Ostatnie wezwanie

Ostatni dyżur

Od samego rana Danusię nie opuszczało dziwne przeczucie, jakby coś miało się stać.

Coś niedobrego

Od razu zadzwoniła do mamy, ale Grażyna Stanisławowna uspokoiła ją, że wszystko w porządku:

Ciśnienie jak u młodzieńca, głowa nie boli. Skąd takie pytania?

Tak tylko, na wszelki wypadek odpowiedziała Danusia. Dobra, muszę lecieć do pracy, jak coś dzwoń.

Jasne, kochanie.

Niby po rozmowie z mamą powinna się uspokoić, ale jakoś jej nie puściło, a to cholerne przeczucie tylko rosło.

Danusia nie mogła zrozumieć, o co chodzi w sumie nie było specjalnych powodów, żeby się martwić.
Chociaż mając taki zawód jak ona, wszystko może się wydarzyć. A do tego dzisiaj poniedziałek, a jak wiadomo poniedziałek jest dla twardzieli.

Dopiła kawę, spojrzała na zegarek (wpół do siódmej!), szybko narzuciła mundurek i zabrała ze sobą kanapkę na drogę.

*****

Na bazie pogotowia spotkała swojego dzisiejszego kierowcę Krzyśka. Kiedy tylko ją zobaczył, pomachał jej z uśmiechem, a ona ledwo skinęła głową.

Danusia, ty jakaś przygaszona dziś jesteś zagadnął Krzysiek, zaciągając się papierosem. Kłopoty, czy nie spałaś?

Nie, Krzysiek. Jeszcze nic się nie stało. Ale czuję, że się stanie wydusiła, wpatrzona w dal.

Oj, tylko nie to Skąd ty od świtu takie myśli bierzesz? Koszmary?

Danusia tylko wzruszyła ramionami.

Zadrżała, patrząc w niebo szczelnie zasnute chmurami, lada moment miało lunąć jak z cebra.

A ona od dziecka miała alergię na deszcz…

Może to o to chodzi? Może to nie przeczucie, tylko zły humor przez tą paskudną pogodę? Nawet się uśmiechnęła, podekscytowana swoim odkryciem.

Niestety, po sekundzie strach wrócił ze zdwojoną siłą.

Miłej roboty, koleżanki i koledzy! krzyknęła roześmiana młoda blondyneczka przebiegająca obok.

Krzysiek dopiero się zaciągał, zakrztusił się dymem na te słowa, kaszląc teatralnie, po czym specjalnie groźnie pokazał młodej pięść. Dziewczyna aż zatrzepotała rzęsami z przerażenia.

O matko… Wybaczcie, zupełnie mi wyleciało z głowy wydukała przepraszająco.

Dopiero co zaczęła pracę na pogotowiu i kompletnie nie mogła zapamiętać, że życzyć dyżurnej brygadzie miłej pracy to jakby prosić się o nieszczęście.

Bo to, wiadomo, zły omen.

Teraz to już na pewno coś się wydarzy szepnęła Danusia, czując nieprzyjemny dreszcz na plecach.

Psiakrew mruknął Krzysiek, gasząc papierosa o metalowy śmietnik.

*****

Danusia co rusz przygryzała wargi, jak dyspozytorka przesyłała jej na tablet kolejny adres. Z każdą nową lokalizacją słychać było przez radio suchy komunikat:

Mężczyzna, lat 35, narzeka na silny ból głowy. Ze sposobu wysławiania podejrzenie udaru.

Tego mi jeszcze brakowało przewróciła oczami Danusia. Ratownikiem trzeba być przygotowanym na wszystko, ale

Każdy wyjazd przeżywała jak własny, zwłaszcza gdy mogło skończyć się dramatycznie. A przy udarach to niestety częste.

Szczególnie w taki poniedziałek jak dziś.

Na szczęście u faceta, do którego przyjechała, nie był to udar. Język mu się plątał, bo świętował do rana urodziny kolegi, a ból głowy No cóż, klasyczny syndrom dnia następnego. Danusia wręczyła mu tabletkę i poradziła się przespać.

A może piwko rano pomoże? z nadzieją dopytywał, trzymając się za głowę.

Nawet nie próbuj! Od tego lepiej nie będzie. Chcesz żyć długo i szczęśliwie najlepiej w ogóle daruj sobie alkohol.

Wyszła z mieszkania, sapnęła z ulgą nic strasznego tym razem.

Może Krzysiek ma rację i to przeczucie to efekt niezłej harówki i przemęczenia? Po chwili już się uspokajała, gdy nagle odezwała się dyspozytorka, wysyłając ich na cmentarz.

Gdzie?! zdziwił się Krzysiek.

Na cmentarz westchnęła Danusia, ściskając tablet.

Dziś mieli pochować jakiegoś słynnego artystę (osobiście niewiele jej to mówiło, ale ponoć swojak). Tłum ludzi. Młodzi, starsi, wręcz bukiet pokoleń. Jedni z goździkami, inni z chusteczką przy nosie. Ktoś nawet wspominał zmarłego w ciepłych słowach. Danusia liczyła na to coś, ale nic się nie stało, pomoc nie była potrzebna.

Potem poleciały kolejne wezwania klasyka dyżuru, dzień jak co dzień.

Tak przeleciało 12 godzin i zbliżał się koniec jej zmiany. Jeszcze z dziesięć minut i powrót na ukochaną bazę pogotowia.

Danusia marzyła już tylko o gorącym prysznicu i szybkim lądowaniu w łóżku. A jutro nowy dzień, może w lepszym nastroju.

Na wszelki wypadek, po raz dziesiąty, zadzwoniła do mamy.

Wszystko dobrze zapewniła Grażyna Stanisławowna. Zaraz kolacja, potem idę oglądać serial.

I co, mama w porządku? podpytał Krzysiek, gdy Danusia schowała komórkę.

W porządku.

No widzisz! rozpromienił się Krzysiek. A ty ciągle: złe przeczucia, złe przeczucia Spokojnie!

Ale wiesz, Krzysiek nadal mnie coś gryzie, no nie ogarniam skąd.

Wiesz co? Powinnaś sobie zwierzaka przygarnąć. Świetnie na stres działają!

Ty serio?

Oczywiście! W domu mam kota Stefanika. Przybiegam po dyżurze, od razu na ręce mi wskakuje, mruczy, grzeje I już cały ciężar dnia spływa na podłogę. Spać potem mogę jak dziecko.

Krzysiek, z moim grafikiem? Ja bym go tak głodziła, jak dyżury mijają. Ty masz żonę i dzieci do pomocy. Ja sama jak palec!

Danusia chciała jeszcze coś dorzucić, gdy zapikał tablet i odezwała się dyspozytorka:

Danusia, przykro mi, ale zmiana jeszcze trwa, więc łap ostatnie wezwanie. Ulica Mickiewicza 23. Mieszkanie chwileczkę

Osiemnaście, nie? rzuciła Danusia.

Zgadza się 18. Skąd wiedziałaś? zdziwiła się dyspozytorka.

Przecież tam mieszka pan Józef Karwowski. Byłam u niego chyba już z pięć razy. Co mu tym razem znów serce?

Danusia usłyszała westchnienie dyspozytorki i przeszedł ją dreszcz

Zmarł, Danusia Rano, chyba. Policja już jest, wy musicie przyjechać. Wiesz po co

Wiem odpowiedziała cicho.

Ręka jej zadrżała, odkładając tablet na kolana. Spojrzała na Krzyśka, który tylko kiwnął głową.

A potem powiedział:

Szkoda Józka Karwowskiego. Z tego co mi mówiłaś, dobry był z niego człowiek. Ale, Danusia, posłuchaj: to nie twoja wina. Przecież sam nie chciał do szpitala i nawet na wizyty u lekarza się nie wybierał Ty go nie zabiłaś, jasne?

No jasne

Danusia odchyliła się na siedzeniu, zamknęła oczy i przez moment pogrążyła się w myślach.

*****

Poznała Józka półtora miesiąca temu. Sam wezwał pogotowie, bo bolała go klatka piersiowa.

Drzwi będą otwarte, możecie wejść rzuciła wtedy dyspozytorka.

Jasne.

Danusia weszła do mieszkania, a w przedpokoju niespodzianka: maleńki szczeniak, ledwie większy od jej dłoni.

Najpierw warczał na natręta, potem podjął dzielną próbę odstraszenia, głośno szczekając. Uspokoił się dopiero na wołanie właściciela i wybiegł do pokoju, merdając ogonem.

Z ulicy go zgarnąłem, teraz mam swojego ochroniarza zaśmiał się Józek, próbując się podnieść z łóżka.

Proszę leżeć powstrzymała go Danusia. Świetny psiak. Sama bym takiego wzięła, gdybym mogła.

A czemu nie możesz?

Są powody. Ale, panie Józefie, pogadajmy o panu. Co boli, od kiedy, czy był pan u lekarza?

Odpowiedział na wszystkie pytania. Problemy z sercem zaczęły się po śmierci żony rok temu. Poliklinika zbytnio mu nie pomogła, więc

Wie pani, gorzej się czuję, jak w kolejce do lekarza stoję. Bóle mam takie nieregularne.

Może pan je opisać dokładniej?

Niewiele jest do opisywania. Poboli, przestanie. Raz krople, raz tabletkę pod język i już.

Ale wie pan, że to tylko działanie doraźne uśmiechnęła się Danusia. Zróbmy dziś EKG.

Na wyniku wyszły poważne zaburzenia pracy serca. Danusia chciała go zabrać do szpitala, ale Józek był nieugięty.

A pieska komu zostawię? Całkiem maleństwo jeszcze. Daj mi pani tabletkę albo zastrzyk, wystarczy.

Panie Józku, to tylko na chwilę pomoże. Radziłabym wyjazd do szpitala.

Koledzy, co przyjeżdżali przed panią, tak robili. I jakoś żyję. Po szpitalach chodzić nie będę. Najwyżej podpiszę pani odmowę.

Nie udało jej się go przekonać ani wtedy, ani na kolejne wizyty.

Tak wyszło, że wezwania od Józka trafiały zawsze do niej. A on dzwonił od czasu do czasu, co najmniej raz w tygodniu.

Chce pani wiedzieć wcześniej mnie nie bolało aż tak. Teraz boli i nie przechodzi.

Bo zdrowie się pogarsza z dnia na dzień. Bez leczenia cudów nie będzie. Pojechałby pan wreszcie do szpitala

Przykro mi, Danusia, nie mam sumienia. Sam nie przeżyję, a pieska nie mogę zostawić. Za młody. Z sąsiadką już gadałem: jakby co, ma się nim zająć. Nawet pokazałem, gdzie trzymam trochę oszczędności.

Po co jej pieniądze?

A jak to po co? zdziwił się. Żeby miała na karmę. Przecież nie każdy bezdomnego psa przygarnie, bo ledwo wiąże koniec z końcem.

Naprawdę był w porządku.

I teraz Danusia musiała znowu jechać na Mickiewicza, już bez rozmowy, tym razem ostatni raz. Szkoda

Ostatni dyżur naprawdę okazał się ostatni.

I szczerze mówiąc, nie zgadzała się z Krzyśkiem. Mówił, że nie ma jej winy, ale ona czuła inaczej. Powinna była go przekonać na szpital. To jej obowiązek

Danusia, jesteśmy.

Co? dopiero poczuła silną dłoń Krzyśka na ramieniu.

Już dojechaliśmy.

Trzęsąc się na nogach, wdrapała się na trzecie piętro. W mieszkaniu był już dzielnicowy i sąsiadka, pani Teresa Pawłowna, którą poznała przy ostatnim wezwaniu.

Wtedy Józkowi zasłabło pod blokiem, trzymał psa na rękach, a sąsiadka zadzwoniła po pogotowie. Na miejscu była razem z nim. Tak się poznały.

Dzień dobry, Danusia.

Dzień dobry, pani Tereso szepnęła. To pani wezwała policję?

No tak, przecież kto inny. Rano pies cały czas ujadał. Zdziwiłam się, że Józef nie wyszedł z nim na spacer. Ale pomyślałam, może coś się stało, może nie miał humoru.

I potem?

Potem pojechałam na działkę, wróciłam wieczorem, a pies wciąż szczeka i szczeka. To zadzwoniłam. Przyszedł dzielnicowy z klucznikiem, otworzyli drzwi skinęła głową w stronę sypialni.

Dziękuję, już wszystko rozumiem.

Danusia weszła do sypialni, długo patrzyła na Józka, walcząc z łzami. Potem wypełniła dokumentację. Coś ją tknęło poczęła szukać w mieszkaniu, zaglądając do kuchni, łazienki, nawet na balkon.

Czegoś pani szuka? spytał dzielnicowy, patrząc z ukosa.

Powinien tu być piesek. Nie widzę go nigdzie… Może pan go widział?

Czarny taki? Widziałem, kręcił się tu, szczekał na nas, nawet próbował kąsać dzielnicowy roześmiał się, po czym zreflektował. Sąsiadka go zabrała.

Dzięki Bogu! pomyślała Danusia.

Już się bała, że psa ktoś wyrzucił. Józek by chyba się przewrócił na tamtym świecie z żalu.

Pożegnała się z dzielnicowym i poszła do pani Teresy, która już zniknęła, tłumacząc się ważnymi sprawami.

Danusia? zdziwiła się sąsiadka. Coś się stało?

Chciałam tylko podziękować za to, że wzięła pani tego psa. Wszystko z nim w porządku?

Kto? Ja? Ale ja go sobie nie wzięłam! Po co mi pies?

Dzielnicowy mówił, że pani go zabrała.

No zabrałam, ale zaraz wypuściłam na dwór. Taki jazgot, że głowa pękała. Niech sobie hasa lepiej mu na zewnątrz, niż by miał przeszkadzać urzędnikom. No i mówię, nie mam zdrowia do tego szczekania.

Jak to wypuściła pani tego szczeniaka na ulicę?

No nie wyrzuciłam, tylko wypuściłam. Przecież nie będzie sam siedział w mieszkaniu. Właściciel nie żyje.

Józek mówił, że się z panią umówił, pokazał nawet pieniądze, co by pani mogła mu kupować karmę

Pani Teresa pobladła, potem zmarszczyła czoło:

Nie wiem, o czym ty mówisz, Danusia. Nie było żadnych rozmów, żadnych pieniędzy! A piesek jakoś sobie poradzi. Może ktoś go przygarnie.

*****

Danusia pobiegła schodami na dół i wybiegła z klatki. W międzyczasie pogoda zdążyła się popsuć lało już konkretnie.

Na początku kropiło, ale z minuty na minutę deszcz lał coraz mocniej i mocniej.

Danusia, co ty tam mokniesz? wołał Krzysiek z samochodu. Wsiadaj, bo się całkiem rozpuścisz!

Weszła do samochodu, odłożyła skrzynkę z lekami i zamknęła drzwi od zewnątrz.

Danusia, co ty robisz? zdziwiony Krzysiek rzucił się za nią.

Krzysiek, jedź na bazę, ja muszę coś załatwić.

Co niby?

Psa muszę znaleźć.

Jakiego psa, Danusia? O co chodzi?

Krótko opowiedziała mu, co się wydarzyło. Krzysiek, zaciągając się nerwowo, wysłuchał jej do końca.

Wiesz co? Nie zostawię cię tu samej. Za chwilę się ściemni. Szukamy razem.

Ale przecież nie możesz zostawić karetki!

Danusia, komu powiemy? Spokojnie, damy radę.

I przez kolejne dziesięć minut przeczesywali cały blok i okolicę, szukając zguby, jakby się pod ziemię zapadł. Chwilę później dołączył dzielnicowy, wracając z mieszkania.

Zaproponował pomoc. Danusia się nie obraziła wręcz przeciwnie, było to bardzo miłe.

Mam go! usłyszała nagle radosny krzyk Krzyśka.

Dzielnicowy rzucił się za nią.

No popatrz, znalazłem, a ten, zamiast podziękować, warczy na mnie! Krzysiek stał przy ławce vis-à-vis mieszkania Józka i rozmawiał z psem jak z kumplem.

Danusia odetchnęła z ulgą. Pod ławką faktycznie siedział szczeniak.

I faktycznie warczał na Krzyśka.

Bim! Mój kochany! ucieszyła się Danusia, a może nawet i uroniła łzę, ale kto by odróżnił łzy od deszczu?

Szczeniak od razu ją poznał tyle razy była u jego pana, zawsze coś mu cichaczem przemycała z kanapki.

Wypełzł spod ławki, spojrzał smutno i cicho zaskomlał.

Wiem, maluchu Naszego Józka już nie ma.

Krzysiek dyskretnie odwrócił się, żeby otrzeć oczy. Dzielnicowy też spojrzał w niebo mężczyźni w mundurach nie płaczą.

Nie zastąpię ci twojego człowieka, ale spróbuję być dobrą panią. Pójdziesz ze mną?

Bim poszedł. Bo czuł, że Danusia to dobry człowiek, a poza tym bardzo nie lubił deszczu.

*****

Na początku Danusia panikowała, że nie da rady. Ale z pomocą przyszła jej mama.

Kiedy miała całodobowy dyżur, Grażyna Stanisławowna wyskakiwała do niej, karmiła Bima i wyprowadzała go na spacer.

W dni wolne cała trójka włóczyła się po parkach Danusia, mama i ich ukochany pies.

Ani przez chwilę nie żałowała, że zabrała tego roztrzęsionego, niechcianego psiaka.

Bo jego obecność nadała jej życiu sens, a po czasie zaczęła nawet rozumieć Józka, chociaż jako lekarka nie pochwalała jego podejścia do leczenia.

A parę tygodni później ich zgraja powiększyła się o jeszcze jednego człowieka.

Też dzielnicowego tego samego, którego poznała u Józka i który ochoczo pomagał w poszukiwaniach Bima. Danusia od razu wpadła mu w oko, ale okoliczności pierwszego spotkania nie sprzyjały romansom.

Kiedy Wojtek zapukał z bukietem pod drzwi, w korytarzu pierwszy przywitał go Bim.

Szczegółowo go obwąchał, spojrzał spod łba, potem szczeknął na znak akceptacji.

Czyli wszystko pod kontrolą. Danusia może być spokojna nareszcie miała szansę na szczęście, o którym marzyła od dawna.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ostatnie wezwanie