Piotruś. Opowiadanie

Okno szpitalne było uchylone. Rano otworzyła je pielęgniarka. Powietrze było rześkie, firanki lekko falowały, zielone liście drzew za oknem cieszyły oczy, a na upalne letnie popołudnie było jeszcze daleko.

Piotrkowi wycięli wyrostek robaczkowy. Mówiono, że zabieg był trudny, ledwo zdążyli, ale Piotrek był odważny.

Zastrzyków się nie boisz? uśmiechała się rano pielęgniarka, wypuszczając powietrze ze strzykawki.

Piotrek obrócił się tylko na bok, bo jeszcze nie pozwalali mu wstawać.

Ale też czym ona mogła go przestraszyć…

Przywieźli go z podwórka. Tam go złapało. Nie był bezdomny, wychował się w domu dziecka. Szli z chłopakami z bazaru, gdzie próbowali dorobić się na lewo, wtedy nagle rozbolał go brzuch.

Najbardziej żałował, że przez niego kłopoty będą mieli Leszek i mały Szymek przez to w domu dziecka będzie niezłe zamieszanie. Jeszcze wczoraj po operacji przyszła pani Danuta zastępczyni dyrektorki, udając zmartwienie. Piotr pamiętał tylko jej pochyloną, zatroskaną twarz, szczegółów już nie bo po narkozie jeszcze był zamroczony.

I czemu nie złapało go na terenie domu dziecka? Do budynku brakowało mu kilkudziesięciu kroków… Ale stało się…

Winił morele. Na bazarze dali im skrzynkę lekko przejrzałych moreli, które okazały się bardzo słodkie no i się opychali, aż złapało…

No chodź, bohaterze! Jak się czujesz? starszy lekarz z owłosionymi dłońmi spojrzał na szew. Najgorsze już za tobą. Teraz już nie masz czego się obawiać.

A ja się i tak nie bałem.

Twardziel, rozumiem lekarz spoważniał Ale słuchaj, żadnych słodyczy, żadnych paczek! Wytrzymaj parę dni bez łakoci. Dzisiaj na kolację dostaniesz kisiel.

Piotrek kiwał głową z szacunku. Wiedział, nikt nie przyjdzie mu słodkości przynieść. W domu dziecka na pewno teraz wszyscy są na niego źli że uciekł, że naraził opiekunów. Na bazar chodzili przez dziurę w ogrodzeniu, na lewo, i musiał akurat on złapać atak w drodze powrotnej

A co do odwagi lekarz miał rację Piotrek był odważny, życie go tego nauczyło. Matka urodziła go zapewne przez przypadek. Najpewniej zabrakło jej pieniędzy na aborcję. Miał dziesięć lat i mówił o tym bez emocji, jak każdy wychowanek domu dziecka.

Nie był na matkę zły. Wręcz przeciwnie był jej wdzięczny, że go urodziła. Choć od razu się go zrzekła, i tak, podziękowałby jej za to.

Od trzeciego roku życia przeniesiony został z domu małego dziecka do domu dziecka w Łodzi, potem do podwarszawskiego ośrodka. Odkąd pamięta, walczył o przetrwanie.

Przypominał sobie bójki o jedzenie w stołówce. Mimo, że czasy już nie były aż tak ciężkie, nadal kucharki i kierownictwo potrafiło wynosić do domu większość produktów. Bójki dotyczyły nie tylko jedzenia było o wszystko. Piotr rósł silny, siłą zazwyczaj załatwiał swoje sprawy, kilka razy złamał sobie rękę. A raz, gdy przyjeżdżająca fryzjerka goliła ich na zero, mało nie zapłakała na widok jego głowy blizna na bliźnie.

Ale co za powód do płaczu? Piotrek nigdy nie płakał.

A teraz chcą go przestraszyć blizną na brzuchu, czy tam zastrzykami…

Śmiech na sali!

Dorosłych uważał za wyrachowanych i chłodnych. Nie był słodkim maluchem, ani uroczą dziewczynką, którą można łatwo polubić. Był dość szorstki, trochę złośliwy, prostolinijny i twardy.

Uważaj, Woronow! Jeśli coś wymyślisz, idziesz do izolatki! groziła mu często pani Danuta.

Nie odpyskowywał, ale też nie zamierzał się podporządkować. Dawno miał już swoje zasady.

Jednym dorosłym, którego często wspominał, była pewna kobieta. Sam nie wiedział, jak dzieci wspominają mamy, rozmawiają z nimi w myślach, ale z tą panią, która przewinęła się w jego życiu, rozmawiał podświadomie nieraz.

Miał może sześć lat, kiedy przyszła do nich do pracy. Był wtedy w placówce pod Łodzią. Kim była nie pamiętał. Zapadła mu jednak w pamięć jej delikatna twarz, błękitne oczy, ciepłe dłonie i zapach. Zapamiętał, jak sadzała go na kolanach i szeptała do ucha:

Musisz być dzielny, Piotrku. Jedz dobrze, dbaj o siebie, słuchaj starszych. Będzie ci trudno, ale dasz radę. Po prostu się staraj, dobrze?

A potem śpiewała mu kołysankę.

Koteczku, kotek szary,

Baju-baju,

Ogonek szary, łapki białe,

Baju-baju…

I chociaż Piotr uważał się już za dorosłego, czasem, kiedy było mu ciężko, przypominał sobie tę prostą piosenkę. Zamykając oczy, nucił ją pod nosem i robiło mu się lżej.

Później ta pani po prostu przestała przychodzić. Rozpłynęła się, zostawiając mu tylko tę kołysankę i wspomnienie. Imienia nie pamiętał, w myślach zwracał się do niej „mama”. Może to była tylko opiekunka, ale marzył, że jest inaczej.

Pielęgniarka zamknęła okno i zaczęła ścielić łóżko na przeciwległym końcu sali. Piotr się ucieszył leżenie samemu było nudne.

Wkrótce do sali wjechało łóżko na kółkach, a wokół niego krzątała się grupa osób w białych fartuchach. Spora krzątanina. Piotrek z łóżka nie widział dobrze, ale zauważył, że na łóżku leży bardzo chudy chłopiec z ostrym nosem i podłączoną kroplówką. Po chwili została tylko pielęgniarka i mężczyzna w białym fartuchu przerzuconym na cywilny garnitur.

Nie rozmawiali wiele, tylko krótkie odpowiedzi.

On będzie spał mówiła pielęgniarka.

Dobrze, dziękuję.

Jak coś, proszę zawołać…

Oczywiście.

Ona wyszła, mężczyzna został, siedział pogrążony w myślach, oparty łokciami o kolana, nie ruszał się. Chłopiec spał.

Chociaż w sali było duszno, mężczyzna nie zdjął marynarki ani fartucha, co Piotrkowi wydało się dziwne.

Piotrkowi zdrętwiały plecy od leżenia, więc przekręcił się na bok, łóżko zaskrzypiało. Mężczyzna się odwrócił. Między brwiami miał zmarszczkę, pod oczami worki, ale spojrzenie przyjacielskie.

Dzień dobry szepnął, jakby dopiero teraz zauważył, że w sali jest jeszcze ktoś.

Dzień dobry odpowiedział Piotrek.

Mężczyzna spojrzał na syna, potem przysunął krzesło do Piotra i usiadł blisko.

Operowali cię?

Tak, wyrostek wycieli.

To dobrze. Wstać jeszcze nie możesz?

Nie.

Może czegoś chcesz?

Nie mogę jeść, dopiero wieczorem. A on co mu jest? kiwnął głową na chłopca.

On? mężczyzna się zamyślił. Co innego. Nie masz nic przeciwko, że tu posiedzę? Pomogę w razie czego. Jak przyjdą do ciebie, wyjdę.

Spoko Piotrek pokręcił głową, choć i tak nie miał nic do gadania.

Mężczyzna podniósł lekko krzesło i powiedział cichutko:

Ma na imię Szymon, ma jedenaście lat. A ty?

Piotr, mam dziesięć.

Dzięki, Piotr powiedział mężczyzna, ale Piotrek nie rozumiał, za co mu dziękuje.

Następnego dnia w sali byli bez przerwy ludzie. Rano Szymonowi zakładali kroplówki, kilka razy pojawiał się lekarz. Ojciec chłopca spał tu na sąsiednim łóżku, czasem coś mówił synowi. Szymon lekko poruszał rękami i głową, ale miał zamknięte oczy wyglądał jakby spał ciągle.

Później przyjechali starsi państwo z młodą kobietą to była mama Szymona. Była wysoka, wyprostowana, z charakterystycznym nosem i kręconymi włosami związanymi w kucyk. Była blada, a oczy czerwone, podkrążone od płaczu. Przyprowadzono ją pod rękę i posadzono przy łóżku syna. Szeptała mu cicho, głaskała po ręku.

Może przenieście tego chłopczyka gdzie indziej? poprosił mężczyzna lekarza, pokazując na Piotra i zerkając trochę z troską na żonę.

Tak, dziś go przeniesiemy.

Lekarz, jakby przypadkiem wspomniał o Piotrze i podszedł do łóżka.

No i jak tam, kolego? Bardzo boli?

Troszeczkę…

Tej nocy Piotrek rzeczywiście spał źle, szew bolał, bał się poruszyć, drażnił go cewnik. Jedzenia wczoraj nie przyniesiono mu wcale może zapomnieli, może za wcześnie było.

Dziś już wstajemy. Możesz się podnieść. Zaraz cię przeniesiemy do drugiej sali. Daję znać pielęgniarce, wkrótce zdejmie ci cewnik.

Piotr bardzo chciał wstać, ale pielęgniarka długo nie przychodziła, a ludzie wchodzili i wychodzili.

Dopiero teraz Piotr zorientował się, że Szymon prawdopodobnie umiera. Nie odzyskiwał przytomności, tylko spał, a reszta rozmawiała szeptem, wszyscy byli napięci, jakby przeczuwali, że nie ma już nadziei.

Przez dzień przy Szymonie została młoda kobieta jego kuzynka. Piotr się trochę jej wstydził, gdy pielęgniarka zdejmowała mu cewnik, rzucił jej ukradkowe spojrzenie, ale ona tylko odburknęła:

A co mi tam po tobie! Zaraz skończę, wytrzymaj.

Rzeczywiście, było szybko. Ale Piotr dalej leżał, rozkoszując się uczuciem wolności bez cewnika. Był zupełnie nagi i nie wiedział, gdzie jest jego ubranie. Dziewczyna patrzyła w okno lub na Szymona, poprawiała kołdrę, zwilżała mu usta. Piotr żałował, że nie spytał pielęgniarki o swoje spodnie.

A komu ty potrzebny! Prawdziwa prawda niepotrzebny nikomu.

Po godzinie jednak postanowił w końcu usiąść. Obrócił się, przyciągnął kołdrę i usiadł.

Dziewczyna zauważyła:

Pomóc ci?

Nie głowa mu się zakręciła i znów się położył.

Za chwilę jednak znów usiadł.

Przepraszam, wie pani może gdzie dali moje ubranie? zapytał cicho.

Nie wiedziała, ale obiecała się dowiedzieć.

Tylko miej oko na Szymona, dobrze?

Piotr próbował wstać, owinięty kołdrą, ale nogi miał jak z waty, trząsł się, bał się ruszyć dalej od łóżka. Nie sądził, że samo chodzenie po sali będzie takie trudne.

Wreszcie przyniesiono mu ubranie szare, szpitalne.

Odwrócę się, nie stresuj się, przebieraj powiedziała dziewczyna.

Usiadł na łóżku, wciskał spodnie, wszystko było na niego za duże, w pasie musiał ściągnąć sznurek. To akurat potrafił. Nogawki trzeba było podwinąć, a schylić się jeszcze nie mógł. Jak zaczął chodzić, dziewczyna zauważyła, że się spieszy.

Zaczekaj! Ale ci to wielkie! Pozwól, że podwinę przykucnęła przed nim, podwijała spodnie aż za długo, co zmęczyło Piotra.

Zaraz padnę…

No już, spokojnie. Usiądź pomogła mu i posadziła na krześle. Ty jeszcze naprawdę chory. Jadłeś coś dziś? Jak się nazywasz?

Piotr.

A ja jestem Kinga. Piotrku, przydałaby ci się mama przy łóżku. Może ktoś zadzwoni, chcesz?

Mamy nie mam.

A… no to tata, opiekun… z kim mieszkasz?

Dobrze jest, lepiej już wyminął i ruszył do toalety.

W lustrze spojrzał na siebie. No cóż… pod oczami sińce, usta białe. Tylko oczy mu się błyszczą czarne, jak ponoć przystało do nazwiska „Woronow”. Tak go przezywali Wrona. Był z tego dumny.

Opłukał się zimną wodą, poczuł się lepiej. Widocznie Kinga coś załatwiła, zaraz przyniosła mu kisiel.

No, teraz to już sam możesz do stołówki chodzić.

A gdzie?

Na prawo, potem schodami w dół i znów na prawo zaśmiała się salowa.

Ale on ledwo wstaje! Jaka stołówka! Sama mu przyniosę oburzyła się Kinga. Poza tym na razie i tak nic więcej nie wolno.

Piotr nie mógł spokojnie leżeć i kręcił się po sali. Spojrzał na Szymona chłopak był ładny, prawie jak dziewczynka. Do mamy podobny kręcony. Tylko strasznie chudy.

On naprawdę umiera? pytał znienacka, bez wyczucia, jak dziecko z domu dziecka.

Kinga wzdrygnęła się.

Nie wiemy. Ale… Tak, Szymonek bardzo chory. Leczony, cztery operacje, ostatnie na jelitach Rodzice wykończeni. My rodzina, pomagamy. Ja jestem jego ciocią, siostrą ojca. Ale cuda się zdarzają, prawda?

Nie wiem… Piotr usiadł z naburmuszoną miną na łóżku.

Myślał o Szymonie on miał inną bajkę, taką znaną z telewizji: mama, tata, dziadkowie, rodzina… Wszystko, co chciałby mieć. A leży i umiera.

Noż, nie ma lekko…

Piotra w końcu nie przenieśli. Wieczorem znów pojawił się ojciec Szymona. Znowu zrobiło się zamieszanie w sali, Piotr słyszał, że ktoś o nim mówił: „Cały dzień nikt do niego nie przyszedł…”

Piotr, lekarz mówił, że jesteś z domu dziecka? spytał go tato Szymona.

Tak.

Może pójdziesz do innej sali? Bo Szymek u nas ciężko… ojciec westchnął.

Nie, mi tu pasuje. Mogę zostać?

Cztery dni upływały podobnie. Piotrek dostał gorączki, przewieźli go jednak do sali dla starszych osób. Nudził się, ale codziennie wpadał do Szymona. Nikt go już nie przeganiał.

Przez gorączkę przesunięto mu wypis.

Ale w tym czasie ojciec Szymona pan Mirosław, wiedział o Piotrze już wszystko. Dopytał, podsłuchał. Przyniósł mu parę rzeczy do ubrania Piotr się ucieszył. Od dziecka przyzwyczajony był do cudzych ubrań, wziął je, spojrzał na Szymona.

To Szymka, co?

Tak, jego…

A jeśli on jednak nie umrze?

Pan Mirosław spojrzał na niego zdziwiony. U nich w domu słowa „umrze” się nie wypowiadało. Wszyscy czekali, wszyscy bali się powiedzieć to na głos. Jak można głośno powiedzieć to o jedynym dziecku? To było nie do pomyślenia.

Tylko raz Sonia, mama Szymka, wykrzyczała mu w twarz:

Czemu! Czemu zrobiliśmy wszystko, co trzeba, a on mimo to umiera! Dlaczego?!

Gdy odchodzi bliska dusza, ciało traci siły. Sonia posypała się, żyć bez syna nie chciała. Podawali jej środki nasenne, ale niewiele dawały.

A jeśli jednak nie umrze? powtórzył Piotr.

Mirosławowi przyszło odpowiedzieć szczerze, choć bardziej przed sobą niż przed chłopcem.

Niestety, już nie może wyzdrowieć. Umiera, Piotrze to były ciężkie słowa.

To boli, tak umierać? Piotr przycisnął do siebie Szymonowe ubrania, patrzył na niego ze współczuciem, zmarszczone czoło.

Mirosław widział te emocje. Współczuł, wzruszył się. Te parę dni Piotr był wciąż obok, słyszał rozmowy, chłonął nastroje. Dziecko, pewnie się boi zwłaszcza jako sierota.

Szybciej niż zasnąć. Robimy wszystko, żeby nie czuł bólu. Po to tu jesteśmy.

Ale on czasem się rusza.

Tak, dlatego z nim rozmawiamy. Mamy nadzieję, że słyszy. Ale tego też nie wiemy na pewno.

Rodzina cały czas czuwała przy Szymonie. Pewnego wieczoru, kiedy Mirosław wyszedł tylko na chwilę, zostawił Piotra przy łóżku syna i spóźnił się. Zatrzymał się w drzwiach.

Piotr siedział, trzymał Szymona za rękę i mówił.

…i nie wiem, gdzie jest moja matka. Może już nie żyje. Zostawiła trudno, nie gniewam się. Jeśli by przyjechała, wybaczyłbym. Nie wierzysz? No trudno A ty nie umieraj. Twoja mama tak się martwi, tata taki dobry facet. Mnie gdyby ktoś taki przygarnął, na pewno bym nie umarł. Oddam ci koszulę i spodnie uważam na nie, nie pobrudziłem. Ja mam takich dość. Tylko nie umieraj, walcz. Naprawdę dasz radę…

Mirosław chrząknął, z trudem łapiąc oddech ze wzruszenia. Piotr zerwał się na równe nogi.

On słyszy, naprawdę! Ścisnął mnie za dłoń! Przysięgam!

Wierzę, Piotrek, wierzę! Mówię ci pewnie słyszy.

Rodzina czekała na koniec. Szymek, ich jedyny, zdolny syn, piękny, wszystko miał jeszcze przed sobą, był na granicy życia. Diagnozę postawiono, gdy miał osiem lat zanik mięśni. Potem wszystko się posypało: serce, płuca, układ trawienny… Leczyli go wszędzie Warszawa, Kraków, Poznań. Dzięki temu doczekał jedenastu lat. Szymon przyjął swoją chorobę jak coś oczywistego, nie narzekał.

Najtrudniej miała mama, Sonia. To ona siedziała nocami przy nim, chodziła po lekarzach, błagała w kościołach. Mirosław był blisko, ale jest mężczyzną i musiał trzymać się mocniej.

Sonia nie wytrzymała, kiedy lekarze powiedzieli, że nadziei nie ma. Od tamtej pory była na lekach.

Rozmawiaj z nim, Piotrek. Mów mu więcej. Myślę, że słyszy, cieszy się.

Dla Mirosława te rozmowy chłopca ze Szymkiem były jak powiew świeżego powietrza przy umierającym dziecku. Często stał za drzwiami i słuchał:

…Wyobraź sobie, jak ten Żmuda złamał mi rękę, aż mi się w oczach ściemniło. Myślisz, że jęknąłem? Nie! Przyszedłem do siebie, patrzę ręka w bok wygięta. Żmuda stoi, patrzy, pewnie myślał, że będę płakać. Ale ja wstałem, otrzepałem się, wyciągnąłem rękę: masz, łam dalej, psia mać. Jego zaniemówiło, do pielęgniarki poleciał jak dzieciak. Trochę zabolało, ale zrosło się już. I u ciebie się poprawi, zobaczysz. Przecież złamanie to nie koniec świata. Dasz radę, brat!

Szymon odszedł w nocy. Piotr tego nawet nie zauważył ani nikt mu nie powiedział. Gdy doczekał obchodu i śniadania, zaraz pobiegł do sali obok.

Przy łóżku, na którym on sam wcześniej spał, chodził młody mężczyzna układał rzeczy.

A gdzie…? skinięciem głowy wskazał na łóżko Szymona.

Nie wiem. Nie było go, gdy przyszliśmy.

Piotr poleciał do dyżurki pielęgniarek, ale nikogo nie znalazł. Wpadł do pokoju lekarzy, szukał swojego doktora.

Szymon! Szymon gdzie? Zabrali go? Dokąd?!

Szymon? młody lekarz zamyślił się. Oj… bywa, chłopcze, bywa…

Umarł? przerwał mu Piotr.

Lekarz skinął głową.

Niestety. Czasem tak jest.

Piotr cofnął się ku drzwiom. Gotowa złość na cały szpital, na personel.

Dranie! Nie uratowali!

Jak okazać tę wściekłość?

W korytarzu salowa myła podłogę, Piotr kopnął jej wiadro, woda rozlała się na całą podłogę. Salowa wydarła się, z pokoju wyszli lekarze, przybiegła pielęgniarka.

Wszyscy na niego gderali, karcili. On nogą pchnął drzwi na salę, usiadł na łóżku, zatkał uszy rękami.

Cały szpital! Tyle ludzi, lekarze, a nie potrafili uratować kolegi! Nic nie zrobili!

Czemu właściwie Szymon, który nawet z nim nie gadał, został jego przyjacielem, Piotr nie wiedział. Ale był jego przyjacielem do końca. Piotr opowiedział Szymonowi wszystko o sobie. O matce, o tamtej kobiecie, co śpiewała mu kołysanki, o bójkach i złamaniach.

Kiedyś w nocy, gdy jeszcze spał w tamtej sali, przyśniło mu się, że Szymek usiadł na łóżku, delikatnie się uśmiechnął. Piotr rzucił się do niego, żeby pomóc mu wstać, ale Szymek go powstrzymał poprosił, by dał mu po prostu posiedzieć. Głos miał cienki, dziewczęcy, zaczął Piotrowi opowiadać o sobie.

Nie wszystko zapamiętał, ale pamiętał rozmowę, pamiętał jego głos. Słuchał, a Szymon patrzył w okno, wstał, zaczął się wspinać na parapet. Piotr we śnie tak się wystraszył, że aż się obudził.

Za oknem gniotły się czarne gałęzie, świecił księżyc. Szymon kręcił się, podnosił ręce, a jego zmęczony ojciec spał.

Wtedy Piotr cicho przysiadł przy łóżku Szymona, ujął w dłonie jego chude ręce i zaczął śpiewać, tak jak śpiewano mu kiedyś:

Koteczku, kotek szary,

Baju-baju…

Ogonek szary, łapki białe…

Baju-baju…

Od tamtej pory Piotr często rozmawiał z Szymonem w myślach. Szymon opowiadał mu, jak całą rodziną jechali nad morze, że ma babcię i dziadka, a dziadek jest w ogóle generałem. O szkole, klasie, pokoju dzielonym z rodziną, o mamie, co budzi go rano…

Tak Piotr wyobrażał sobie życie rodzinne i tak mu w myślach odpowiadał Szymon. Często były to baśnie, bo nigdy nie żył w rodzinie, nie bywał w domach, tylko oglądał takie sceny w telewizji.

Na przykład wyobrażał sobie, że łóżka w mieszkaniach stoją dla całej rodziny w jednym pokoju. Każdy ma swój kącik, a w przedpokoju własną szafkę. W czwartki na obiad zawsze jest ryba, a herbatę rano mama nalewa chochlą.

***

Dziwne, ale kiedy Szymon odszedł, Mirosław poczuł ulgę. Nie dlatego, że nie kochał syna wręcz przeciwnie. Szymon już nie żył naprawdę trwał w śpiączce długimi tygodniami, gdyby go nie podtrzymywali, cierpiałby. Teraz… już się nie męczy.

Trzeba będzie się z tym pogodzić, pomóc żonie się z tym uporać, nauczyć się żyć dalej.

Coraz częściej wracał myślami do Piotra.

Wiedział, że teraz nie czas mówić o adopcji. Sonia by tego nie zniosła. Nie da się zastąpić Szymona. Jego zdjęcie stało na pianinie wśród kwiatów, Sonia godzinami tam siedziała, zapalała świece, chodziła do kościoła, pielęgnowała pamięć. Dzieci już mieć nie mogli osiem lat temu Sonia przeszła operację po ciąży pozamacicznej.

A Piotr pewnie nigdy nie zazna matki ani ojca…

Wiedział, że chłopiec był inny niż Szymon bardziej szorstki, nieoszlifowany, czarnooki. Ale słyszał, jak Piotr rozmawia, czuł, że ma czystą, dobrą duszę.

Sonia, byłem dziś w szpitalu. Piotra wypuścili, chociaż długo go trzymali.

Po co tam pojechałeś? Sonia patrzyła pytająco.

No wiesz po papiery od Szymona. A Piotrku, podobno, zrobił niezły cyrk dowiedział się, że Szymkowi nie udało się, winę zrzucił na wszystkich, awanturował się.

Głupiak westchnęła Sonia.

Dokładnie

Dima, nie martw się o mnie. Powoli się pogodzę… Idź do pracy.

Dobrze.

Tylko nie mów mi więcej o chłopakach, okej?

Więcej nie mówił.

Ale w weekend sam poszedł do domu dziecka, coś go tam ciągnęło. Wiedział, co Piotr mówił o swoim życiu w placówce. Bali się go, nie chcieli od razu nawet wpuścić. Dyrektorka patrzyła podejrzliwie, nie wierzyła, że chce tylko pogadać.

Ale bynajmniej go to nie zniechęciło. Przypomniał sobie o koleżance z klasy, pani Tatianie Sawickiej, pracującej jako psycholog wsparcia rodzin adopcyjnych.

Szybko dowiedział się, gdzie mieszka, i już nazajutrz był u niej na rozmowie. Opowiadał, ona słuchała, rozumiała, współczuła i obiecała dowiedzieć się czegoś o Piotrze. Mówiła tylko jedno najważniejsza jest zgoda żony i samego chłopca. Bez tego nie ma co zaczynać.

Ale Mirosław z uporem poszedł do opieki, pobrał druk dokumentów do rodzinnych spotkań lub adopcji. Zaskakująco przyjaźnie go tam przyjęto, obiecano pomóc w zorganizowaniu spotkania z chłopcem.

O wszystkim nie mówił żonie, ale wspomniał teściowi i Kindze. Kinga była pozytywna, chłopak się jej spodobał. Obiecali porozmawiać z Sonią.

Ale Sonia płakała, ilekroć temat schodził na Piotra.

On nie zastąpi Szymka, nie rozumiesz?!

Nikt go nie zastąpi, Sonio. Ale Piotrek to sierota, a my teraz też jesteśmy sami. On jest całkiem inny, trudny. Nie mamy złudzeń, że zastąpi nam syna. Ale słyszałem, jak rozmawiał z Szymonem. Był jego przyjacielem, naprawdę przeżywał. Dla mnie to dużo. Pozwól chociaż się spotkać…

Tylko mnie nie zmuszaj

To była już pierwsza ustępstwo.

Gdy pierwszy raz przyprowadzono Piotra do spotkania w gabinecie u dyrektorki domu dziecka, był zamknięty w sobie. Nie patrzył w oczy, mocno ściskał palce, aż zbielały mu kłykcie. Nawet ręki Mirosławowi nie podał.

Przy nich była pani Tatiana. Nie przeszkadzała, szukała czegoś w papierach. Mirosław wiedział, że chłopak się boi, jeszcze w szpitalu był inny. Chciał go przytulić i powiedzieć: Nie bój się. Ale jak zacząć rozmowę z dzieckiem, które całe życie żyło w takiej rzeczywistości? Spojrzał na żonę Sonia wpatrywała się w Piotra, Tania milczała.

Nie umieli się przełamać. Piotr był cały spięty. Widząc to, skończyli spotkanie wcześniej niż planowali.

No, i gdzie ta odwaga?

Wydaje się, że nie chce do nas trafić, racja? zmartwiony Mirosław rzucił w drodze powrotnej.

Myślisz się odparła Tatiana. On bardzo chce, ale bardzo się boi, że nie spełni oczekiwań. On marzy, żebyście go wybrali, jak rzadko który chłopak. Będzie bardzo się starał, ale panicznie boi się zawieść.

A my tacy straszni? zapytała Sonia.

Jesteście dla niego prawdziwymi rodzicami, jakich nigdy nie miał. Do tego trzeba się nauczyć podejścia powiedziała Tatiana.

Ustalono, że kiedyś Piotr przyjedzie na gościnę. Nie dał jeszcze zgody, a Sonia wciąż się wahała.

Przyjechał z Mirosławem na herbatę. Dłonie mu się pociły, wpatrywał się w kubek, bał się cokolwiek zjeść, by nie strącić filiżanki, strach podnieść wzrok na pięknie urządzoną kuchnię. Wydało mu się, że wszyscy siedzą zbyt blisko.

Strasznie bał się Soni.

Za chwilę Mirosław upuścił łyżeczkę, Piotr ze strachu podskoczył i wyrwał się:

Ale kabaret!

Mirosław od razu podchwycił:

No, kabaret! Daj spokój, to tylko łyżeczka. No, Piotrek, nałóż sobie ziemniaczków, nie wstydź się.

Piotr włożył kartofla do buzi, ale bał się żuć, więc siedział z nim dłuższą chwilę.

Spokojnie, brat! Wyluzuj!

Może pokażę ci pokój Szymona? zaproponowała Sonia.

Piotr aż się rozpromienił, oczy mu błysnęły, skinął.

Wszedł do pokoju Szymona i od razu zobaczył jego duży portret. Trochę inny niż w szpitalu żywy, uśmiechnięty. To go podniosło na duchu. Wydawało się, że Szymon wita go: „Nie bój się, jestem z tobą!”

O! Szymek! podszedł dotknąć ramy, spojrzał na Sonię. Tu wygląda na grubszego.

Tak… Tylko na końcu… tuż przed… Sonia nie mogła wypowiedzieć tego słowa.

Przed śmiercią? Piotr zapytał bezpośrednio, głaskał ramę portretu. Pokaże mi pani, jak on tu mieszkał?

Sonia zawahała się, potem sięgnęła po album.

Wiesz, ja na razie nie mogę go oglądać, za bardzo boli. Sam zobacz.

Piotr usiadł na łóżku, otworzył album. Sonia stanęła przy oknie, ale po chwili usiadła obok, zaczęli oglądać razem.

Ale był śmieszny… fajny, super… komentował Piotr.

Wszystko go interesowało, pytał o szczegóły.

W pewnym momencie, przeglądając zdjęcia z wakacji, wykrzyknął:

O, morze! Mówił mi, że jeździliście nad morze.

Sonia smutno pokiwała głową.

Mówił ci? Przecież już dawno nie mówił…

Piotr podniósł na nią oczy, zrozumiał, że przedobrzył, ale uparł się.

A mnie mówił…

Sonia nie dyskutowała. W skupieniu przeglądała zdjęcia, pierwszy raz od dawna spokojnie. Strach i ból trochę zelżały, siedząc przy tym naiwnym chłopaku. Pomyślała, że może naprawdę z nim będzie łatwiej.

Nabierając odwagi zapytała:

Piotr, a gdybyśmy chcieli cię przygarnąć, chciałbyś zostać z nami?

Znowu się spiął, chwilę przerzucał album.

Nie wiem… Szymek był dobry. Ja… nie umiem, nie jestem… taki…

Sonia go nagle uściskała mocno.

I dobrze. Przecież bierzemy cię nie jako zamiankę za Szymka. Po prostu cię przyjmiemy, jak jego przyjaciela.

Piotr się wystraszył objęcia, z początku był sztywny od dawna nikt go nie przytulał. Poczuł zapach kobiety, ciepło jej ciała, dłoni.

Żeby się rozproszyć, dalej przeglądał album, a ona nie puszczała go, lekko go kołysała.

Nigdy nie płakał, nigdy!

A teraz ścisk w gardle i łzy same poleciały. Zaczął pochlipywać.

Płaczesz? Piotrku, płaczesz? No już, nie płacz, bo się rozkleję wraz z tobą. Trzymaj się, jesteś przecież mężczyzną! Musisz być silny! otarła mu policzki ręką.

Te słowa już kiedyś słyszał.

Okno pokoju było otwarte. Rześkie powietrze sprawiało, że firanka lekko się unosiła, zielono za oknem, a z portretu uśmiechał się przyjaciel Szymek.

I Piotrek, jak mały chłopiec, zapytał:

A zna pani może taką piosenkę? „Koteczku, kotek szary, ogonek szary…”

Słyszałam. To chyba kołysanka. Chcesz, żebym się nauczyła?

Piotrek pociągnął nosem i przytaknął. Niczego więcej mu nie trzeba…

***Sonia uśmiechnęła się przez łzy, lekko kiwając głową.

Nauczę się, Piotrek. Obiecuję.

Z kuchni dobiegł spokojny głos Mirosława:

Kolacja gotowa! Chodźcie, zanim wystygnie.

Piotr odwrócił się od albumu, jeszcze raz spojrzał na portret Szymka i jakby w odpowiedzi na niemy uśmiech przyjaciela wyprostował ramiona i nieśmiało pociągnął Sonię za rękę. Przeszli razem do kuchni, do stołu nakrytego dla trzech osób.

Usiedli, Sonia nalewała herbatę, Mirosław przysuwał talerze, coś żartował o zupie, a Piotr powoli przestawał się bać. Jeszcze nie do końca wierzył, że naprawdę wolno mu tu być ale z każdym oddechem, z każdą sekundą w tej kuchni, czuł że zostawia za oknem cały dawny świat.

Za szybą świtały światła miasta, powiewała firanka, gdzieś tam, daleko, dzieci na placu zabaw wracały do domu. Piotr usiadł między Sonią a Mirosławem, jakby od zawsze tam należał. I kiedy Mirosław nalał mu kompotu, Piotr sam sięgnął po chleb.

Smacznego, Wrona powiedział cicho Mirosław z uśmiechem.

Piotr spojrzał na niego zdumiony, potem na Sonię, która tylko mrugnęła do niego leciutko. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Piotr się roześmiał krótko, nieśmiało, ale prawdziwie.

A później, przy zwykłej kolacji, kiedy Sonia zagaiła rozmowę, a Mirosław zaczął opowiadać zabawną historię, Piotr po raz pierwszy poczuł, że rzeczywiście można nie być samym na świecie.

Można znaleźć kogoś, kto nauczy się dla ciebie nawet najprostszej kołysanki.

Za oknem zielone liście zafalowały pod podmuchem letniego wieczoru.

I przez chwilę, krótką, piękną chwilę, Piotr nie tęsknił już za nikim i niczego nie brakowało mu do szczęścia.

Oceń artykuł
TwojaCena
Piotruś. Opowiadanie