Zdzisiu, znowu się spóźniliśmy! głos kierowcy autobusu jest serdeczny, ale słychać w nim lekką nutkę wyrzutu. To już trzeci raz w tym tygodniu, biegniesz za autobusem jakby się paliło.
Starszy pan w pomiętej kurtce łapie oddech, opierając się o poręcz. Siwe włosy w nieładzie, okulary zsunięte na sam czubek nosa.
Przepraszam cię, Tomku sapie, wyciągając z kieszeni zmięte złotówki. Chyba zegarek się spóźnia. Albo ja już sam nie nadążam
Tomasz Rutkowski kierowca z wieloletnim stażem, czterdziestoparolatek, opalony od codziennej jazdy na trasie. Wozi ludzi od dwudziestu lat, wielu pasażerów zna z widzenia. Tego staruszka zapamiętał szczególnie zawsze uprzejmy, cichy, codziennie w tym samym kursie.
Daj spokój, wsiadaj. Dokąd dzisiaj?
Jak zwykle, na cmentarz.
Autobus rusza. Zdzisław Chrzanowski zajmuje swoje stałe miejsce trzeci rząd od kierowcy, przy oknie. W rękach ma znoszoną plastikową siatkę z jakimiś szpargałami.
Pasażerów niewielu zwykły poranek w środku tygodnia. Parę studentek przyciszonym głosem obgaduje swoje sprawy, facet w garniturze jest pochłonięty telefonem. Takie życie.
Powiedz, panie Zdzisławie, zagaduje Tomasz przez lusterko pan naprawdę codziennie tam jeździ? To nie jest ciężkie?
A gdzie mam się podziać wzdycha starszy pan, patrząc przez szybę. Żona tam od półtora roku leży. Obiecałem jej, że codziennie przyjdę.
Tomaszowi aż się w sercu ściska. Sam jest żonaty, uwielbia swoją. Nie wyobraża sobie
Daleko od domu?
Nie, autobusem z pół godziny. Piechotą to z godzinę bym szedł, nogi już nie te. Na autobus akurat emerytury starcza.
Lecą tygodnie. Zdzisław to już stały punkt poranków. Tomasz się przyzwyczaja, nawet specjalnie wypatruje znajomej sylwetki. Czasem Zdzisio się spóźni Tomasz wtedy czeka minutę dłużej na przystanku.
Nie czekaj na mnie mówi kiedyś Zdzisław z uśmiechem, domyślając się, że kierowca na niego zwlekał. Przecież masz rozkład.
E tam, macha ręką Tomek. Dwie minuty świata nie zbawią.
Ale pewnego ranka Zdzisia nie ma. Tomasz czeka może się spóźnia. Ale nie, nie pojawia się i następnego dnia. Ani kolejnego.
Ty, słuchaj, ten dziadek co na cmentarz codziennie jeździł, nie widać go ostatnio zwraca się Tomek do konduktorki, pani Ewy. Może coś się stało?
Kto go tam wie, wzrusza ramionami Ewa. Może rodzina przyjechała, może się źle poczuł
Ale Tomka coś gryzie. Przyzwyczaił się do tego cichego pana, do jego cichego dziękuję przy drzwiach i smutnego uśmiechu.
Mija tydzień, a Zdzisia jak nie było, tak nie ma. W końcu Tomek postanawia w przerwie po pracy podjeżdża na końcowy przystanek, tam gdzie zaczyna się cmentarz.
Przepraszam zagaduje do starszej pani portierki przy wejściu. Ja szukam pana Zdzisława Siwy, w okularach, zawsze z reklamówką. Może go pani widziała?
A tego! odżywia się kobieta. Codziennie przychodził do żony
A teraz?
Od tygodnia go nie ma.
Może mu coś się stało?
Cóż, jakby co, to kiedyś mi mówił, że mieszka tu niedaleko. Ulica Lipowa, blok numer dziewięć. A pan to kto?
Kierowca autobusu. Przywoziłem go codziennie.
Lipowa 9. Stary blok z odpadającą farbą przy wejściu. Tomasz wchodzi na drugie piętro, dzwoni do przypadkowych drzwi.
Otwiera mężczyzna około pięćdziesiątki, z nieprzyjaznym spojrzeniem.
Kogo pan szuka?
Zdzisława Chrzanowskiego. Kierowca autobusu jestem, on u mnie codziennie jeździł
A, dziadek z dwunastki, twarz sąsiada łagodnieje. W szpitalu leży. Tydzień temu zabrali, udar miał.
Tomasz nagle jakby traci grunt pod nogami.
Wie pan gdzie?
W miejskim szpitalu na Kopernika. Podobno na początku ciężko było, ale powoli dochodzi do siebie.
Po pracy Tomasz jedzie do szpitala. Szuka odpowiedniego oddziału, pyta pielęgniarkę.
Zdzisław Chrzanowski? Tak, jest u nas. Kim pan dla niego jest?
Taki… znajomy.
Sala szósta. Tylko proszę krótko, jest jeszcze bardzo słaby.
Zdzisław leży przy oknie, blady, ale przytomny. Kiedy widzi Tomka, najpierw nie poznaje, potem oczy robią się wielkie ze zdziwienia.
Tomek? To pan? Skąd jak pan mnie znalazł?
A tak, szukałem Tomek się uśmiecha, stawia siatkę z owocami na szafce. Martwiłem się, że pana nie widać.
Pan się mną martwił? w oczach starszego pana pojawia się błysk. Ja przecież jestem nikim.
Jak to nikim? Jest pan moim stałym pasażerem. Tak się już przyzwyczaiłem, że rano czekam na pana.
Zdzisław milczy chwilę, patrzy w sufit.
Od dziesięciu dni nie byłem u żony mówi cicho. Pierwszy raz od jej śmierci. Obietnicę złamałem
Panie Zdzisławie, żona zrozumie. Choroba to nie przelewki.
Nie wiem kręci głową. Codziennie przychodziłem, opowiadałem jej o pogodzie, o tym co u mnie Teraz leżę tutaj, a ona sama
I wtedy Tomasz wpada na oczywisty pomysł.
Wie pan co, pójdę do niej za pana. Na grób. Przekażę, że leży pan w szpitalu, i że za chwilę wróci do sił
Zdzisław odwraca powoli głowę, w oczach lekka nieufność, ale i nadzieja.
Zrobiłby pan to dla obcej osoby?
Jakiej znowu obcej? śmieje się Tomek. Przez półtora roku widzimy się co rano. Jest pan mi bliższy niż niejeden krewny.
Następnego dnia, wolnym od pracy, Tomasz wybiera się na cmentarz. Znajduje mogiłę na nagrobku zdjęcie kobiety z dobrymi oczami. Chrzanowska Janina, 19522024.
Początkowo czuje się głupio, ale po chwili słowa same płyną:
Dzień dobry, pani Janino. Nazywam się Tomasz, jestem kierowcą autobusu. Pani mąż codziennie do pani przyjeżdżał. Teraz jest w szpitalu, ale szybko wróci do formy. Prosił przekazać, że bardzo panią kocha i niedługo sam przyjdzie
Opowiada jeszcze przez chwilę o Zdzisławie jak tęskni, jak sumiennie przychodził, jak dobrym jest człowiekiem. Trochę głupio mu przy grobie, ale czuje w środku, że tak powinien zrobić.
W szpitalu spotyka Zdzisława przy herbacie. Starszy pan wygląda dużo lepiej, nabrał koloru.
Byłem mówi Tomek krótko. Przekazałem wszystko, o co pan prosił.
I jak? głos Zdzisława drży.
Wszystko w porządku. Ktoś przyniósł świeże kwiaty, chyba sąsiedzi z działki. Czysto, zadbane. Czeka, aż pan wróci.
Zdzisław zamyka oczy, płyną mu łzy po policzkach.
Dziękuję ci, chłopaku. Z całego serca dziękuję
Po dwóch tygodniach wypisują Zdzisława do domu. Tomek odbiera go ze szpitala busem, odwozi pod blok.
Jutro się widzimy? pyta, gdy starszy pan wysiada.
Oczywiście, kiwa głową Zdzisław. O ósmej rano, jak zwykle.
I faktycznie następnego ranka znowu zajmuje swoje miejsce. Tyle że teraz między nim a Tomkiem jest coś innego. Już nie tylko kierowca i pasażer coś więcej.
Wie pan co, panie Zdzisławie, mówi któregoś dnia Tomek, może w weekendy będę podwoził pana na cmentarz samochodem? Tak po prostu, nie służbowo, mam auto, dla mnie to nie problem.
Ależ gdzie tam, po co panu taki kłopot
Bo już się przyzwyczaiłem, śmieje się Tomek. Poza tym moja żona mówi: Jak taki porządny człowiek, trzeba mu pomagać.
I tak już zostało. W tygodniu służbowy autobus, w weekendy Tomasz zabiera Zdzisława własnym autem na cmentarz. Czasem jedzie też żona Tomka zaprzyjaźnili się.
Wiesz mówi Tomasz kiedyś żonie wieczorem myślałem zawsze, praca to praca: rozkład jazdy, pasażerowie, kursy A tak naprawdę, każda osoba w autobusie to jakaś historia, czyjeś życie.
No widzisz, dobrze myślisz kiwa głową żona. Dobrze, że się nie odwróciłeś plecami.
A Zdzisław mówi im któregoś razu:
Wiecie, po śmierci Janki myślałem, że już po wszystkim. Że już nikomu nie będę potrzebny. A okazuje się że ludziom nie jest wszystko jedno. I to naprawdę wiele znaczy.
***
A ty jak sądzisz spotkałeś się kiedyś z takim zwyczajnym, a jednak wielkim dobrem od ludzi?




