był jeszcze w Łodzi, nie w Częstochowie. Kim była nie pamiętał. Utkwił mu jej łagodny uśmiech, niebieskie oczy, ciepłe ręce i zapach. Pamiętał, jak brała go na kolana i szepnęła do ucha:

Musisz być silny, Piotrusiu. Jeść ładnie, dbać o siebie, słuchać. Ciężko ci będzie, ale dasz radę. Po prostu spróbuj. Dobrze?

A potem śpiewała mu kołysankę.

Koteczku-kotek, szary ogonek,
Lulajże, lulaj.

Ogon szarutki, łapki białutkie,
Lulajże, lulaj.

Łapki białutkie, uszka czarniutkie,
Lulajże, lulaj…

I chociaż Piotr uważał się już za prawie dorosłego, często nucił sobie tę prostą piosenkę, gdy było bardzo źle. Zamykając oczy, przywoływał w myślach ciepło jej dłoni i robiło mu się lżej.

Potem ta kobieta, jakby rozpłynęła się w powietrzu, zostawiając mu tylko melodię i wspomnienia. Nikt nigdy więcej mu nie śpiewał, nie kołysał. Imienia jej nie pamiętał, w głowie mówił na nią mamo, choć rozumiał, że była raczej chwilową opiekunką. Ale tak bardzo chciał wierzyć, że mogła być jego.

Pielęgniarka zamknęła okno, zaczęła robić łóżko naprzeciw. Piotrek się ucieszył samotność trochę go uwierała.

Wkrótce wpadł personel z nowym pacjentem. Krzątanina, a wokół łóżka tłum białych fartuchów. Piotrek z łóżka widział niewyraźnie, ale dojrzał: na łóżku leżał chudy jak patyk, zadarty nos chłopiec pod kroplówką. Zaraz potem poza pielęgniarką został już tylko on i facet w białym kitlu.

Ani on, ani chłopak, ani pielęgniarka za wiele nie mówili.

On będzie spał mówiła pielęgniarka.

Dobrze, dziękuję.

Jak coś, proszę zawołać…

Sam facet niewiele się odzywał. Siedział przygarbiony, oparty na kolanach, nie poruszając się prawie, jakby i on spał.

Piotrkowi zdrętwiał już cały bok, obrócił się, skrzypnęło łóżko. Mężczyzna obrócił się. Pomiędzy brwiami bruzda, pod oczami worki, ale spojrzenie przyjazne.

Dzień dobry szepnął, jakby dopiero go zauważył.

Dzień dobry odpowiedział Piotr.

Facet ocknął się jakby nagle, spojrzał na chłopaka, potem cicho przeniósł krzesło bliżej Piotrka.

Operowany?

No, resztki mi wycięli.

To dobrze. Nie wstajesz jeszcze?

Nie mogę.

Może czegoś chcesz?

Nie wolno mi do wieczora zakaz jedzenia. A on co ma? Piotrek skinął na chudzielca.

On…? facet westchnął, Inna choroba. Ja posiedzę tu dłużej, mogę pomóc, jeśli coś. Jak ciebie odwiedzą, wyjdę.

Nie przeszkadza mi pokręcił Piotrek głową, bo i tak nie miał nic do gadania.

Facet podniósł krzesło, po chwili mruknął:

On ma na imię Szymon, jedenaście lat. A ty?

Piotr, dziesięć.

Dziękuję, Piotrze powiedział dorosły, Piotrek zupełnie nie rozumiał za co.

Następnego dnia na sali cały czas byli ludzie. Szymon miał kilka kroplówek rano, przychodził lekarz. Ojciec nocował na sąsiednim łóżku, czasem coś szeptał synowi. Szymon ruszał tylko trochę rękami, głowy nie podnosił, oczy zamknięte. Wyglądał, jakby ciągle spał.

Potem przyszli dziadkowie, z nimi młoda kobieta z twarzą bladą i zapłakaną mama Szymona. Zaprowadzili ją przytrzymując, posadzili przy łóżku syna. Coś mamrotała, głaskała go nieprzerwanie po głowie.

Może byście tego chłopaka przenieśli? zapytał nerwowo ojciec lekarza, wskazując Piotrka i martwiąc się chyba o żonę.

Tak, dziś przeniesiemy.

Lekarz jakby nagle przypomniał sobie o Piotrze, podszedł.

No co, chłopie? Boli?

Trochę.

Tej nocy Piotrek nie spał. Rana pulsowała, bał się ruszyć, cewnik uwierał. Nie karmili go, choć pielęgniarka zapomniała czy nie było potrzeby.

Powolutku próbuj się podnosić. Przeniesiemy cię do innej sali. Dzisiaj cewnik się wyjmie.

Tak bardzo chciał już siedzieć, ale pielęgniarka długo nie przychodziła. Ludzie krążyli przez salę.

Dopiero dzisiaj Piotrek do niego dotarło Szymon chyba umiera. Ciągle śpi, wszyscy wokół cisi, napięci, zrezygnowani.

Na dyżurze poza łóżkiem Szymona pojawiła się młoda kobieta, krewniaczka. Piotrek trochę się jej krępował, gdy wreszcie pielęgniarka wyjmowała mu cewnik, próbował jej dać znać, że się wstydzi, ale ona burknęła:

Nikogo nie obchodzi. Szybko pójdzie.

Wszystko trwało sekundę. Piotrek został już bez niczego, nie wiedział gdzie ubranie. Dziewczyna patrzyła na okno, na Szymona, poprawiała kołdrę, poiła wodą. Piotrek żałował, że nie zapytał o ciuchy.

Nikomu niepotrzebny! dokładnie tak.

Ale po godzinie stwierdził, że spróbuje wstać. Przepchnął się na bok, narzucił koc i usiadł.

Dziewczyna podeszła:

Pomóc ci?

Nie mocno zaszumiało mu w głowie, znów się położył.

Po minucie znów próbował.

Wie pani, gdzie jest moje ubranie? rzucił.

Nie wiedziała, ale obiecała dowiedzieć się.

Na razie zerknij na Szymona, dobrze?

Próbował wstać, trzymając się koca, ale nogi drżały, bał się odejść od łóżka.

W końcu przynieśli mu szpitalne ubranie. Wszystko za wielkie, musiał zawiązać spodnie na sznurku, którego akurat znalazł. Nogawki podwinąć nie potrafił nie umiał się jeszcze zgiąć. Dopiero gdy poszedł, ciągnąc nogawki po ziemi, dziewczyna zauważyła problem.

Czekaj. Ojeju! Ale ci duże. Podwinę ci przykucnęła i podwijała nogawki długo, aż zrobiło mu się słabo.

Zaraz padnę…

Oj, chodź tutaj dziewczyna posadziła go na stołku No, no. Nie jadłeś? Jak masz na imię?

Piotrek.

Ja jestem Łucja. Piotruś, trzeba, żeby była tu mama z tobą. Trzeba zadzwonić? Masz telefon?

Nie mam mamy.

Ach… a tata? Z kim mieszkasz?

Nic mi nie jest. Dobrze już. Muszę do toalety.

Doczłapał się do łazienki, spojrzał w lustro. Oczy ogromne, wokół sine, usta wyblakłe, i tylko czarne ślepia mu świecą. Kiedyś wychowawczyni powiedziała, że nazwisko dostał za oczy Wronowski, bo czarne jak skrzydło wrony. Koledzy też wołali na niego Wrona i był z tego dumny.

Oblał się zimną wodą, było lepiej. Dzięki Łucji dostał swój kisiel.

Możesz już chodzić, to do stołówki po obiad sam przyjdziesz.

Ale gdzie?

Na prawo, na schodach w lewo i znów na prawo. Jak zgłodniejesz, to i tak znajdziesz śmiała się sanitariuszka.

Jeszcze chwilę! Prawie zemdlał! Sama mu przyniosę ten kisiel burknęła Łucja. I więcej nic jeść nie wolno.

Piotrkowi nie chciało się leżeć, więc wracał do sali. Spojrzał na Szymona jak dziewczynka, taki ładny, takie same loczki jak mama. Bardzo chudy.

On naprawdę umiera? tylko dzieci z domu dziecka są tak bezpośrednie.

Dziewczyna zadrżała.

Nie wiemy. Ale… Szymonek bardzo chory. Cztery operacje, ciągle leżą. Moja siostra i szwagierka totalnie wyczerpani. Ja jestem jego ciocia, siostra taty. Liczymy na cud, ale…

Nie wiem usiadł na łóżku.

Myślał o Szymonie. Jemu trafiło się życie jak z filmu; mama, tata, dziadkowie, ciocia… Wszystko miał. I co z tego, i tak umiera.

Nie miał szczęścia…

Piotrka nie przenieśli. Wieczorem przyszedł jeszcze ojciec Szymka. Ciągle wokół była krzątanina. I Piotrek słyszał, że o nim mówią że nikt w ciągu dnia nie przyszedł do niego.

Piotrek, lekarz mówi, że jesteś z domu dziecka? spytał ojciec Szymona.

Tak.

Może pójdziesz do innej sali? Szymek bardzo… westchnął ojciec.

Ale tu mi dobrze. Mogę zostać?

Cztery dni mijały jednakowo. Piotrek załapał gorączkę, przenieśli go w końcu do sali dla starszych ludzi. Czuł się tam fatalnie, więc często wracał do Szymka, siadał cicho przy łóżku. Nikt go nie wyrzucał.

Przez temperaturę wypis odsunął mu się w czasie.

W tym czasie ojciec Szymona nazywał się Kazimierz, już wiedział o Piotrku wszystko. Wyciągnął od niego i podsłuchał nie jedno. Przyniósł mu trochę ubrań Piter był przyzwyczajony do używanych rzeczy. Popatrzył na Szymona.

To Szymkowe, tak?

Tak…

A jak on jednak nie umrze?

Kazimierz spojrzał na niego dziwnie. W ich rodzinie nie padało tak wprost słowo: umrzeć. Wszyscy czekali śmierci Szymka, ale nie mówili tego przy nim. Jak to powiedzieć o jedynym dziecku? Strach w sercu zatykał głos.

Raz tylko wykrzyknęła Sonia, kiedy powiedział, że zrobili wszystko, co mogli.

Ale jakim cudem mi ma być lepiej, że zrobiliśmy wszystko, skoro on umiera! Dlaczego?!

Kiedy odchodzi ukochana dusza, ciało już nie walczy. Sonia już dawno opadła z sił. Znieczulali ją, ale nic nie pomagało.

A jakby jednak nie umarł? uparł się Piotrek.

Kazimierz odpowiedział prawie tylko sobie:

Niestety, Szymek nie przeżyje. Umiera, Piotrku ciężko mu było to wykrztusić.

A to boli umierać? Piotrek tulił do siebie koszulę Szymka, patrzył na niego czasem z żalem. Mocno marszczył brwi.

Kazimierz to widział. On naprawdę czuł, dziecko współodczuwało bardzo. Przez te kilka dni słyszał rozmowy lekarzy. Dla dziecka to straszne, zwłaszcza dla sieroty.

Mniej niż zasnąć. Robimy wszystko, żeby nie bolało. Po to tu jesteśmy.

Ale on się rusza.

Tak, dlatego chcemy z nim rozmawiać. Może słyszy… choć to też niepewne.

Rodzina zawsze czuwała przy Szymku. Ale pewnego razu wieczorem Kazimierz wyszedł i zostawił przy nim Piotra. Wracając usłyszał w drzwiach:

…A nie wiem gdzie mama moja. Może już nie żyje. Zostawiła mnie i nie mam żalu. Jakby przyjechała, wybaczyłbym. Nie wierzysz? No to trudno… Ty nie umieraj. Patrz jak mama twoja płacze. I tata taki… Gdybym miał takiego ojca, nigdy bym nie umarł. Tę koszulę i spodnie zwrócę nie pobrudziłem, mam dużo takich rzeczy. Ty tylko nie umieraj, walcz! Wytrzymaj do końca!

Kazimierz zakasłał, ściśnięty gardłem. Piotrek podskoczył.

On słyszy, przysięgam! Trzymał mnie za rękę, przysięgam!

Wierzę, Piotrek, wierzę…

Kazimierz i cała rodzina czekali końca. Szymek, ich jedyny, ukochany, ich nadzieja odchodził. Gdy był mały, zdiagnozowano zaniki mięśni. Potem wszystko poszło lawiną: serce, płuca, jelita… Leczyli się i w Warszawie, i w Krakowie, byli u najlepszych profesorów. Udało się dociągnąć Szymka do jedenastu lat. Przywykł do choroby, pogodził się, nie skarżył.

Cały ciężar spadł na Sonię. Ona nocą czuwała, biegała po lekarzach, szukała ratunku, modliła się w kościołach. Kazimierz był obok, ale on, mężczyzna, musiał być silniejszy.

Siły Soni skończyły się, gdy zrozumiała, że Szymon umiera. Musieli ją leczyć uspokajaczami.

Mów do niego, Piotruś. Gadanie dobrze mu robi. Słyszy cię na pewno.

Dla Kazimierza słuchanie rozmów obcego chłopca było oddechem w rozpaczy. Stawał za drzwiami i nasłuchiwał:

…Wyobrażasz sobie, jak ten dryblas Jarek z Łodzi mnie złamał za rączkę? Zemdlałem. Nie wierzysz? No to się czaj. Ale szybko mi przeszło. Patrzę na łapę, a ona, no, cała złamana. On czeka na moją reakcję, myśli, że będę płakał. Ja wstaję, otrzepuję się i mówię: Na, dokończ!. Sam ledwo stoję, ale myślę: nie popłaczę się na złość jemu.

A on biegiem do pielęgniarki, jeszcze ryczy. Głupek.

Wyrosła. I tobie się uda. Złamana ręka to poważniejsze niż twoja choroba, więc walcz, brat, wracaj tu!

Szymon zmarł tej nocy. Piotrek nawet nie zauważył, nikt mu nic nie powiedział. Rano dopytał o śniadanie, potem zajrzał do sąsiedniej sali.

Przy łóżku, gdzie do wczoraj spał sam, kręcił się inny, młody pacjent.

A gdzie Szymon? zapytał.

Nie wiem. Nie było nikogo odmruknął tamten.

Piotrek poleciał na dyżurkę, nie zastał pielęgniarki, wpadł więc do pokoju lekarzy, tam też nikogo znajomego. Zapytał przypadkowego doktora:

Szymon! Gdzie Szymon? Zabrali go? Dokąd?

Szymon? ordynator zmarszczył się, Oj, rozumiesz… Był bardzo chory…

Umarł? przerwał Piotrek.

Lekarz tylko skinął głową.

Niestety… To się zdarza.

Wycofał się z sali Piotrek do drzwi. Teraz był tak wściekły na cały ten szpital, lekarzy, wszystkich.

Szmatę, którą sanitariuszka myła podłogę, kopnął, aż woda się rozlała. Ta zaczęła wrzeszczeć, zbiegli się lekarze i pielęgniarka.

Wszyscy się rzucili, krzyczeli, a on kopnął drzwi do sali, usiadł na swoim łóżku i zatkał uszy.

Taki szpital! Tyle lekarzy, a nikt nie pomógł, by jego przyjaciel żył. Nic.

Dlaczego Szymon, który przez całą ich znajomość był nieprzytomny, zdążył zostać dla niego przyjacielem, sam nie rozumiał. Ale przyjacielem był. Piotrek wylał mu całą swoją historię. O matce, o kobiecie śpiewającej mu kołysankę, o bójkach, bliznach.

A kiedyś, jeszcze leżąc z nim na sali, przyśniło się Piotrkowi, że Szymek siedzi na łóżku, smutno się uśmiecha. Piotrek chciał go podnieść, ale on poprosił, by go zostawił w spokoju, że chce tylko posiedzieć. Cichym, jak dziewczynka, głosem zaczął opowiadać o sobie.

Nie wszystko zapamiętał ale na pewno słyszał jego głos. Słuchał, aż Szymon spojrzał na okno, wstał i wspiął się na parapet. Piotrek w śnie tak się przestraszył, że się obudził.

Czarne gałęzie kołysały się za oknem, świtał księżyc. Szymon rzucał się i sapał, a zmęczony ojciec spał.

Piotrek więc cichutko usiadł na łóżku Szymona, złapał jego chudziutką rączkę i zaczął nucić jedyną kołysankę, jaką ktoś mu kiedyś śpiewał:

Koteczku-kotek, szary ogonek,
Lulajże, lulaj…

Od tego czasu Piotrek w myślach gadał z Szymonem. Szymon opowiadał mu o życiu rodzinnych wyjazdach nad Bałtyk, o babci, dziadku generału, o szkole, o klasie, o swoim własnym pokoju, o mamie, która go rano budzi.

Tak Piotrek wyobrażał sobie rodzinę. Jego wyobrażenia sięgały daleko, bo nigdy prawdziwego domu nie znał, widział tylko w telewizji. Np. wyobrażał, że łóżka dla całej rodziny stoją w jednym pokoju, każdy ma własną szafkę w przedpokoju, w czwartki zawsze ryba, a rano mama nabiera herbaty chochlą.

***

Dziwnie, ale gdy Szymon zmarł, Kazimierz odetchnął, nie ze złej woli. Po prostu… Syn już nie żył od dawna, tylko tkwił w półśnie, w czymś między. Gdyby go trzymali dłużej, cierpiałby w bólach. A tak… skończył się jego ból.

Teraz trzeba było nauczyć się żyć po nowemu, oswoić stratę Soni, przetrwać.

Coraz więcej myślał o Piotku.

Wiedział, że czas o adopcji nieodpowiedni, Sonia nie wybaczy. Czy można znaleźć zastępstwo za Szymka? Oczywiście nie. Portret Szymka w kwiatach stoi na środku salonu, żona przesiaduje przy nim, pali świece, jeździ na cmentarz. Osiem lat temu Sonia miała ciążę pozamaciczną, potem nie mogli mieć już dzieci.

A Piotrek nigdy nie miał matki, ojca…

Nie był podobny do Szymka szorstki, nieokrzesany, czarne oczy, ale Kazimierz słyszał, jak mówił serce miał świetliste.

Sonia, byliśmy dziś w szpitalu. Piotrka już wypisali po długim leczeniu.

Po co pojechałeś? była zaskoczona.

Ja? E, Szymkowe dokumenty medyczne odebrałem. A wiesz? Piotrek podobno urządził tam koncert, kiedy się dowiedział. Krzyczał na cały szpital.

Naiwny chłopiec westchnęła.

O tak.

Kazik, nie martw się o mnie. Powoli się godzę… Wracaj do pracy.

Dobrze.

Ale o żadnym chłopcu mi na razie nie wspominaj, dobrze?

Kazimierz nic już nie mówił.

Ale pojechał do domu dziecka. Coś go tam ciągnęło. Słuchał opowieści Piotrka, czuł, że tam nie jest najlepiej. Ale nie pozwolono mu się spotkać z chłopakiem. Był wypytywany, podejrzliwie traktowany przez dyrekcję wszystko odbiło się echem.

Nie zniechęcił się. Przypomniał sobie, że dawna znajoma, Teresa Sawicka, pracuje przy wsparciu rodzin zastępczych.

Zdobył adres i odwiedził ją. Rozmawiali długo. Teresa wiedziała, obiecała dopytać o chłopaka, ale podkreślała, że bez zgody Soni i chłopca nie da się nic zrobić.

Kazimierz i tak poszedł do opieki społecznej po listę dokumentów. Tam zaskoczyła go otwartość urzędników, chętnie pomagali załatwić spotkanie.

O wszystkim rodzinie nie mówił. Za to szwagierce Łucji powiedział. Ta ucieszyła się chłopak jej odpowiadał. Obiecała też pogadać z Sonią.

Ale Sonia płakała na każdą wzmiankę o Piotrku.

On nie zastąpi Szymka. Czy wy tego nie rozumiecie!?

Ale my nie chcemy zastępstwa! On sierota, my też… Jest zupełnie inny, trudny, z domu dziecka. On nie ma zastąpić syna, tylko… Gdybyś słyszała, jak rozmawiał z Szymonem, jak mu na nim zależało! Sam mnie, dorosłego faceta, nieraz podniosło. Poznajmy go, proszę cię!

Tylko nie naciskaj na mnie…

To była już pierwsza malutka zgoda.

Na pierwsze spotkanie Piotrek był sztywny jak deska, palce aż białe od ściskania, oczu unikał. Nawet ręki Kazimierzowi nie podał.

Obok siedziała Teresa i milczała. Kazimierz patrzył na chłopca wiedział, że trudno mu, był zalękniony. W szpitalu był jakiś inny.

Chciał go przytulić, powiedzieć: Nie martw się!. Nie wiedział jak rozmawiać, bardzo szukał pomocy spojrzeniem u Teresy. Sonia za to patrzyła na chłopaka uważnie i milczała. Kazimierz więc opowiadał byle co, by przerwać ciszę.

Piotrek był tak spięty, że skrócili wizytę.

Taki z niego odważny!

On nie chce do nas, prawda? Kazimierz był rozczarowany w drodze powrotnej.

Myślisz? Teresa się uśmiechnęła. On pragnie bardziej niż ktokolwiek, byście go wybrali. Będzie się bardzo starał, tylko panicznie się boi rozczarowania, boi się nie sprostać.

My aż tacy groźni? spytała Sonia.

Jesteście dla niego prawdziwą rodziną, takiej nigdy nie miał. Nie umie się w niej zachować, po prostu. Teraz żyje tylko wami.

Umówili się, że wpadnie do nich na herbatę. Piotrek jeszcze nie dał zgody, a Sonia mocno się wahała.

Kiedy zajechał Kazimierz z Piotrkiem, usiedli w kuchni, łapki Piotrka mokre od nerwów, patrzył w talerz, nie chciał nawet unieść wzroku na śliczną porcelanę. W domu wszystko było nie tak, jak sobie wyobrażał za ciasno, dorośli za blisko.

Strasznie bał się Soni.

Kiedy Kazik upuścił łyżeczkę, Piotrek aż się wzdrygnął i rzucił:

No, ładnie.

Kazimierz podchwycił ton.

No, ładnie! Ręce mi się trzęsą. Piotruś, czemu nie jesz? Ziemniaczki dobre!

Piotrek wetknął do ust kawałek ziemniaka, długo żuł, nie mógł przełknąć.

Dalejże, chłopcze, rozluźnij się! zachęcał Kazik.

Piotrze, chcesz zobaczyć Szymkowy pokój? zaproponowała Sonia.

Ożywił się kiwnął.

Zajrzał. Pierwsze, co zwróciło jego uwagę, to portret Szymka. Inny niż pamiętał ze szpitala tutaj pogodny, uśmiechnięty.

O, Szyma! Cześć! przyłożył dłoń do ramy, spojrzał na Sonię. Grubszy tutaj.

Tak, schudł dopiero pod koniec… Sonia przerywała słowo.

Przed śmiercią, tak? zapytał otwarcie, pogłaskał portret. Pokażcie mi, jak tu mieszkał?

Sonia była zbita z tropu, rzuciła się po album.

Zobacz sobie sam, ja nie mogę jeszcze na to patrzeć…

Piotrek usiadł, otworzył album. Sonia stanęła przy oknie.

To on? Malutki taki dopytywał.

Nie miała wyjścia, wróciła, siadła przy nim i razem szli przez zdjęcia.

Ale śmieszny…, super…, ekstra… komentował Piotrek.

Intrygowało go wszystko, pytał, dopytywał.

A gdy zobaczył zdjęcia z morzem, krzyknął:

O! Morze! Mówił mi, że jeździliście nad morze.

Sonia przygryzła usta ze smutkiem.

Tak ci mówił? Przecież on już dawno nie rozmawiał.

Piotrek podniósł wzrok przesadził z fantazją, ale był uparty:

Mi mówił.

Nie kłóciła się. Przeglądała zdjęcia spokojniej. Z tym naiwnym chłopcem obok lżej było zaakceptować odejście syna.

Wzięła głęboki wdech, stanowczo zapytała:

Piotrek, a jakbyśmy chcieli cię adoptować, zgodziłbyś się?

Zmarkotniał, kartkował album cicho.

Nie wiem. Szymek był dobry… A ja nie bardzo. Ja nie umiem, w sumie…

Sonia objęła go gwałtownie.

To dobrze. Nie bierzemy cię za Szymka, tylko przyjmiemy jak jego wielkiego przyjaciela.

Spłoszył się tym objęciem. Zatkał się łzami, nigdy nie był przytulany.

Kręcił kartkami albumu, a ona go nie puszczała, kołysała.

Piotrek nigdy nie płakał.

A teraz, nagle, łzy napłynęły mu do oczu. Szlochał.

Płaczesz, Piotrusiu? No, nie płacz, bo i ja się rozkleję… Trzymaj się, jesteś mężczyzną! Musisz być silny! ocierała mu łzy ręką.

Słowa te znał aż za dobrze.

Okno w pokoju było otwarte. Powietrze było świeże, firanka pulsowała jak bańka, zieleń za oknem cieszyła oko, a z portretu łagodnie patrzył na niego przyjaciel Szymon.

I Piotrek, jak mały, zapytał nagle:

A zna pani piosenkę taką? Koteczku-kotek, szary ogonek, lulajże, lulaj. Ogonek szarutki, łapki białutkie…?

Znam… To kołysanka chyba. Chcesz, żebym się nauczyła?

Piotrek pociągnął nosem, kiwnął głową. Nie chciał już nic więcej…

***Sonia przysiadła bliżej, położyła dłoń na jego ramieniu. Przez chwilę obydwoje słuchali ciszy, usianej cichym szumem liści zza okna. Potem prawie szeptem, sama do siebie, zaczęła nucić:

Koteczku-kotek, szary ogonek…

Głos miała trochę drżący, lecz miękki, płynął spokojnie przez pokój, wtapiając się w cichy szloch Piotrka. Kazimierz stanął na progu i patrzył, nie przeszkadzając, jak Sonia kołysze obcego chłopca w ramionach, już nie rozróżniając własnych łez i łez Piotrka.

Kiedyś brzmiało to dla Piotrka tylko jak pieśń o cudzym szczęściu, dziś dźwięczało w nim inaczej ostro, a jednak miękko i ciepło. Oparł głowę o jej ramię, a czuł pod palcami prawdziwe życie bijące serce, ciepło, którego nie znał.

Firanka w oknie zamigotała, promień słońca zatańczył na dywaniku i nagle Piotrek wydał się sobie nieco lżejszy, jakby oddech stał się prostszy. Może po raz pierwszy usłyszał, jak ktoś śpiewa specjalnie dla niego.

Nie wiedział, jak długo tak siedzieli. W końcu Sonia przestała śpiewać, objęła go jeszcze mocniej i wyszeptała:

Tu zawsze znajdziesz miejsce, jeśli tylko zechcesz, Piotrusiu.

Przez zamglone oczy spojrzał na portret Szymka i miał pewność, że chłopiec z obrazka uśmiecha się do niego tak, jakby mówił: Dobrze wybrałem, przyjacielu. Zostań.

I wtedy Piotrek cichutko, nieśmiało, ale z powagą pomyślał, że wróci tu. Że jeśli tylko pozwolą zostanie na dłużej. Może nawet na zawsze.

Za oknem jaskółka sfrunęła na parapet i na moment zawahała się, jakby podglądała, czy wszystko jest tak, jak trzeba. Potem poderwała się do lotu w jasne, spokojne popołudnie, a w jego ślad za cichą kołysanką, popłynęła w świat nadzieja.

I tak Piotrek, silny, porywczy Wronowski, po raz pierwszy zrozumiał, że nawet dla tych, którzy nie mają nic może przyjść chwila, gdy ktoś poda im rękę i powie: jesteś u siebie. Lulajże, lulaj.

Oceń artykuł
TwojaCena
Piotruś. Opowiadanie