Ostatnie wezwanie

Ostatni wyjazd

Od samego rana Danuty nie opuszczało dziwne przeczucie, że coś się dziś wydarzy.

Coś złego…

Od razu zadzwoniła do mamy, ale Teresa Wacławowna zapewniła ją, że wszystko u niej w porządku:

Ciśnienie mam jak u sportowca, głowa nie boli. A czemu pytasz, Danusiu?

Tak, w razie czego… odpowiedziała Danuta. Dobra, muszę się już szykować do pracy. Ale jakby co dzwoń.

Dobrze, kochanie.

Wydawało się, że po rozmowie telefonicznej z mamą powinna się uspokoić, ale na duszy nie zrobiło się lżej, a złe przeczucie nie znikało.

Danuta nie mogła zrozumieć, z czym dokładnie jest ono związane, bo przecież nie miała żadnego konkretnego powodu do niepokoju.
No ale przy takiej pracy jak jej, wszystko się może zdarzyć. A poniedziałek, jak wiadomo, jest dniem ciężkim.

Dopiła kawę, zerknęła na zegarek była wpół do siódmej szybko się ubrała i zabierając ze sobą małą przekąskę, wyszła do pracy.

*****

Na terenie pogotowia Danuta spotkała Mikołaja, kierowcę, z którym całą dzisiejszą zmianę będzie przemierzała Kraków. Kiedy ją zobaczył, przyjaźnie machnął jej ręką, a ona tylko kiwnęła głową ze zmęczeniem.

Danusiu, czemu taka przygnębiona? uśmiechnął się Mikołaj, zapalając papierosa. Coś się stało?

Nie, Mikołaj. Na razie jeszcze nic. Ale czuję, że coś się wydarzy odpowiedziała zadumana.

Oby nie… Skąd takie myśli od rana? Nie wyspałaś się?

Danuta nie odpowiedziała.

Spojrzała w górę: niebo całe zasnute chmurami, co chwila może lunąć deszcz.

A deszczu nigdy nie lubiła od dziecka…

Może o to chodzi? Może po prostu mam dziś zły nastrój przez pogodę? uśmiechnęła się w duchu, ciesząc się, że może znalazła wreszcie powód swojego niepokoju.

Ale już po chwili złe przeczucie wróciło z nową siłą.

Udanej zmiany, koleżanki! krzyknęła młoda dziewczyna, przebiegając obok.

Mikołaj aż się zakrztusił dymem papierosowym, a gdy ochłonął, postraszył ją pięścią dziewczyna natychmiast speszona mrugnęła do niego przepraszająco.

Och, przepraszam Kompletnie mi wyleciało z głowy powiedziała skruszona.

Pracuje tu dopiero tydzień jako ratowniczka medyczna i jeszcze nie zdążyła się nauczyć, że w ekipie wchodzącej na dyżur nie życzy się udanej zmiany.

Zły zwiastun.

No to już na pewno dziś coś się stanie szepnęła prawie bezgłośnie Danuta, a po plecach przebiegł jej zimny dreszcz.

Pluj przez lewe ramię… mruknął Mikołaj, gasząc papierosa o metalowy śmietnik.

*****

Danuta nerwowo przygryzała wargi za każdym razem, gdy dyspozytorka przesyłała na tablet kolejny adres i przez radio informowała o powodach wezwania:

Mężczyzna, 35 lat, skarży się na silny ból głowy. Mówi bełkotliwie, możliwy udar.

Tego mi jeszcze brakowało myślała Danuta. Niby lekarz pogotowia musi być przygotowany na wszystko, ale…

Każde wezwanie bardzo przeżywała, szczególnie jeśli kończyło się śmiercią pacjenta. A przy udarze to niestety się zdarza.
Zwłaszcza dzisiaj

Na szczęście u mężczyzny, do którego przyjechali, udaru nie było.

Mówił niewyraźnie, bo niemal do rana świętował imieniny kolegi, a głowa bolała go po prostu z kacem. Danuta podała mu tabletkę i poradziła się porządnie wyspać.

A jak wypiję piwko, to pomoże? zapytał z nadzieją, trzymając się za głowę.

Broń Boże! Tylko pogorszysz sprawę. Jeśli chcesz żyć długo i szczęśliwie najlepiej zrezygnować z alkoholu.

Kiedy wychodziła z mieszkania, westchnęła z ulgą, ciesząc się, że nic poważnego się nie stało.

Może Mikołaj miał rację i moje złe przeczucie to po prostu przemęczenie i emocjonalne przeciążenie? zaczęła się uspokajać, kiedy nagle zadzwoniła dyspozytorka i skierowała ich na… cmentarz.

Gdzie?! zdziwił się Mikołaj.

Na cmentarz odpowiedziała smutno Danuta, mocno ściskając tablet w rękach.

Na miejskim cmentarzu odbywał się dziś pogrzeb znanego aktora z Krakowa (dziwne tylko, że Danuta nigdy o nim nie słyszała).

Mnóstwo ludzi.

Młodych i starszych, kobiet i mężczyzn. Jedni stali z goździkami, inni płakali, niektórzy wspominali zmarłego dobrym słowem.
Danuta co chwilę nasłuchiwała, czy coś się nie dzieje. Mikołaj tylko coraz częściej wychodził zapalić.

Ale nic się nie wydarzyło i pomoc karetki na szczęście nie była potrzebna.

Później były inne wezwania, ale już najzwyklejsze, takie codzienne.

Tak niezauważenie upłynęło prawie dwanaście godzin, zmiana dobiegała końca.

Jeszcze może dziesięć minut i będzie czas wrócić na rodzime pogotowie.

Danuta już wyobrażała sobie, jak wraca do domu, bierze prysznic i od razu kładzie się spać. Jutro będzie nowy dzień i miała nadzieję, że nastrój będzie już lepszy.

Na wszelki wypadek po raz kolejny zadzwoniła do mamy.

Wszystko dobrze, kochanie odpowiedziała Teresa Wacławowna. Zaraz jem kolację i będę oglądać telewizję.

I co, jak mama? spytał Mikołaj, kiedy schowała telefon do kieszeni.

Wszystko dobrze.

No przecież mówiłem! szeroko się uśmiechnął. Nic się dziś złego nie wydarzyło. A ty tylko: złe przeczucie, złe przeczucie…

Tylko, Mikołaj, ono dalej jest… I nie rozumiem, co mnie tak niepokoi.

Powinnaś sobie sprawić jakieś zwierzątko. Świetnie pomaga na stres.

Naprawdę?

No pewnie. Ja w domu mam kota Wacusia. Jak tylko wracam, zaraz wskakuje mi na kolana i mruczy, mruczy… I od razu mi lepiej. Wszystko złe znika. A śpię potem, jakby mnie ktoś odciął.

Mikołaj, z moim grafikiem jakie zwierzę? Kiedy są dyżury, nie ma kto się nim zajmować. Ty masz żonę, dzieci. A ja mieszkam sama.

Danuta chciała coś jeszcze powiedzieć, ale nagle odezwał się tablet i usłyszała głos dyspozytorki:

Danuta, wybacz, ale zmiana jeszcze się nie skończyła musisz przyjąć ostatnie wezwanie. Ulica Staffa, 23. Mieszkanie… Sekundę…

Nie czterdzieści osiem przez przypadek?

Tak, Danuta, zgadza się mieszkanie 48. Skąd wiesz? zdziwiła się dyspozytorka.

Przecież tam mieszka pan Edward Adamczuk. Już prawie jak w gości do niego jeżdżę. Co tam znowu na serce?

Usłyszała ciężkie westchnienie dyspozytorki i coś ją ścisnęło w środku…

Zmarł, Danusiu… Jeszcze rano chyba. Policja już jest, ale wy musicie być obecni. Wiesz, czemu…

Wiem… odpowiedziała cicho.

Drżącą ręką położyła tablet na kolanach i spojrzała na Mikołaja. Ten już wszystko słyszał, więc tylko milczał.

Po chwili powiedział:

Szkoda pana Edwarda. Mówiłaś, że to był dobry człowiek. Ale Danuta, nie masz sobie nic do zarzucenia. Sam nie chciał trafić do szpitala, nie chodził do lekarza… Nie twoja wina, rozumiesz?

Mhm…

Danuta opadła na oparcie fotela i zamknęła oczy.

*****

Poznała Edwarda Adamczuka półtora miesiąca temu. To on wezwał karetkę z powodu silnego bólu w klatce piersiowej.

Pan powiedział, że drzwi otwarte, więc można wejść bez pukania przekazała wtedy dyspozytorka.

Rozumiem.

Gdy weszła do mieszkania, od razu w przedpokoju przywitał ją maleńki szczeniak. Naprawdę mały mieściłby się na jej dłoni.

Najpierw zabawnie warczał na obcą, potem szczekał, a na zawołanie właściciela wbiegł do pokoju z merdającym ogonkiem.

Znalazłem go na ulicy. Przygarnąłem i teraz mnie pilnuje uśmiechnął się mężczyzna, próbując wstać z łóżka.

Proszę się nie ruszać zatrzymała go Danuta. Szczeniaczek jest cudowny. Też bym takiego chciała, gdybym mogła.

A czemu nie?

Tak wyszło. Ale przejdźmy do pana zdrowia. Co boli, jak długo, czy leczy się pan u specjalisty?

Odpowiedział na wszystkie pytania. Okazało się, że kłopoty z sercem zaczęły się rok temu, gdy zmarła żona. Próbował chodzić do przychodni, ale leczenie nie pomagało, więc…

Wie pani, gorzej mi, jak muszę tam stać w kolejce. A bóle takie… Przychodzą i odchodzą.

Czy może pan je opisać dokładniej?

A co tu opisywać, bolą i puszczają. Czasem wypiję krople, czasem pod język coś wezmę.

Ale to nie leczenie uśmiechnęła się Danuta. Proszę, zrobimy EKG.

Naprawdę wyszły zmiany w sercu. Chciała go od razu zabrać do szpitala, ale zdecydowanie odmówił.

A jak zostawię Bercika? Dajcie mi tabletkę, co mi tam.

Panie Edwardzie, to tylko doraźna pomoc. Zalecałabym jednak hospitalizację.

Pani koleżanki też mi zawsze dawały tabletkę, żyję przecież. Do szpitala nie pojadę. Jak trzeba, podpiszę odmowę.

Nie dało się go przekonać. Ani za pierwszym, ani w kolejnych razach.

Tak się składało, że teraz na jego wezwania przyjeżdżała zawsze ona. Edward dzwonił do pogotowia niemal co tydzień.

Nigdy tak nie miałem. Kiedyś puszczało od razu. A teraz ciągnie się i ciągnie.

Bo zdrowie coraz gorsze, a leczenia brak. Może tym razem pojedziemy do szpitala?

Przepraszam, pani Danuto, nie mogę wziął Bercika na ręce i długo go głaskał. Nie mam go z kim zostawić, jeszcze taki maleńki.

Ale jeśli coś się panu stanie, to co z nim będzie? zapytała Danuta.

Nic się nie stanie! A gdyby jednak… na pewno znajdą się dobrzy ludzie. Z sąsiadką się dogadałem, powiedziałem, gdzie trzymam odłożone pieniądze.

Pieniądze? Po co?

Jak to po co? Żeby miała za co kupować karmę. Wiem, że nie każdy weźmie psiaka z ulicy. Koszty są.

Naprawdę był dobrym człowiekiem.

Teraz Danuta jedzie do niego po raz ostatni. Tym razem już nie porozmawia jak dawniej. Żal…

Ostatni wyjazd naprawdę okazał się ostatni.

I szczerze mówiąc, się nie zgadzała z Mikołajem powinno się go było namówić na szpital. Powinna…

Danusiu, dojechaliśmy.

Słucham? dopiero gdy poczuła ciężką dłoń Mikołaja na ramieniu, ocknęła się.

Z trudem idąc, wspięła się na trzecie piętro, weszła do mieszkania, gdzie czekał już dzielnicowy i sąsiadka pani Weronika Józefówna, którą poznała przy jednym z wcześniejszych wezwań.

Wtedy Edward zasłabł na chodniku i trzymając Bercika na rękach, poprosił Weronikę, by zadzwoniła po pogotowie. Gdy Danuta przyjechała, Weronika była już przy nim. Tam się poznały.

Dzień dobry, Danusiu.

Dzień dobry, pani Weroniko powiedziała Danuta cicho. To pani wezwała policję?

Ja, a kto miał? Szczeniak cały ranek ujadał. Zdziwiło mnie, że pan Edward nie wyszedł z nim jak codzień, ale pomyślałam: może nie ma humoru.

A potem?

Pojechałam na działkę, wróciłam wieczorem. Szczeniak znów szczekał bez końca. Zadzwoniłam na policję, dzielnicowy przyszedł z administracją, otworzyli drzwi… pokazała na sypialnię.

Rozumiem, dziękuję.

Danuta weszła do sypialni, długo patrzyła na zmarłego, próbując się nie rozpłakać. Wypełniła kartę zgonu. Nagle…

…coś sobie przypomniała i zaczęła wodzić wzrokiem po mieszkaniu, zajrzała do kuchni, łazienki, nawet na balkon.

Przepraszam, czego pani szuka? spytał dzielnicowy.

Powinien tu być szczeniak. Ale nigdzie go nie widzę. Może pan go spotkał?

Taki czarny? Tak, biegał po mieszkaniu, szczekał, warczał roześmiał się dzielnicowy, po czym przypomniał sobie, gdzie jest. Sąsiadka podobno zabrała go ze sobą.

Dzięki Bogu! westchnęła z ulgą Danuta.

Przeraziła się, że Bercik zostałby wypędzony na ulicę. Edward bardzo go kochał, nie zniosłaby takiej myśli…

Pożegnawszy wszystkich, Danuta zajrzała jeszcze do mieszkania Weroniki, która już wcześniej wróciła do siebie.

Danuta? zdziwiła się sąsiadka. Coś się stało?

Chciałam tylko podziękować, że wzięła pani Bercika. Bardzo przeżywa?

Kto przeżywa?

No, Bercik… Jest u pani, prawda?

A, ten szczeniak? wreszcie się domyśliła. Ja? Nie wzięłam go na stałe. Po co mi pies?

Ale dzielnicowy mówił, że pani go zabrała.

No, zabrałam chwilowo, potem wypuściłam go, żeby sobie pobiegał. Strasznie szczekał, psuł spokój. Uznałam, że lepiej mu na dworze niż w pustym mieszkaniu. Ja też miałam już ból głowy.

To znaczy, wypuściła go pani na podwórko?

Nie wyrzuciłam, tylko wypuściłam. W domu nie miał już po co zostać. Właściciel umarł.

Przecież Edward mówił, że z panią się umówił nawet pokazał, gdzie pieniądze schował, żeby kupować karmę!

Weronika od razu posmutniała. Najpierw się przejęła, potem zmarszczyła brwi:

Nic o tym nie wiem, Danusiu. O żadnych pieniądzach nie rozmawialiśmy.

On mi sam…

Przepraszam cię, ale nie mam teraz czasu. A piesek? Przeżyje, jeśli będzie chciał. Może ktoś go przygarnie.

*****

Danuta szybko zeszła po schodach i wybiegła z klatki. Po jej pobycie w mieszkaniu pogoda całkiem się popsuła i zaczął padać deszcz.

Na razie jeszcze drobny, ale z każdą minutą krople robiły się coraz większe i cięższe.

Danuta, czemu stoisz na deszczu? zawołał Mikołaj. Chcesz się rozchorować? Wsiadaj!

Podbiegła do karetki, otworzyła drzwi, zostawiła apteczkę i…

…zamknęła drzwi.

Co jest? Mikołaj wyszedł z samochodu.

Mikołaj, jedź już na pogotowie nasza zmiana się skończyła, a ja muszę jeszcze coś zrobić.

Co takiego?

Poszukać szczeniaka.

Jakiego szczeniaka? Wyjaśnij wreszcie!

W skrócie opowiedziała mu całą sytuację. Mikołaj, paląc nerwowo papierosa, słuchał uważnie.

Bercik nie mógł uciec daleko. Musi gdzieś tu być. Ty jedź, ja poszukam.

Mikołaj wyrzucił papierosa, przydeptał go i spojrzał poważnie na Danutę:

Nie zostawię cię samej. Zaraz się ściemni. Razem poszukamy twojego pieska.

Mikołaj, nie możesz zostawiać auta samemu!

A kto się dowie? Nic się nie stanie, Danusiu.

Ratownik i lekarz przez dziesięć minut chodzili po całym podwórku, szukając szczeniaka, który jakby zapadł się pod ziemię. Chwilę później dołączył do nich dzielnicowy, który, wypatrzywszy ich, zaproponował pomoc.

Znalazłem! usłyszała nagle radosny krzyk Mikołaja i pobiegła w tamtą stronę.

Dzielnicowy ruszył za nią szybkim krokiem.

No patrz, znalazłem go, a on zamiast mi podziękować, na mnie warczy! Mikołaj stał przy ławce na przeciwko bloku Edwarda i żartował do szczeniaka.

Rzeczywiście pod ławką był Bercik.

I naprawdę warczał na ratownika, nie dopuszczając go do siebie.

Berciku, skarbie! Danuta prawie się popłakała z radości. A może i się popłakała łzy mieszały się z deszczem na policzkach. Poznałeś mnie, Berciku?

Piesek rozpoznał ją, tę samą, która często odwiedzała zmarłego pana i częstowała go obiadem.

Wyszedł powoli spod ławki, spojrzał smutnymi oczami i cicho zapiszczał.

Wiem, kochany… Odszedł nasz pan Edward. Już go nie ma.

Mikołaj odwrócił się, żeby ukryć łzy. Nigdy nie płakał publicznie, ale teraz nie wytrzymał. Nawet dzielnicowy spojrzał w niebo, żeby ukryć wzruszenie w mundurze się przecież nie płacze.

Nie zastąpię ci twojego pana, ale… mówiła do pieska Danuta. Ale mogę spróbować, kochanie. Pójdziesz ze mną?

I Bercik poszedł.

Bo wiedział, że Danuta jest dobrym człowiekiem i nie zrobi mu krzywdy.
A poza tym… też nie lubił deszczu.

*****

Na początku Danuta bardzo się bała, że nie da sobie rady. Ale pomogła jej mama.

Gdy Danuta miała dyżur, Teresa Wacławowna przychodziła do jej domu, karmiła i wyprowadzała Bercika.

A w wolne dni cała trójka chodziła do parku Danuta, mama i ukochany piesek.

Ani trochę nie żałowała, że zabrała pod swój dach tego nieszczęśliwego, niechcianego szczeniaka.

Bo odkąd się u niej pojawił, życie nabrało sensu lepiej rozumiała Edwarda, choć jako lekarka nie popierała jego uporu przed leczeniem.

A jakiś czas później do tej małej, ale silnej rodziny dołączył jeszcze jeden człowiek.

Ten sam dzielnicowy, z którym się poznali w mieszkaniu Edwarda i który tak pomagał szukać szczeniaka. Od początku przypadli sobie do gustu, tylko okoliczności poznania nie sprzyjały bliższej znajomości.

Gdy Włodek przyszedł z kwiatami w odwiedziny, na progu przywitał go Bercik.

Obwąchał, popatrzył badawczo, po chwili zaszczekał wesoło kontrola przeszła pomyślnie.

A to oznaczało, że jego ukochanej pani nie grozi już nic. Chyba że… szczęście, o którym tak marzyła.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ostatnie wezwanie