Piotrek. Opowiadanie

Szpitalne okno było uchylone na oścież. Rano otworzyła je pielęgniarka. Powietrze w środku pachniało świeżością, firanki drżały od letniego wiatru, zieleń kasztanów za szybą cieszyła oczy, a do upalnych gorączek sierpnia było jeszcze daleko.

Piotrkowi właśnie wycięli wyrostek. Ponoć operacja była trudna ledwo zdążyli. Ale Piotrek się nie bał.

Zastrzyków się boisz? uśmiechała się rano pielęgniarka, upuszczając powietrze ze strzykawki.

Obrócił się tylko na bok i zamilkł. Nie wolno mu jeszcze było wstawać.

Dobre sobie… Wystraszyć mnie takimi rzeczami…

Przywieźli go z bramy kamienicy. Tam go złapał skurcz. Nie był bezdomny. Dzieciństwo spędził w domu dziecka. Wracali z chłopakami z bazaru, gdzie próbowali dorobić parę groszy na lewej robocie, aż nagle rozbolał go brzuch.

Jedyna jego zgryzota: wpakował w kłopoty Olka i małego Jarka zaraz zrobi się zamieszanie w domu dziecka. Już wczoraj po operacji wpadała do niego pani Irena zastępczyni dyrektorki, udawała troskliwość i wszystko chciała wiedzieć. Był jeszcze oszołomiony po narkozie. Pamiętał, że była, nachylała się nad nim, gorączkowo pytała, ale szczegóły uciekły gdzieś w sen.

A dlaczego akurat nie złapało go przy domu dziecka? Przecież już był prawie u bramy… Ale stało się…

Winił morele, które dostali za bezcen na bazarze ponoć przegniłe. Ale były słodkie, jak miód, więc cała trójka objadła się, aż z wrażenia nie mogli się ruszyć.

No, bohaterze! Jak się czujesz? lekarz z włochatymi ramionami obejrzał szew. Spokojnie, najgorsze już za tobą. Teraz się nie bój.

A ja się w ogóle nie bałem.

O, twardziel? No dobrze, twardzielu! spoważniał lekarz. Ale jeść jeszcze nie możesz. Zakazuję wszelkich słodkości, nawet gdyby ktoś chciał ci coś przynieść. Po południu dostaniesz kisiel.

Piotrek kiwnął głową z szacunku. Wiedział, że i tak nikt mu nic nie przyniesie. Teraz, w domu dziecka, każdy miał do niego żal: za ucieczkę, za zamieszanie, bo przez niego kadra będzie miała kłopot. Na bazar chodzili przez dziurę w płocie, nielegalnie, i to właśnie wtedy Piotrek upadł z bólu akurat na powrocie!

W kwestii odwagi lekarz miał rację. Piotrka życie nauczyło być dzielnym. Matka urodziła go chyba przez przypadek. Raczej nie było jej stać na aborcję myślał o tym dziesięciolatek zupełnie spokojnie, jak wszystkie dzieci z domu dziecka.

Nie miał żalu do matki. Przeciwnie, dziękował bo urodziła, choć zaraz potem się zrzekła.

Do trzeciego roku chował się w domu niemowlaka, potem przeszedł do domu dziecka pod Poznaniem, potem pod Radomiem. Jak pamiętał zawsze walczył o przetrwanie.

Przypominały mu się bijatyki o jedzenie w stołówce. Mimo że był czas spokoju w kraju, to kucharki i kierownictwo wynosiły jedzenie, ile wlezie nie tylko ukradkiem do domów, ale i samochodami.

I to nie tylko o jedzenie się bili! O wszystko. Piotrek wyrósł na silnego, wywalczał miejsce siłą. Kilka razy złamał rękę, a kiedyś nawet fryzjerka, która przyjeżdżała ich strzyc na łyso, prawie się popłakała, widząc jego głowę całą w bliznach.

A co płakać! Piotrek nigdy nie płakał.

A teraz chcą go nastraszyć blizną na brzuchu albo zastrzykami…

Śmiechu warte!

Starszych uważał za zimnych i wyrachowanych. On nie był słodkim malcem ani uroczą dziewczynką do przytulania. Był prosty, surowy, uparty z charakterem.

Uważaj, Wróblewski! Jeśli coś wykombinujesz idziesz do izolatki! pogroziła mu raz jeszcze Irina Kirilowna, ich opiekunka.

Nie wykłócał się, ale i nie zamierzał ulegać każdemu poleceniu. Miał swoje zasady, własne reguły.

Była jedna osoba dorosła, którą zapamiętał na całe życie. Nie wiedział, jak dzieci wspominają matki w myślach, rozmawiają z nimi w wyobraźni. Ale z tą kobietą, która kiedyś pojawiła się w jego życiu i zaraz zniknęła, rozmawiał w myślach często.

Miał wtedy jakieś sześć lat. Pojawiła się w innym jeszcze domu dziecka, tym pod Poznaniem. Kim była nie wiedział. Zapamiętał jej ciepły uśmiech, błękitne oczy, zapach dłoni i dotyk. Brała go czasem na kolana i szeptała mu do ucha:

Ty musisz być silny, Piotrusiu. Musisz grzecznie jeść, dbać o siebie, słuchać wychowawców. Będzie ci trudno, ale dasz radę. Musisz tylko się postarać, dobrze?

Śpiewała mu kołysankę:

Kotku, kotku, ogonek miękki
Śpij, śpij.
Ogonek szary, łapki białe,
Śpij, śpij.
Łapki białe, uszka czarne,
Śpij, śpij

Chociaż czuł się już dorosły, nie raz przypominał sobie tę naiwną melodię, szczególnie gdy miał wszystkiego dosyć. Zamykając oczy, nucił ją w myślach, wspominał tamten dotyk i robiło się jaśniej…

Potem ta kobieta gdzieś zniknęła. Została po niej tylko ta kołysanka i parę wspomnień. Imienia nie zapamiętał, w myślach zwracał się do niej mamo, choć rozumiał, że pewnie była zwyczajną opiekunką. Ale chciał tak myśleć…

Pielęgniarka zamknęła okno, zaczęła ścielić łóżko naprzeciwko. Piotrek się ucieszył samemu leżeć było nudno.

Po chwili wjechała na salę leżanka, a wokół niej tłum lekarzy. Rozpoczął się gwar. Piotrek, z własnego posłania, za wiele nie widział, ale dojrzał chudziutkiego, ostro nosowego chłopca, z kroplówką u boku. Szybko zostały przy nim tylko pielęgniarka i mężczyzna w lekarskim kitlu.

Nikt wiele nie mówił. Odzywali się zdawkowo.

Będzie spał rzuciła pielęgniarka.

Dobrze. Dziękuję.

Zawołacie

Dobrze.

Wyszła. Mężczyzna usiadł przy łóżku syna, opierając się łokciami o kolana. Chłopiec spał.

W sali zrobiło się duszno, a on nawet nie zdjął marynarki. Piotrkowi zdawało się, że i on przysypia.

Kości bolały od leżenia, więc Piotrek przekręcił się. Łóżko skrzypnęło, mężczyzna odwrócił głowę zmarszczka na czole, pod oczami sińce, ale wzrok życzliwy.

Dzień dobry szepnął, jakby dopiero teraz zorientował się, że nie jest sam.

Dzień dobry.

Obudził się, popatrzył na syna i wstał. Przysunął stołek do łóżka Piotrka i przysiadł.

Operacja była?

No, wyrostek wyciął.

To dobrze. Wstajesz już?

Jeszcze nie.

Może chcesz czegoś?

Nie wolno mi. Do wieczora nic. A jemu co jest? Piotrek wskazał głową śpiącego.

Jemu? odwrócił się Inna choroba… Nie masz nic przeciwko, żebym posiedział tutaj z synem? Pomogę, jeśli trzeba.

Nie przeszkadza mi

Przeniósł stołek, przesiadł się i rzekł:

Nazywa się Szymon, ma jedenaście lat. A ty?

Piotr, lat dziesięć.

Dziękuję ci, Piotrze powiedział cicho. Piotrek nie do końca zrozumiał za co.

Następnego dnia przez całą dobę przewijali się ludzie, pielęgniarki i lekarz. Ojciec chłopca nocował na sali, mówił czasem do syna. Szymon ruszał rękami, głową, ale oczu nie otwierał. Wyglądał, jakby spał.

Potem pojawiła się starsza para i młoda kobieta wyższa, prosta, z haczykowatym nosem i kręconymi ciemnymi włosami. To była matka Szymona. Siedziała przy chłopcu blada oczy czerwone, zapuchnięte od płaczu. Usiedli ją przy łóżku, głaskała go, szeptała coś do niego raz po raz.

Może przenieść chłopca? zaproponował ojciec, wskazując na Piotrka, martwiąc się o żonę.

Tak, dziś przeniesiemy.

Doktor jakby dopiero przypomniał sobie o Piotrku, podszedł.

Jak się trzymasz, bracie? Boli?

Trochę…

Nocą spało mu się źle, szew dokuczał, bał się przekręcać. Wczoraj nie dali mu nawet jeść nie wiadomo, czy zapomnieli, czy jeszcze nie pora.

Zacznij próbować wstawać. Dzisiaj już możesz. Przeniesiemy cię lada chwila do sąsiedniej sali, do staruszków. Pohasać już można, bratku. Zaraz zdejmą dren.

Chciał wstać, ale pielęgniarki długo nie było. Kręcił się.

Po chwili zrozumiał Szymon chyba odchodzi. Nie budził się, spał, wszyscy szeptali, byli spięci i przygnębieni.

Przez dzień przy synu została krewna młoda dziewczyna. Piotrek się jej wstydził. Gdy przyszła pielęgniarka, by wyciągnąć dren, próbował dać znać, że krępuje się, ale ta tylko prychnęła.

Kto by tam ciebie Nie do ciebie jej.

Operacja była krótka, lecz leżał dalej, ciesząc się, że znów czuje się wolny. Był zupełnie nagi i nie wiedział, gdzie jest jego ubranie. Dziewczyna patrzyła to w okno, to na Szymona. Często poprawiała idealnie przykryte już kołdry, nawilżała mu usta wodą. Piotrek żałował, że nie zapytał pielęgniarki o ubranie.

Nikomu nie jesteś potrzebny. I rzeczywiście nikomu…

Ale po godzinie zdecydował się usiąść. Odwrócił się, naciągnął kołdrę i usiadł.

Dziewczyna zerknęła.

Pomóc ci?

Nie, zakręciło mu się w głowie. Musiał znowu położyć się.

Po minucie usiadł znów.

Wie pani, gdzie są moje ciuchy? zapytał.

Nie wiedziała. Obiecała się dowiedzieć.

Pilnuj tylko Szymka, dobrze?

Chciał wstać, opatulony kołdrą, ale nogi się uginały, trząsł się cały odważył się zrobić krok, ale nie przeszedł daleko.

Przyniesiono mu w końcu ubranie. Szpitalne, nie swoje.

Odwrócę się, nie krępuj się powiedziała dziewczyna.

Założył spodnie, wszystko było na niego ogromne, musiał znaleźć sposób, by związać gumkę w pasie. Był w tym sprytny. Nóżki musiał zagiąć, ale nie dał rady się schylić. Dopiero gdy poszedł i się potknął, dziewczyna go zauważyła.

Stój! przykucnęła przed nim i zawijała nogawki tak ostrożnie i długo, że zaczęło mu się robić słabo.

Zaraz upadnę…

O, nie! podtrzymała go do krzesła. Nic dziwnego. Przecież ledwo się trzymasz. Jadłeś dzisiaj coś w ogóle? Jak masz na imię?

Piotrek.

A ja Zosia. Piotrku, powinna być przy tobie mama. Może zadzwonić do niej, chcesz?

Nie mam mamy.

Aha… Może tata? Albo… z kim mieszkasz?

Dajcie spokój. Już lepiej. Idę do łazienki.

Poszedł do łazienki i spojrzał w lustro. Pod oczami miał niebieskie podkówki, usta bledsze od prześcieradła. Tylko czarne oczy płonęły. Wychowawczyni mówiła, że nazwisko Wróblewski ma po takich jak on Wrona: spojrzenie głębokie, czarne jak skrzydło wrony. Mówiono na niego Wrona. Był z tego dumny.

Umył się zimną wodą od razu lepiej. Chyba Zosia się postarała przynieśli mu kisiel.

Co z jedzeniem? Sam dojdziesz do stołówki?

Gdzie to jest?

Na prawo, potem ze schodów znowu na prawo, znajdziesz po zapachu zażartowała salowa.

W życiu! On ledwo się trzyma na nogach. Ja mu przyniosę ten kisiel uniosła się Zosia. I nic więcej na razie mu nie wolno.

Chodził po sali. Zobaczył Szymona śliczny chłopak, wyglądał jak dziewczynka, kręcone włosy jak u mamy. Tylko chudy…

On naprawdę umiera? zapytał, bo tylko wychowankowie domów dziecka potrafią być tacy bezpośredni.

Dziewczyna zadrżała.

Nie wiemy… Ale… Tak, Szymek jest poważnie chory. Miał już cztery operacje, ostatnie na jelitach. Rodzice walczą już długo. Teraz my pomagamy. Ja jestem jego ciocią siostrą taty. Ale czasami zdarzają się cuda, prawda?

Nie wiem… Piotrek opadł na łóżko.

Myślał o Szymonie zupełnie inne miał życie, jak w filmie: mama, tata, babcia, rodzina… Wszystko miał, żyj sobie i się ciesz. A teraz umiera.

Nie miał szczęścia

Nie przenieśli go ostatecznie. Wieczorem ponownie przyszedł ojciec Szymka. Znowu gwar na sali. Piotrek usłyszał, że przez cały dzień nikt do niego nie przyszedł.

Piotrze, lekarz mówił, że jesteś z domu dziecka? zapytał ojciec Szymona.

Tak.

Może wolisz być w innej sali? Szymon jest ciężki…

Nie, tu mi dobrze. Chcę zostać.

Tak upłynęły cztery identyczne dni. Piotrek dostał gorączki, przeniesiono go do pokoju z samymi starcami. Nudziło mu się potwornie, więc często odwiedzał Szymona. Nikt go nie przeganiał.

Przez gorączkę długo nie wypisali go ze szpitala.

Przez ten czas ojciec Szymka Tomasz Górski dowiedział się o nim wszystkiego. Wypytywał dyskretnie, podpytywał pielęgniarki. Przyniósł mu coś do ubioru, Piotrek był z tego nawet zadowolony przywykł do odzieży po kimś po chwili jednak spojrzał na Szymka.

To jego, tak?

Jego…

A jeśli jednak przetrwa?

Górski popatrzył na niego zaskoczony. W ich rodzinie nigdy nie było miejsca na słowo umrze. Wszyscy czekali na śmierć Szymka, ale nikt tego nie wypowiedział na głos. Jak tak można jedyne dziecko…

Raz tylko Sonia wybuchła, kiedy Tomasz powiedział, że zrobili dla syna wszystko, co można.

Dlaczego? Dlaczego on musi cierpieć? Czemu wszystko, co robimy, idzie na marne?!

Gdy odchodzi bliska osoba, człowiek traci siły. Sonia nie chciała żyć bez syna. Dali jej zastrzyki, ale niewiele pomagały.

A jeśli jednak nie umrze? powtórzył Piotrek.

Tomasz chciał odpowiedzieć nie Piotrkowi, tylko samemu sobie.

Niestety, już nie może wyzdrowieć. Umiera, Piotrze.

Czy to boli umierać? Piotrek trzymał przy piersi Szymonową koszulę, patrzył na niego z troską, marszcząc brwi.

Tomasz to widział. Chłopiec naprawdę współczuje przejął się.

Szybciej niż zasypianie. Robimy wszystko, by nie bolało. Jesteśmy tu po to.

Ale on się rusza.

Tak, dlatego mówimy do niego. Może słyszy. Ale tego nie wiadomo.

Rodzina cały czas czuwała przy Szymonie. Pewnego wieczoru ojciec wyszedł dosłownie na chwilę, zostawiając Piotrka przy synu. Gdy wrócił, zatrzymał się w drzwiach.

Piotrek trzymał Szymona za chudą rączkę i szeptał:

…a matki mojej nie znam, pewnie już nie żyje. Zostawiła mnie nie mam do niej pretensji. Gdyby przyjechała, wybaczyłbym jej. Nie wierzysz? Nieważne Tylko nie umieraj, słyszysz? Twoja mama tak płacze, a tata Daj mi takiego ojca i na pewno bym nie umarł Oddam ci tę koszulę i spodnie, nie pobrudziłem ich, mam ich dużo. Tylko nie umieraj. Wyzdrowiej. Bardzo cię proszę Postaraj się

Tomasz musiał się odchrząknąć, coś go ścisnęło za gardło. Piotr zerwał się.

On mnie słyszy! Przycisnął mi rękę, przysięgam! Nie wierzycie?!

Wierzę, wierzę, Piotrze odpowiedział cicho Tomasz.

Cała rodzina Górskich czekała na koniec. Szymon ich jedyny cudowny syn, radość, nadzieja, był na granicy życia. Chorobę wykryto, gdy miał osiem lat najpierw atrofia mięśni, potem wszystko po kolei: serce, płuca, jelita Jeździli po szpitalach, konsultowali, leczyli. Dzięki temu Szymon dożył jedenastki. Przywykł do choroby, nie marudził.

Najtrudniej znosiła to Sonia. Czuwała nocami, ganiała po lekarzach, modliła się w kościołach. To do niej należał cały ciężar bezsilności. Tomasz trwał przy niej, ale on był silny, musiał być.

Jej siły skończyły się niedawno kiedy już było jasne, że Szymon umiera. Wtedy dali jej leki uspokajające.

Mów do niego, Piotrze. On na pewno słyszy i cieszy się.

Dla Tomasza rozmowy Piotrka były ulgą kroplą życia przyniesioną pod drzwi szpitalnej sali.

…Wyobraź sobie, jak ten Gregor mnie uderzył zrobiło się czarno przed oczami. Nie wierzysz? Ale zaraz przeszło, otworzyłem oczy, patrzę rękę mam jak złamaną w połowie. Ten dureń patrzy i czeka, aż się popłaczę. Ale nie popłakałem, wstałem, otrzepałem się, wyciągam do niego rękę i mówię: Na, połam, chociaż zemdliło mnie, nie pozwoliłem się złamać. Na złość mu.

A on poleciał do pielęgniarki, a sam się rozszlochał jak dziecko

Widzisz, ręka wyzdrowiała. Ty też wyzdrowiejesz. Może to poważniejsze od twojej choroby, nie wiadomo. Ale walcz, bracie, proszę cię.

Szymon odszedł w nocy. Piotrek nie zauważył nawet kiedy. Do rana nie wiedział. Rano, po obchodzi, zszedł na śniadanie, a potem zaglądnął do sali obok.

Przy łóżku, gdzie kiedyś leżał, krzątał się młody mężczyzna, układał swoje rzeczy.

A Szymon? wskazał na łóżko z nie tak dawnym pacjentem.

Nie wiem. Nie było go.

Piotrek wybiegł na dyżurkę, nie widząc pielęgniarki pognał do pokoju lekarskiego, szukając swojego lekarza, zapytał innego:

Szymon! Gdzie Szymon? Zabrali go? Dokąd?

Szymon? młody rezydent zmarszczył się. Ach Wiesz, on był bardzo chory

Um… umarł? przerwał Piotrek.

Rezydent kiwnął głową.

Niestety. Tak czasem bywa.

Piotrek cofnął się do drzwi. Wrzał w nim gniew na cały ten szpital, lekarzy, wszystkich.

Świnie! Nie uratowali!

A jak miał wyrazić złość?

W korytarzu sprzątaczka myła podłogę. Piotrek kopnął jej wiadro, woda rozlała się szeroko. Wrzasnęła, z pokoi wybiegli lekarze, zaraz pojawiła się pielęgniarka.

Wszyscy się złościli, besztali go. Piotrek wrócił do sali, zatrzasnął drzwi stopą i siadł na swoim łóżku, zakrył uszy dłońmi.

Taki szpital! Tyle lekarzy, nikomu nie zależało, żeby jego przyjaciel przetrwał…

Sam nie wiedział, dlaczego Szymon, który całą ich przyjaźń był nieprzytomny, stał się mu bliski. Ale się stał. Opowiedział mu o sobie wszystko: o matce, o tamtej kobiecie, która śpiewała mu kołysankę, o walkach, złamaniach.

Pewnej nocy, jeszcze w szpitalu, przyśniło mu się, że Szymek usiadł na łóżku i uśmiechnął się smutno. Piotrek rzucił się, żeby go podnieść, ale Szymon poprosił, żeby nie dotykał tylko pozwolił mu posiedzieć. Słabym, dziewczęcym głosikiem opowiadał o sobie.

Nie pamiętał w szczegółach, o czym mówił Szymon tylko dźwięk jego głosu. Słuchał, słuchał, aż Szymon nagle popatrzył na okno, wszedł na parapet. Piotr w śnie aż się przeraził, że ten wypadnie wtedy się obudził.

Za oknem kołysały się gałęzie, świecił księżyc. Szymon miotał się jakby w gorączce, ojciec spał zmęczony.

Piotrek cichutko przysiadł na łóżku Szymona, chwycił jego szczupłe ręce i zaczął nucić jedyną znaną mu kołysankę:

Kotku, kotku, ogonek miękki,
Śpij, śpij.
Ogonek szary, łapki białe,
Śpij, śpij.
Łapki białe, uszka czarne,
Śpij, śpij

I tak już rozmawiał z nim w myślach o rodzinie, wakacjach nad morzem, że ma babcię, dziadka generała, szkołę, własny pokój, mamę, która budzi go rano…

Tak Piotr wyobrażał sobie rodzinne życie, czasem przekoloryzowane, bo sam nigdy go nie poznał tylko z telewizji.

Wyobrażał sobie np., że w mieszkaniach wszyscy śpią w jednym pokoju. Każdy ma swoje łóżko, w przedpokoju własną szafkę, w czwartki jest dzień rybny, a poranną herbatę rozlewa mama chochlą…

***

Dziwnie, ale kiedy Szymon odszedł, Tomasz odetchnął. Nie dlatego, że nie kochał syna, że był złym ojcem. Przeciwnie. Szymon już nie żył, to była tylko powłoka, która cierpiała. Męczenie się nie miało sensu śmierć była ratunkiem.

Teraz trzeba to zaakceptować, przekonać żonę. Żyć dalej.

I coraz częściej myślał Tomasz o Piotrku.

Wiadomo, że to nie czas na adopcję. Sonia nie zrozumie. Czy ktoś zastąpi Szymka? Nigdy. Jego portret stoi pośród kwiatów, żona godzinami siedzi przy zdjęciu, pali świece, chodzi na msze, codziennie jeżdżą na cmentarz. Osiem lat temu Sonia miała ciążę pozamaciczną, po operacji dzieci mieć już nie mogli.

A Piotrek nigdy nie pozna matki ani ojca…

Wiadomo, że jest zupełnie inny. Nie Szymon surowy, rozbrykany, czarne oczy. Ale Tomasz słyszał, jak Piotrek mówi ma czystą, dobrą duszę.

Sonia… Byłem dziś w szpitalu, Piotrka wypisali. Trzymali długo, w końcu wypisali.

Po co pojechałeś? Sonia patrzyła uparcie.

A wiesz papiery Szymka miałem odebrać. Piotrek podobno urządził tam koncert obwiniał wszystkich po śmierci Szymka.

Dziecinny… westchnęła Sonia.

Właśnie…

Nie martw się o mnie. Muszę się przyzwyczaić. Pracuj spokojnie.

Dobrze.

Ale nie mów mi na razie o żadnych chłopcach, dobrze?

Tomasz więcej nie mówił.

Ale w sobotę sam pojechał do domu dziecka. Coś go ciągnęło. Słyszał, jak Piotrek opowiadał o tym miejscu podejrzewał, że syfu i bałaganu tam nie brakuje. Na próżno: z Piotrkiem nie pozwolono mu się zobaczyć. Zasypano go pytaniami, patrzono z niechęcią. Dyrektorka od samego początku nie była mu przychylna, mimo setek prób tłumaczenia, że chce się tylko spotkać.

To go nie zniechęciło wręcz przeciwnie. Przypomniał sobie koleżankę z klasy Tatianę Stawicką pracującą w opiece dla kandydatów na rodziców zastępczych.

Szybko odnalazł jej adres, już dnia następnego odwiedził ją. Rozmawiali długo. Tatiana zapowiedziała, że dowie się wszystkiego o Piotrze, ale podkreśliła najważniejsze jest zdanie żony i samego chłopca. Bez tego nie ma sensu zaczynać.

Tomasz mimo wszystko poszedł do opieki społecznej, pobrał wykaz dokumentów potrzebnych do adopcji. Ku jego zaskoczeniu, urzędniczki były otwarte, przyjazne. Obiecały pomóc w zaplanowaniu spotkania z chłopcem.

O tym wszystkim nie wspominał żonie. Testowi i siostrze powiedział. Liza była optymistyczna: polubiła Piotrka i obiecała rozmawiać z Sonią.

Ale Sonia płakała, gdy tylko mowa była o Piotrku.

On nie zastąpi Szymka! mówiła. Nie rozumiecie?

Przecież nikt nie mówi, że ma go zastąpić. On jest sierotą, a my jesteśmy po stracie… To zupełnie inna historia. Ale, gdybyś słyszała, jak Piotrek mówił z Szymkiem… Ten dzieciak mnie, dorosłego, podtrzymał na duchu. Dawał spokój, pewność. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Poznajmy go chociaż. Proszę cię.

Tylko nie zmuszaj…

To była pierwsza zgoda.

Na pierwszym spotkaniu Piotrek był napięty, siedział sztywny, oczy wbite w blat, ręce zaciśnięte. Nawet nie dał ręki Tomaszowi.

Była z nimi Tatiana, ale tylko cicho przykładała uwagę do papierów. Tomasz tylko patrzył na chłopca, widział, że mu trudno. Piotrek zbladł. W szpitalu był zupełnie inny.

Chciał go przytulić, powiedzieć: nie bój się… Nie wiedział, o czym zacząć, spojrzał na żonę szukał wsparcia. Sonia patrzyła uważnie, westchnęła, Tatiana milczała. Tomasz zaczął więc gadać co ślina na język przyniosła, by rozładować ciszę.

Piotrek był tak spięty, że zwolniono go do domu dużo wcześniej.

I taki dzielny…

Chyba nie bardzo mu się podoba u nas zmartwił się po drodze Tomasz.

Myślisz? uśmiechnęła się Tatiana Marzy, żebyście go przyjęli. Jak nikt. Tylko bardzo się boi, że nie zasłuży…

My tacy straszni? spytała cicho Sonia.

Jesteście takimi rodzicami, jakich nigdy nie miał. Nie wie, jak się zachować, boi się, że was rozczaruje. On teraz tylko o tym marzy zapewniła ją Tatiana.

Postanowiono, że Piotrek przyjedzie w odwiedziny. Nie dał jeszcze zgody, Sonia wciąż miała wątpliwości.

Gdy Tomasz go przywiózł, usiedli przy herbacie. Ręce Piotrka się pociły, patrzył w filiżankę, bał się sięgnąć po drożdżówkę, stuknąć talerzykiem, czy spojrzeć na nowoczesną kuchnię. Wszystko tu było inne niż się spodziewał. Czuł, że za blisko go ci dorośli.

Bardzo bał się Soni.

Kiedy Tomasz upuścił łyżeczkę, Piotrek aż się wzdrygnął i szepnął:

Przesrane…

Tomasz złapał to w lot.

Ech, przesrane, przesrane… Piotrek, czemu nie jesz ziemniaczków? Jedz śmiało!

Piotrek wsadził kawałek ziemniaka do ust, długo żuł, nieśmiało, jakby bał się połknąć.

No, chłopie, rozluźnij się.

Piotrek, chcesz zobaczyć pokój Szymka? zapytała Sonia.

Piotr zaszczekał oczyma, żywiej skinął głową.

Wszedł i od razu zobaczył duży portret Szymon był inny niż w szpitalu, uśmiechnięty, żywy. To było wielkie wsparcie. Wydawało się, że Szymek mówi: Nie bój się, jestem z tobą.

O, Szymek! Cześć…! podszedł do obrazu, dotknął ramy, spojrzał na Sonię. Był trochę grubszy, co?

Tak, schudł dopiero na koniec

Przed śmiercią, tak? spytał wprost i pogładził zdjęcie. A pokażesz, gdzie mieszkał?

Sonia nie do końca wiedziała, o co Piotrek pyta, ale wyciągnęła album fotograficzny.

Wiesz, nie chcę oglądać… Jeszcze nie mogę. Oglądaj sam.

Siadł na kanapie, otworzył album. Sonia podeszła do okna.

To on? Malutki… On, nie?

Sonia mimo woli dosiadła się i zaczęli razem przeglądać zdjęcia, które, jak była przekonana, będą bolały. Nic z tych rzeczy.

Ale śmieszny…, super…, fajny…, komentował Piotrek.

Pytał o wszystko, wszystko go ciekawiło.

Gdy przeglądał zdjęcia z plaży, nagle zawołał:

Morze! Mówił mi, że byliście!

Sonia pokręciła głową ze smutkiem.

Mówił ci? Przecież już dawno nie mówił…

Piotrek spuścił wzrok, zmieszał się, ale stanowczo odpowiedział:

Mnie mówił.

Sonia nie zaprzeczała. Patrzyła na zdjęcia syna spokojnie, czasem z radością. Strach ją opuszczał, ból nie ściskał już tak mocno serca. Z tym dzieciakiem łatwiej było akceptować śmierć Szymona.

Wzięła głęboki wdech i spytała:

Piotrek, a jeśli byśmy chcieli cię adoptować zgodziłbyś się?

Znowu stężał, przez chwilę milczał nad albumem.

Nie wiem. Szymek był dobry… A ja taki nie jestem. Ja nie umiem…

Sonia gwałtownie go przytuliła.

I dobrze. Nie chcemy cię w miejsce Szymka, tylko jako jego wielkiego przyjaciela.

Spięty był na początku od lat nikt go nie dotykał, jeśli nie liczyć bójek. Pochwycił zapach kobiety, ciepło rąk.

By zapanować nad sobą, przerzucał dalej strony, choć nie widział zdjęć, ona go nie puszczała, kołysała cicho, myślała…

Piotrek nigdy nie płakał.

Ale teraz coś go ścisnęło, łzy popłynęły same. Pociągnął nosem.

Płaczesz? Piotrusiu, płaczesz? Nic nie szkodzi bo i ja się zaraz rozkleję. Trzymaj się, jesteś mężczyzną. Musisz być silny! otarła dłonią czoło.

Te słowa już kiedyś słyszał.

Okno było uchylone. Pachniało świeżym powietrzem, firanka falowała od wiatru, za szybą szumiały zielone liście, na portrecie uśmiechał się do niego Szymek.

I jak mały chłopiec Piotrek zapytał nieśmiało:

Zna pani tę piosenkę o kotku? Kotku, kotku, ogonek miękki, śpij, śpij. Ogonek szary, łapki białe…

Słyszałam. To chyba kołysanka. Chcesz, żebym ją się nauczyła?

Piotrek kiwnął głową. Nic więcej mu nie było już potrzeba…

Oceń artykuł
TwojaCena
Piotrek. Opowiadanie