Kiedy Bartek Nowicki wraca myślami do tamtej wiosny, najczęściej widzi jedno: swoją rękę zaciśniętą na kablu od przedłużacza i psa, który zamiast wyć, patrzył mu prosto w oczy. Nazywali go wtedy Diabłem. On sam wymyślił to imię, kiedy pies miał osiem miesięcy i po raz pierwszy nie posłuchał komendy „Atak" na kotkę sąsiadki — w ciąży, chowającą się pod samochodem na podwórku.
Bartek ma trzydzieści dziewięć lat, mieszka w Radomiu, na Ustroniu, w bloku z wielkiej płyty, gdzie klatka schodowa zawsze pachnie smażoną cebulą i gdzieś na trzecim piętrze ktoś non stop ogląda mecze Radomiaka z telewizorem na cały regulator. Pracuje jako mechanik samochodowy w warsztacie przy obwodnicy. Ręce ma w bliznach od kluczy nastawnych i oparzeń rurą wydechową — i właśnie te ręce, jak twierdzi, nigdy nie zawiodły go w robocie. Tylko z psem coś poszło nie tak.
— Ja go nie kupiłem dla zabawy — mówi, gdy siedzimy przy jego kuchennym stole, na którym stoi niedopita herbata z cytryną, już zimna. — Kolega z warsztatu powiedział, że pies pilnujący placu to lepsze niż alarm. Miał pilnować blaszaków z częściami. Miał być zły. Ja go takim zrobiłem, sam to przyznaję.
Diabeł — a właściwie, jak się później okazało, dziewczyna nazwała go Cezar — trafił do Bartka jako szczeniak od znajomego, który sam nie wiedział, co z nim zrobić. Bartek trzymał go na łańcuchu przy garażach, obok których stał też drugi boks — tam kolega z pracy, Marek, trzymał swojego rottweilera, kiedy wyjeżdżał w trasy. Diabeł i szczeniak rottweilera dorastali kilka metrów od siebie, warczały na siebie przez siatkę, aż w końcu przywykły do swojego zapachu. Bartek karmił Diabła nieregularnie, a kiedy pies gryzł smycz albo szczekał na sąsiadów, sięgał po kij od szczotki. To nie było jednorazowe. To trwało miesiącami.
— Ja wiem, jak to wygląda z zewnątrz — mówi cicho. — Potwór, który bije psa. Ale ja wtedy sam miałem powyżej uszu. Żona odeszła, alimenty, kredyt na warsztat, którego ojciec mi zostawił z długami. Przychodziłem do domu i jedyne, co umiałem zrobić z tą złością, to na niego. Nie usprawiedliwiam się. Mówię, jak było.
Tamtego dnia, kiedy pies odmówił ataku na kotkę, Bartek uderzył go kijem tak mocno, że pies skowyczał przez całą noc. Rano wyprowadził go za miasto, w stronę Wólki Klwateckiej, i po prostu odjechał, zostawiając go przy drodze.
— Powiedziałem sobie, że ktoś go znajdzie. Że tak będzie lepiej dla wszystkich. Nie chciałem myśleć, co dalej.
Psa zabrało do schroniska przy ulicy Wjazdowej dwóch chłopaków z leśniczówki. Trafił do wybiegu z podwójną siatką, sam, bo warczał na wszystkich — ludzi i psy. Kierowniczka schroniska, pani Grażyna Sobolewska, powiedziała wtedy wolontariuszom, że to przypadek beznadziejny. Skazany na dożywotnie zamknięcie w klatce albo, jeśli zmieni się prawo, na eutanazję.
I właśnie wtedy pojawiła się ona. Julia Kaczmarek, dwadzieścia sześć lat, kasjerka w markecie na Wośnika, w wolnym czasie wolontariuszka — nieoficjalnie, bo formalnie schronisko nie przyjmowało już nikogo do pracy z „trudnymi" zwierzętami. Koleżanki z pracy pukały się w czoło, kiedy zamiast iść z nimi na kawę do galerii, znikała po zmianie w stronę Wjazdowej.
— Ja Julię widziałem może z dziesięć razy, zanim to wszystko się zaczęło — mówi Bartek, patrząc w okno, za którym akurat przejeżdża tramwaj linii numer jeden, ten sam, którym kiedyś jeździł do warsztatu. — Pierwszy raz przyszła pod mój dom sama, zapytała, czy jestem Bartek Nowicki. Powiedziałem: no i co z tego. A ona zaczęła mi tłumaczyć, że zwierzęta nam ufają, że tak się nie robi.
— Ja wtedy tylko się roześmiałem. Powiedziałem jej, żeby spadała. Musiałem coś powiedzieć, żeby poczuć, że to ja tu rządzę.
Julia odeszła tamtego dnia, ale nie odpuściła. Przez miesiąc karmiła Cezara przez okienko w siatce, bo otwierać wybieg było zabronione. Nazwała go inaczej — nie chciała używać imienia, które nadał mu Bartek. Wybrała „Roman", choć później, w dokumentach, zostało już „Cezar" — tak zapisała kierowniczka, i tak już zostało. Julia mówiła do niego spokojnym głosem, przynosiła gotowaną pierś z kurczaka, bo karma w schronisku była marnej jakości, i uczyła się czytać w jego oczach to, co pani Sobolewska nazywała „prawdą, której nie da się ukryć".
— Skąd ja to wiem, co się wtedy działo w schronisku? — Bartek wzrusza ramionami. — Bo później mi to wszystko opowiedziała. Już po fakcie. Kiedy już nie miałem wyjścia, tylko słuchać.
A stało się to, kiedy pewnego wieczoru drzwiczki wybiegu zostały otwarte — Julia przyznała się później, że zrobiła to celowo, żeby dać psu wybór, czy zostać, czy odejść. Cezar zniknął z terenu schroniska. Kierowniczka była w panice, bała się odpowiedzialności, gdyby pies kogoś pogryzł. Julia od razu ruszyła śladem — widziała jeszcze, jak pies skręca w stronę pól za Wólką, dokładnie tam, skąd kiedyś Bartek go przywiózł i zostawił. Poszła tą samą trasą, pytając po drodze ludzi wyprowadzających psy, czy nie widzieli dużego, jasnego kundla. Dwie kobiety przy przystanku potwierdziły — biegł w stronę Ustronia, prosto, jakby znał drogę.
I rzeczywiście znał. Bartek przez pierwsze miesiące, zanim zaczął go bić, wyprowadzał Diabła właśnie pod ten blok, do trzepaka za śmietnikami, gdzie pies mógł się wybiegać. Ta trasa – z pól za Wólką, przez skwer, pod klatkę – była jedyną, jaką pies znał na pamięć.
Cezar przebiegł kilkanaście kilometrów i trafił dokładnie pod blok przy Ustroniu, gdzie Bartek akurat wyprowadzał szczeniaka rottweilera, którego wziął od Marka na kilka dni, bo kolega wyjechał w trasę, a zwierzę nie miało z kim zostać. Przywiązał go do drzewa przy trzepaku, żeby samemu zapalić papierosa.
— Zobaczyłem Cezara i pierwsza myśl była: teraz to już na pewno kogoś zagryzie. Krzyknąłem na niego, żeby spadał, że nie jest mi potrzebny. A on tylko leżał. Patrzył. Nie na mnie nawet — bardziej w stronę drzewa, gdzie szczeniak rottweilera się szarpał na uwięzi, przestraszony.
Kilka minut później na skwer wbiegła zdyszana Julia, wciąż w fartuchu spod bluzy wolontariuszki. Bartek, wściekły, że ktoś śledzi jego psa i jego samego, chwycił kij leżący przy śmietniku.
— To był moment, kiedy ja przestałem być człowiekiem — mówi teraz, patrząc w blat stołu. — Poszedłem na nią. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby nie potknęła się o krawężnik i nie upadła. A wtedy on się rzucił. Nie na mnie z furią, tylko — złapał mnie za rękę. Ściągnął z niej, jakby chciał tylko odciągnąć, nie zabić.
Kij wypadł Bartkowi z ręki. Stał tam, trzymając zakrwawione przedramię, patrząc na psa, którego kiedyś bił bez powodu, a który teraz odsunął go od dziewczyny leżącej na ziemi.
— Powiedziałem coś głupiego. Że go nauczę posłuszeństwa, że pójdę po broń. To nie była prawda, nie miałem w domu żadnej broni, ale chciałem ich przestraszyć. Uciekłem do klatki, zatrzasnąłem drzwi i stałem tam, dysząc, patrząc przez wizjer.
Przez wizjer zobaczył, jak Julia podnosi się z ziemi, łapie psa za obrożę i próbuje go odciągnąć — a Cezar się opiera, szczekając w stronę drzewa, gdzie wciąż czekał przywiązany szczeniak rottweilera.
— Wtedy do mnie dotarło, że on nie o mnie myślał. On nie chciał zemsty ani mnie zaatakować. Przyszedł się pożegnać. A teraz nie chciał odejść bez tego drugiego psa, z którym dorastał przy garażach.
Julia zabrała oba psy tamtej nocy — odwiązała szczeniaka rottweilera, bo nie miała serca zostawić go samego na sznurze. Bartek twierdzi, że nie ścigał ich, bo nie miał już siły. Przez kolejny miesiąc nie wiedział nic ani o niej, ani o psach. Aż pewnego dnia zadzwonił telefon od pani Sobolewskiej ze schroniska — ta sama, która wcześniej zgłaszała sprawę na policję i nic nie osiągnęła.
— Powiedziała mi, że dostała wezwanie z sądu. Że Julia razem z prawnikiem od praw zwierząt złożyła zawiadomienie, tym razem podparte zeznaniami sąsiadów z Ustronia, którzy widzieli, jak biłem psa kijem na podwórku. I że ja też dostanę wezwanie.
Sprawa trafiła do sądu rejonowego w Radomiu przy ulicy Warszawskiej. Bartek dostał grzywnę i zakaz posiadania zwierząt na pięć lat — sąd uznał, że znęcanie się nad zwierzęciem zostało udowodnione zeznaniami trzech świadków i dokumentacją weterynaryjną ze schroniska.
— Pięć lat. Zapisali to na kartce, którą trzymałem w ręku przez całą drogę do domu, i nie mogłem przestać na nią patrzeć. Pięć lat bez prawa trzymania nawet chomika. Grzywna — dwa tysiące sto złotych. Dla mnie, przy moich zarobkach, to była prawie cała pensja z warsztatu.
Ale to nie kara finansowa najbardziej go dotknęła. To, co zapamiętał najlepiej, to dzień, kiedy przyszedł pod schronisko — już po wyroku, już bez prawa niczego — żeby zobaczyć psa jeszcze raz.
— Julia tam była, z Cezarem na smyczy, wyprowadzała go na spacer w stronę parku. Zobaczyła mnie i stanęła. Nie krzyczała, nic. Po prostu wyciągnęła z torby folder — dokumenty adopcyjne, już podpisane przez kierowniczkę schroniska. Powiedziała, że pies teraz oficjalnie jest jej, że ma to na papierze, i że jeśli podejdę bliżej niż dziesięć metrów, zadzwoni na policję, bo ma już zgłoszony u nich mój numer.
Cezar, teraz już oficjalnie zapisany w papierach na jej nazwisko, nawet nie zaszczekał. Stał przy nodze Julii, patrząc na Bartka tym samym spojrzeniem, które ten pamiętał sprzed uderzenia kijem — tylko że teraz nie było w nim ani strachu, ani gniewu.
— To było najgorsze. Że on na mnie nawet nie warczał. Po prostu stał tam, jakby mnie już nie znał. Jakby ja dla niego przestałem istnieć.
Bartek odwrócił się i odszedł. Nie próbował już nigdy wracać pod schronisko ani szukać kontaktu z Julią. Mieszka teraz sam, w tym samym mieszkaniu na Ustroniu. Na balkonie wciąż stoi pusta miska po psie. Czasem, wracając z warsztatu, przystaje przy niej, przesuwa ją butem o centymetr w stronę ściany, jakby porządkował coś, co i tak nie ma już właściciela, i wraca do środka bez słowa.
Julia Kaczmarek mieszka dziś we wsi pod Radomiem razem z Cezarem i szczeniakiem rottweilera, którego nazwała Bruno. Wieczorami chodzi z nimi na spacery w stronę lasu, a w weekendy nadal jeździ do schroniska przy Wjazdowej — tym razem oficjalnie, bo pani Sobolewska w końcu zaproponowała jej etat. Folderu z dokumentami adopcyjnymi nikt już od niej nie żąda z powrotem.




